Fragment książki Marcina Adamczyka „O niewielości cywilizacji”, która w 2022 r. ukazała się nakładem wydawnictwa Biblioteka Wolności. Tytuł i śródtytuły pochodzą od redakcji.
W kulturach prymitywnych rzeki i kanały jako drogi handlowe są dominujące. Podobnie w społecznościach bardziej zaawansowanych szlaki wodne odgrywały bardzo ważną rolę komunikacyjną aż do rewolucji przemysłowej włącznie. Wraz z rozwojem technicznym cywilizacje bardziej zaawansowane technologicznie i ekonomicznie, nie porzucając rzek, zaczęły także wykorzystywać przybrzeżne wody morskie.
Zamknięte morza śródlądowe
W okolicach Europy są takie dwa. Morze Śródziemne na południu, co zostało zresztą utrwalone w literaturze klasycznej, służyło w tej roli już w epoce brązu, aby jeszcze bardziej stać się akwenem transportowym w epoce żelaza. Jego północny odpowiednik – Bałtyk, ze względu na bardzo niską wydajność ekonomiczną otaczających go terenów, długo był pod tym względem niewykorzystany. Pierwszy poważny handel na tym akwenie pojawił się dopiero w XIII w., wraz z utworzeniem związku niemieckich miast handlowych, zwanym Hanzą. Z krajów basenu Morza Bałtyckiego Hanza sprowadzała głównie towary nisko przetworzone, masowe, o niewielkiej marży. Zboże, drewno i jego pochodne, takie jak: dziegieć i smoła, żelazo ze szwedzkich rud. Rychło też Hanza (i jej sprzymierzeńcy) opanowała większość bałtyckich wybrzeży – przez bezpośrednią aneksję przez państwa zakonne oraz polityczne wpływy w odpowiednich krajach.
Wraz z rozwojem handlu morskiego i systematycznym wzrostem obrotu, konsekwentnie pojawili się na Bałtyku piraci, zwani „braćmi witalijskimi”, którzy w pewnym momencie stali się tak potężni, że mogli zakładać nawet własne pirackie państewka. Schemat ten później został powtórzony na Karaibach.
Kraje odepchnięte przez niemiecką ekspansję od Bałtyku, jak Polska na początku XIV w., również dążyły do uszczknięcia jakiegoś kawałka z tego tortu. Na Bałtyku rozpętała się więc permanentna wojna, która trwała właściwie aż do XVIII w. Potęga Hanzy i zakonów, osiągnąwszy swój szczyt w XIV w., w następnym stuleciu zaczęła maleć. W połowie XV w. Polska wywalczyła sobie dostęp do morza i swojego kawałka bałtyckiego handlu, co przyczyniło się do ponownego wzrostu świetności Hanzy. W tych czasach odkryto Amerykę oraz morską drogę do Indii i Chin. Handel, a przynajmniej jego najbardziej lukratywna część, przeniósł się z mórz śródlądowych na oceany.
Czytaj więcej
Koniec sierpnia 1914 r. był na Mazurach czasem wyjątkowo niespokojnym. Rosyjska 2. Armia generała Aleksandra Samsonowa wkraczała coraz głębiej w te...
Handel komparatywny
Oczywistym jest, że imperia oceaniczne mogły tworzyć przede wszystkim kraje leżące nad oceanem. Początkowo Portugalia i Hiszpania, potem Holandia, Anglia i Francja. Obszary śródlądowe, jak Morze Bałtyckie na północy, podobnie jak na południu Morze Śródziemne, straciły na dobrobycie i znaczeniu. Wzrost produkcji i odsunięcie w czasie maltuzjańskiej zapaści stały się udziałem głównie północno-zachodniej Europy, pokrywającej się w znacznej mierze, choć nie do końca, ze znaczącym wyjątkiem Włoch, z nadreńskim rdzeniem cywilizacji chrześcijańskiej. Ten obszar centralny bardzo tym samym zyskał w stosunku do mniej szczęśliwie geograficznie położonych obszarów, w tym Polski.
Zadziałała tu reguła zwana w ekonomii korzyścią komparatywną. Wychodzi ona od obserwacji, że choć dana gospodarka krajowa teoretycznie może produkować wszystkie możliwe dobra na miejscu, to jednak są produkty, które wytwarza bardziej i są takie, które wytwarza mniej wydajne. Dzisiaj teoretycznie można by w Polsce uprawiać w szklarniach banany i ananasy, ale jednak taniej jest je kupić w krajach, gdzie rosną one w sposób naturalny. Gospodarka powinna zatem skoncentrować swoje zasoby ziemi, kapitału i siły roboczej na tej produkcji, w której osiąga się lokalnie największą wydajność. I wymieniać ją na inne produkty, które inne gospodarki z kolei produkują bardziej wydajnie niż miejscowa. Działa to w skali zarówno pojedynczych osób, jak i krajów, czy nawet całych kontynentów.
Korzyść komparatywna sprawia, że wolny handel, inaczej niż głoszą to ideologie komunistyczne i nacjonalistyczne, jest grą o sumie dodatniej, która wzbogaca obie strony. Korzyść komparatywna sprawia też, że wbrew biadoleniom niektórych filozofów sztuczna inteligencja, niezależnie od tego jak bardzo będzie potężna i zaawansowana, nigdy nie wyprze ludzi z rynku pracy. Zasada komparatywna i wolny handel są jednak niekorzystne dla władzy, zwłaszcza dla władzy despotycznej, bowiem w jakimś zakresie uzależnia rządzony przez nią kraj od „zewnętrznego”, czyli będącego poza zasięgiem tejże władzy, od producenta jakichś dóbr. Taka władza, starając się ograniczyć handel, usiłuje rozwijać u siebie w kraju „produkcję antyimportową”, jednocześnie próbuje ograniczyć napływ towarów zza granicy, najczęściej wysokimi cłami. Rzadko kiedy wysiłki takie skutkują czymś innym niż tylko wzrostem cen, spadkiem jakości, korupcją, wzrostem przestępczości i zubożeniem społeczeństwa.
Zgodnie z zasadą korzyści komparatywnej, kraje „rdzenia” skoncentrowały się zatem od XV w. na produkcji statków i ich wyposażenia, uzbrojenia, a także innych skomplikowanych produktów, np. lunet, zegarów i mikroskopów. Produkcji wysoko przetworzonej, o wysokiej marży, wymagającej rozbudowanego sektora rzemieślniczego i manufaktur. Kraje peryferii wyspecjalizowały się zaś w dostarczaniu „rdzeniowi” niezbędnych mu surowców i płodów rolnych. Wtedy właśnie powstała w Europie osławiona, oddzielająca tak zdefiniowany „rdzeń” od peryferii „linia Łaby”. Różnice pomiędzy nimi, stopniowo malejące w średniowieczu, od XVI w. znów zaczęły wyraźnie się powiększać.
Czytaj więcej
Aby zrozumieć, dlaczego wszystkie zabiegi MSZ II RP zakończyły się niepowodzeniem, trzeba cofnąć się do chwili, gdy wydawało się, że przyszłość Eur...
Spór o pańszczyznę
Swoje dołożył też koniec średniowiecznego optimum klimatycznego. Klimat się ochładzał, aż wreszcie w połowie XVII w. rozpoczęła się tzw. mała epoka lodowcowa. Temperatura spadła tak bardzo, że rzeki takie jak Ren i Tamiza zaczęły regularnie zamarzać. Plony w rolnictwie znacząco więc zmalały. Częściowo zrekompensowała ten spadek wydajność nowych amerykańskich upraw, zwłaszcza ziemniaków, ale nie od razu, nie wszędzie i nie zawsze. W wielu rejonach Europy panował głód. Wzrosła, zwłaszcza w rejonach rolniczych, czyli właśnie u nas, na wschód od Łaby, zamożność i znaczenie wielkich posiadaczy ziemskich, kosztem drobnych rolników czy chłopów pańszczyźnianych, którzy zostali wtórnie przypisani do ziemi i których status prawny niepokojąco zbliżył się, choć nigdy się z nim nie zrównał, do niewolników z amerykańskich plantacji.
O NIEWIELOŚCI CYWILIZACJI Biblioteka Wolności, Warszawa 2022
W Polsce rozwinął się wtedy tzw. typ gospodarki folwarcznej, nastawionej na eksportową, wysyłaną do „rdzenia” produkcję płodów rolnych, głównie zboża. Wyspecjalizowane w tej produkcji folwarki były przedsięwzięciami skrajnie ekstensywnymi. Zyski starano się powiększać nie poprzez zwiększanie wydajności produkcji, ale poprzez ograniczanie kosztów do absolutnego minimum. W tej logice mieściła się też właśnie rozbudowa systemu pańszczyzny, co miało dostarczać właścicielom folwarków darmowej siły roboczej. To, że chłopi pańszczyźniani pracowali tak samo jak niewolnicy, skrajnie niewydajnie, nie stanowiło w podejściu ekstensywnym przeszkody. Niezależnie, jak mało warta była ich praca, zawsze jej wartość przewyższała ich zerowe pobory. Poważnych inwestycji w zwiększenie produkcji unikano.
Gospodarka folwarczna w I Rzeczypospolitej
Wielu historyków ubolewa nad tym faktem i snuje przypuszczenia, co by było, gdyby w Polsce, tak samo jak w Holandii, wytwarzano wytworną, eksportową ceramikę, zegary, czy budowano statki oceaniczne. Nie zastanawiają się jednak nigdy na serio, dlaczego takiej produkcji nie było. Po prostu ze względu na warunki naturalne polska gospodarka nie była w stanie wyprodukować towarów wysoko przetworzonych, które mogłyby konkurować z holenderskimi pod względem jakości, jak i ceny. W końcu przecież jak najbardziej podejmowano w Polsce liczne takie próby i wszystkie one okazały się nieudane.
Gospodarka folwarczna, związana z nią pańszczyzna i w ogóle cała I Rzeczpospolita szlachecka, jak nazywa się Polskę ze stuleci: XVI, XVII i XVIII, była i jest przedmiotem szerokiej i niesłychanie ostrej krytyki ze strony swoich wrogów, w tym przede wszystkim zagranicznych mocarstw, które dokonały jej zagłady i chciały to jakoś racjonalnie uzasadnić. Krytycy pańszczyzny o poglądach komunistycznych podkreślają wiodącą rolę Kościoła katolickiego i kleru jako naczelnego wspólnika krwiożerczej, obowiązkowo ciemnej, fanatycznej i brutalnej szlachty, nieludzko ciemiężącej chłopów. Inni, skłaniający się bardziej do nacjonalizmu, wolą w tej roli ohydnego pomocnictwa, obsadzać Żydów.
Co do tego, że owa nieludzka, zdegenerowana szlachta chłopów wyzyskiwała i gnębiła panuje już pełna zgoda. Nacjonaliści i komuniści jednakowo za swój ideał uważają państwo jednolite, skrajnie scentralizowane, monoetniczne i monowyznaniowe, z jednym, niepodlegającym żadnej kontroli i nieograniczonym żadnym „imposybilizmem”, ośrodkiem władzy, zwanym czasami biurem politycznym, a czasami centralnym ośrodkiem dyspozycji politycznej, z jednym nieodwoływalnym i nieomylnym wodzem (I sekretarzem lub prezesem) na czele. Takie państwo jest zamknięte i odizolowane od wszelkich kontaktów zagranicznych, zwłaszcza handlowych. Przykładem Korea Północna. Nic zatem dziwnego, że I Rzeczpospolita, zwana minimalistycznie Rzeczpospolitą Obojga Narodów (choć było ich więcej), budzi u nich wstręt i obrzydzenie.