„Mieszkańcy Sewilli! Wszystkich homoseksualistów i sukinsynów, którzy rzucili infamię na ruch narodowy, musicie zabić jak psy!”. Z takim wezwaniem do rodaków w lipcu 1936 r. zwrócił się po wypiciu kilku łyków rumu gen. Gonzalo Queipo de Llano, jeden z kompanów generała Franco (1892–1975). Kto go nie posłuchał, ten mógł podzielić los Arthura Koestlera. Brytyjski korespondent londyńskiego dziennika „News Chronicle”, wysłany do Hiszpanii, by informować o tamtejszej wojnie domowej, także trafił do więzienia. Oskarżony o szpiegostwo usłyszał wyrok śmierci, ale po trzech miesiącach wypuszczono go. Generał Franco nie chciał zadzierać z Anglią.
„Zawsze o północy nadchodził ksiądz razem z plutonem egzekucyjnym. Z hukiem otwierały się drzwi w celi, potem rozlegał się dźwięk ołtarzowego dzwoneczka, na końcu modlitwa kapłana. Więźniowie na pryczach szczękali zębami. Z wtorku na środę wyciągnęli siedmiu i rozstrzelali. Z czwartku na piątek ośmiu. Z piątku na sobotę dziewięciu, z soboty na niedzielę trzynastu. Przez sześć dni będziesz pracował, powiedział Pan, siódmego dnia będziesz odpoczywał. Z niedzieli na poniedziałek rozstrzelano trzech”. Tak z nieskrywanym sarkazmem Koestler opisywał paraliżujący strach obrońców republiki.
Bratobójczy rozlew krwi
Ale oni również wcielili się w rolę kata. Arturo Barea, urzędnik w republikańskim Madrycie, opisał zemstę mieszkańców Madrytu po nieudanej próbie wojskowego puczu, zainicjowanej w lipcu 1936 r. w koszarach Montaña przez spiskowców w mundurach. „Zjawił się gigantyczny człowiek na galerii koszar, chwycił jednego puczystę do góry, który w powietrzu rozpaczliwie przebierał nogami. Jak kukłę zrzucił go na dziedziniec. Ciało z hukiem spadło na bruk. Gigantycznych rozmiarów człowiek wzniósł do góry ręce i ryknął: a teraz kolejny!”. W Ciudad Real republikański tłum rozniósł w pył 800 „faszystów” i wrzucił do głębokiego górniczego szybu.
W Granadzie nacjonalistyczni rebelianci rozstrzelali 2137 „czerwonych”. Przy okazji zgwałcili zakonnice, a zakonników z różańcami przy habitach udusili. Mauretańskie oddziały na usługach rebeliantów gen. Franco odcinały mężczyznom penisy.
Hiszpańska wojna domowa przywołuje obecne obrazy ludobójstwa na Ukrainie, wcześniej masakry w byłej Jugosławii czy Wietnamie. Pablo Picasso, kiedy malował „Guernicę” (1937), nie folgował wodzom fantazji. Wiernie odzwierciedlał rzeczywiste wydarzenia. Hiszpańska wojna domowa, choć rozgrywała się w jednym kraju, położonym w dodatku na peryferiach Europy, wstrząsnęła całym światem.
Bratobójcza wojna rozpoczęła się 18 lipca 1936 r. Przez 987 dni na strzępy rozniosła kraj, a w konsekwencji – na dziesięciolecia. Ale obopólna rzeź stała się konstytutywnym doświadczeniem dla całej hiszpańskiej nacji. Tak jak dla generacji polityków, wojskowych i intelektualistów w Europie. Większość tych ostatnich z patosem na ustach angażowała się po stronie republiki. Dla niej pisali, malowali lub walczyli: Picasso, Orwell, Hemingway, Malraux, Erenburg, Kantorowicz czy Brecht. Jeszcze bardziej niż wojna w Wietnamie, która w latach 70. XX w. wstrząsnęła pokoleniem urodzonym po II wojnie światowej, bratobójcza walka na Półwyspie Iberyjskim poruszyła sumienia tamtego czasu. Nigdy wcześniej spontaniczna solidarność – ponad granicami państw – nie zainspirowała tylu ochotników, by dla obcego kraju przelewać krew. Do obrony republiki stanęło 60 tys. ochotników z 60 krajów, w tym z Polski.
Czytaj więcej
PRL-owska propaganda twierdziła, że dąbrowszczacy dzielnie walczyli przeciwko hiszpańskim i włoskim faszystom. W rzeczywistości chodziło im o ustan...
Faszyści vs. socjaliści i anarchiści
Toczący się konflikt dotyczył podstawowych wartości stulecia. Wokół nich grupowały się główne siły napędzające rozregulowany po I wojnie światowej świat: Kościół katolicki, faszyści, socjaliści, staliniści i anarchiści. Narosłe w Hiszpanii przez wcześniejsze dekady afekty zemsty i nienawiści, uprzedzenia i stereotypy, w toksycznym koktajlu z zimną rachubą polityczną, eksplodowały przed 90 laty w dzikiej orgii krwi. Hiszpanie strzelali do Hiszpanów, Włosi do Włochów, Rosjanie do Rosjan, Niemcy do Niemców. Polityczni gangsterzy, już wtedy wyniesieni przez karuzelę władzy: Stalin, Hitler i Mussolini, na oczach całego świata testowali swoje siły. Dziś wiadomo, że bez pomocy Hitlera i Mussoliniego gen. Franco nie wyszedłby z bratobójczej walki zwycięsko.
Pomimo że co czwarta hiszpańska rodzina opłakiwała śmierć bliskich w bratobójczej walce, dekady po zakończeniu narodowej tragedii (1939), a nawet po śmierci generała Franco (1975), który republice zadał śmiertelny cios i dyktatorsko rządził jeszcze przez prawie cztery dekady, ran nie roztrząsano.
Powrotu do normalności szukano w zapomnieniu. Podręczniki szkolne jeszcze w latach 80. dużym łukiem omijały bolesną tematykę narodowej rzezi. Zwycięski dyktator „z bożej łaski”, jak sam siebie nazywał, także wtedy, kiedy demokratyczna Hiszpania weszła do rodziny państw unijnych (1986), niczym faraon leżał zapomniany w monumentalnym kamiennym mauzoleum w Santa Cruz del Valle de los Caidos (Święty Krzyż w Dolinie Poległych). Dopiero w 2007 r. zdemontowano wszystkie jego pomniki w kraju, a w 2019 r. doczesne szczątki przeniesiono na cmentarz pod Madrytem. Impuls do tej zmiany był wstrząsający.
Ujawniono skrywaną od 1936 r. jedną z najbardziej mrocznych tajemnic reżimu Franco. Pod pojęciem „Niños robados” (ukradzione dzieci) kryła w sobie przerażający proceder odbierania noworodków rodzicom i przekazywania ich lojalnym sługom frankistowskiego reżimu: rodzinom zastępczym oraz klasztornym konwentom. Liczba dzieci, które wychowały się bez biologicznych ojców i matek, choć ci żyli (!), sięgnęła 30 tysięcy.
Hiszpańscy bakuniści
Dramat Hiszpanii nie zaczął się jednak w 1936 r. Dawna korona hiszpańska, supermocarstwo epoki Kolumba, w XIX stuleciu skurczyła się do peryferyjnego państwa pasterzy. Niewielka grupa posiadaczy ziemskich żyła na koszt zwykłych zjadaczy chleba. Rów Mariański oddzielał arystokratów od rolniczego proletariatu, który niczym natrętna mucha napawał bogatych wstrętem. Ten kontrast społeczny, a na jego tle napięcie między liberalnymi ideami i nędzą wiejskich mas z jednej oraz konserwatywną reakcją z drugiej strony, był lontem dla 34 puczów wojskowych, które w XIX w. do reszty zdestabilizowały kraj.
Bunty biedaków na wsi przeciwko niesprawiedliwości otworzyły szeroko drzwi dla idei anarchizmu – nieprzebranej w swojej głębi wrogości do państwa. Jej główny kapłan, rosyjski arystokrata Michaił Bakunin, wysłał swojego akolitę Giuseppe Fanelliego do Hiszpanii. A ten „misjonował” wśród trzymanych pod batem państwa ubogich chłopów (braceros). Ci zaś w katolickim kraju co niedzielę słuchali z ambony, że każda próba nieposłuszeństwa wobec państwa jest grzechem obrażającym Boga. A mimo to w 1873 r. liczba bakunistów podskoczyła do 50 tys.
Kiedy Karol Marks i Bakunin skoczyli sobie do gardeł, większość proletariatu europejskiego podążyła za Marksem, w Hiszpanii zaś za Bakuninem. Anarchiści w Madrycie, Barcelonie i pomniejszych miastach strajkowali; rzucali bomby pod nogi posiadaczy ziemskich, policjantów i duchownych. W oczach anarchistów Kościół katolicki, obecny w najmniejszej wiosce, uchodził za największy aparat przemocy. W rolniczej Andaluzji wierzono, że światło nadziei rozbłyśnie dopiero wtedy, kiedy ostatni arystokrata zostanie uduszony jelitami ostatniego żyjącego duchownego. Pod koniec XIX w. Kościół (zwłaszcza jezuici) opanował duże części gospodarki kraju: banki, kopalnie, kolej, stocznie i plantacje. W Madrycie duszpasterze kontrolowali duży sektor handlu rybami, a cześć z nich... inkasowała zyski z nocnych klubów (!). Obiegowa sentencja „El dinero es muy católico” (pieniądze są bardzo katolickie), kursowała po stolicy. Teologów na najsłynniejszym uniwersytecie w Salamance znacznie bardziej interesowało, w jakim języku rozmawiają anioły w niebie lub czy niebo składa się ze stopionego metalu kościelnych dzwonów, czy raczej z substancji podobnej do wina mszalnego. Lektura liberalnych gazet, z wyjątkiem szpalt giełdowych, była zakazana pod karą grzechu ciężkiego. Nic dziwnego, że biedne masy odwracały się od Kościoła. W 1931 r. tylko 5 proc. ludności na wsi pozostało praktykującymi katolikami. Kiedy w 1909 r. Hiszpania poniosła klęskę w Maroku, a armia zaczęła masowy pobór do armii, w Barcelonie wybuchło powstanie („Tragiczny Tydzień”). 21 kościołów i 34 klasztorów w kraju poszło z dymem. Rozgrywały się makabryczne sceny. Z grobów wyciągano zmarłe zakonnice i tańczono z nimi na ulicach. W odwecie armia rozstrzelała 180 robotników.
Miejsce upadłego autorytetu Kościoła wypełniło państwo. A ponieważ zamożni synowie arystokratów i przemysłowców wykupywali się od służby w armii, służyli w niej chłopscy analfabeci. Słabo uzbrojona armia, której oficerowie „na lewo” sprzedawali broń, poniosła w Maroku klęskę. 15 tys. hiszpańskich żołnierzy i oficerów – niczym zwierzęta w rzeźni – zginęło w bitwie pod Melillą (1909). Bez skrupułów pozbawiano ich oczu, genitaliów, głów, kończyn.
Klęska użyźniła humus pod kolejny pucz. Na jego czele stanął Miguel Primo de Rivera (1923). Król Alfons XIII dostrzegł w nim hiszpańskiego Mussoliniego. Rivera odniósł pierwszy od niepamiętnych czasów militarny sukces dla Hiszpanii – odbił Maroko (1925). Niestety, miał słabość do kobiet, pił na umór i wydawał kuriozalne dekrety, czym podcinał gałąź, na której siedział. Kiedy w 1929 r. wybuchł światowy kryzys, Rivera musiał ustąpić z funkcji premiera.
Czytaj więcej
Książka „Za worek kości”, która pod koniec tygodnia trafi u nas do sprzedaży, przekonuje, że tragiczne wydarzenia sprzed ponad 70 lat pozostają dla...
Przedrewolucyjne wrzenie
Pustkę wypełniła republika, okrzyknięta przez lewą stronę „la nina bonita” (piękna dziewczynka). W rolę akuszerów wcielili się liberalni intelektualiści. Król Alfons XIII, aby uniknąć rozlewu krwi, abdykował i udał się na emigrację. Przeciwko nowej republice z bombami w rękach wystąpili anarchiści, wściekle wrodzy każdej formie państwa.
Z prawej strony republikę zaatakował Kościół. Kardynał Toledo, Pedro Segura, który wchodzące w modę kąpiele zdrowotne uznawał za dzieło szatana (w tym czasie prof. Józef Dietl odkrył wody mineralne w naszej Krynicy), a republikę pojmował niczym racicę diabła włożoną w kościelną kruchtę. Tym bardziej że republikańska konstytucja uchwaliła rozdział Kościoła od państwa, to zaś wstrzymało pensje duchownym, nałożyło na nich podatki i odsunęło od szkolnej edukacji. Zakon jezuitów rozwiązano.
Ale parcelacja ziemi wśród „braceros” utknęła w martwym punkcie. Przy urnie wyborczej przyniosło to sukces prawicy (1933). Hiszpański kocioł wrzał. Polaryzacja przeniosła się na ulice, strajki dalej paraliżowały gospodarkę, Katalonia oderwała się od Hiszpanii, Asturia proklamowała socjalistyczną republikę. Niezmiennie z dymem szły kolejne kościoły i klasztory. W niewielkiej asturyjskiej miejscowości Sama „braceros” wyrżnęli 70 policjantów.
Żołnierze republikańscy na ulicach Teruelu podczas zdobywania miasta, grudzień 1937 r.
Prawicowy rząd w Madrycie do krnąbrnej Asturii wysłał wojsko. Wsparł je dowodzący korpusem w Maroku gen. Franco. Tym razem strumieniami lała się krew górskich powstańców. To przesądziło, że w kolejnych wyborach wygrała lewica (1936). Ale nawet najsilniejsza frakcja socjalistów była ze sobą skłócona. Część optowała nawet nie za radykalnymi reformami, ale za rewolucją. Jej lider Francisco Largo Caballero do momentu przejęcia władzy siedział w więzieniu. Tam dopiero na dziełach Marksa, Engelsa i Lenina nauczył się czytać.
Po prawicowej stronie José Antonio Primo de Rivera, syn upadłego dyktatora i prawnik z Andaluzji, na faszystowskich receptach Benito Mussoliniego upichcił iberyjską ich wersję. A przejmując od Aleksandra Macedońskiego nazwę jego elitarnej formacji wojskowej, powołał do życia „Falange Española”. Miała swój cel – uwolnienie kraju od „marksistowskiej trucizny”. Niezawodna metoda – kulka w głowę socjalisty czy anarchisty na ulicy. Lewicowy rząd tracił kontrolę, kraj popadał w chaos. Nieudana próba wymuszenia na szefie Falangi opuszczenia kraju tylko skompromitowała rząd. „Nie mogę wyjechać, moja matka jest chora” – usłyszał od de Rivery lewicowy premier Manuel Azaña. Po chwili dowiedział się: rzeczona „matka to Hiszpania”.
Wybuch wojny domowej
Gen. Emilio Mola z Pampeluny poczuł, że wybiła najwyższa godzina, by stanąć w obronie starego porządku. Zawiązał spisek i 18 lipca 1936 r. wydał rozkaz wystąpienia przeciwko rządowi i republice. Pucz zawiązała niewielka grupa generałów. Jako pierwszy do uderzenia przystąpił gen. Franco w Maroku. Siłą przejął władzę nad tamtejszym rządowym korpusem. Ale poza Nawarrą i Sewillą, gdzie z kolei gen. Queipo de Llano za pomocą jednego własnego rewolweru opanował zarówno garnizon wojskowy, ćwierćmilionowe miasto, jak i radiostację radiową, skąd wydał swój legendarny rozkaz, puczyści ponieśli klęskę. Cała flota pozostała wierna rządowi, co gen. Franco odcięło od lądu. W Madrycie wojskowi spiskowcy skończyli tak, jak opisał to Arthur Koestler. Masy mieszkańców, w tym kobiety i dzieci, ruszyły na koszary, centrum spisku w stolicy. Tam zdobyły pistolety i noże pamiętające czasy napoleońskie. Podczas gdy większość Hiszpanów stanęła w obronie republiki, choć rząd w obawie przed rozlewem krwi nie wydał im karabinów, lwia część armii poparła puczystów.
Żołnierze batalionu im. Thälmanna przy zestrzelonym faszystowskim samolocie (drugi od lewej Ladislav Holdoš). Front centralny, luty 1937 r.
Także milionowa Barcelona pozostała w republikańskich rękach. Znaczna liczba tamtejszych anarchistów była uzbrojona. Ze wsparciem pospieszyli sportowcy z całego świata, którzy w stolicy Katalonii toczyli boje w Olimpiadzie Ludowej. Tę bezprecedensową w historii sportu imprezę zorganizowano konkurencyjnie do tej oficjalnej w Berlinie, nad którą pieczę przejął Hitler. Atleci w Barcelonie bieżnie i boiska zamienili na barykady, rękawice bokserskie na karabiny, z których mierzyli w żołnierzy, a preferencyjnie w oficerów kraju gospodarza alternatywnej olimpiady. Z hitlerowskich Niemiec i Austrii nadciągnęli w sukurs robotnicy zrzeszeni w „Thälmann Battalion”.
25-milionowa Hiszpania rozpadła się na „faszystów” i „czerwonych”. Na najbliższe dwa i pół roku topiła się w morzu krwi. Obydwie strony tygodniami pozostawiały na ulicach ludzkie trupy – „dla odstraszania”. „Jeśli zajdzie konieczność, wyrżnę połowę Hiszpanii” – zarzekał się generał Franco. A przecież to przypadek (lub kaprys losu) sprawił, że został liderem rebelii. Jeden z przywódców, gen. José Sanjurjo, zginął w katastrofie małego samolotu, który sam przeładował skrzyniami z... paradnymi mundurami. Szef „Falangi”, José Antonio, zginął z rąk republikanów. Konkurencyjni generałowie Mola i Goded zginęli w potyczkach.
Franco dotrzymał słowa: dzięki wsparciu Hitlera i Mussoliniego, czym szalę w bratobójczej wojnie przechylił na swoją stronę, do końca wojny domowej i w późniejszych latach dyktatorskiej władzy pozbawił życia 200 tys. rodaków. To niemiecki „Legion Condor” nalotem dywanowym zbombardował i obrócił w perzynę strategicznie bez znaczenia baskijskie miasto – Guernicę. Ze swojej strony obrońcy republiki, którzy polowali na latyfundystów, przemysłowców i prawników, trupem położyli 38 tys., w tym 6800 katolickich duchownych. Po stronie republikańskiej ofiar byłoby jeszcze więcej. Ale kiedy na wiosnę 1939 r. szala zaczęła przechylać się na stronę gen. Franco, republikanie rozwiązywali swoje międzynarodowe brygady i szukali schronienia w południowej Francji.
Tragiczne skutki bombardowania Guerniki (atak lotniczy przeprowadzony 26 kwietnia 1937 r. przez lotnictwo niemieckiego „Legionu Condor” oraz 3 samoloty włoskich sił powietrznych)
28 marca 1939 r. Franco zdobył wreszcie Madryt, a 19 maja przyjął zwycięską defiladę i na kolejnych 36 lat ogłosił się wodzem. Do swojej śmierci (1975) wysłał tysiące Hiszpanów do więzień, obozów lub pod mur. Zgodnie z sugestią biskupa diecezji Joana Perelló i Pou: „należy wyrwać wrzód z trzewi Hiszpanii”. Rok później z ukrycia wyszedł ostatni obrońca republiki – 77-letni Protasio Montalvo, który nie skorzystał nawet z ogłoszonej wcześniej amnestii. Przez 38 lat były republikański wójt niewielkiej wioski przebywał w piwnicy swojego domu, gdzie żona, trzy córki i syn zaopatrywali go w jedzenie.
Część obrońców republiki ratowała swoje dzieci, wysyłając je z pomocą Czerwonego Krzyża do Szwecji, Wielkiej Brytanii, krajów Ameryki Południowej, a nawet do Rosji Stalina. Po śmierci gen. Franco historyczna amnezja w imię nierozdrapywania ran zasypywała w hiszpańskim narodzie głębokie rowy podziału. Możliwe jednak, że do jedności kraju najbardziej przyczynili się: król Juan Carlos, który po śmierci Franco powrócił na hiszpańską ziemię, i narodowa reprezentacja czarodziejów futbolu, królująca z Burbonami we współczesnej demokratycznej monarchii.