Palący wiatr. Brudne ściany posterunku.
– Wszystko tutaj, przez polepioną szybę policyjnego dżipa, jest dostatecznie monotonne, by nie zwracać uwagi na szczegóły. Niezmienność? To chyba dobre słowo; wyjeżdża się z zaśmieconego miasteczka, mija kolejne domy, kolejne podwórka, oberwane dzieci, strzeliste anteny; rzadko palma, a jeszcze rzadziej meczet. Na drodze między domami walają się jakieś postrzępione liście, szmaty, stare gazety, od czasu do czasu przerdzewiałe puszki. Potem nagle kończy się betonowy trakt, koła jakby intuicyjnie wyczuwają piasek, zaczynają pływać, a potem trzeba się zatrzymać, spuścić powietrze z opon, odpalić silnik raz jeszcze. A potem wśród wydm już tylko się płynie…