Ta wielka święta Rosja, której z takim zapałem strzeże przed zakusami Zachodu Władimir Władimirowicz Putin, nie jest ani tak święta, ani tak starożytna, jak się wydaje. Ani jakoś szczególnie integralna, ani niezniszczalna.
Przywykliśmy patrzeć na monstrualne ciało imperium jak na niemal niekończącą się krainę, rozciągniętą między nizinami wschodniej Europy a odległymi wybrzeżami wschodnich mórz: Ochockiego, Czukockiego i Beringa. Tak opisana Rosja to kraj niebywałych przestrzeni i nieskończonych zasobów zajętych pokojowo za carskich czasów. W rosyjskiej narracji historycznej nie istnieje taka kategoria jak kolonializm, choć pozyskiwanie ziem, zwłaszcza wschodnich i południowych terenów państwa, było czystą ekspansją kolonialną. Co ciekawe, chronologicznie ekspansja ta była równoległa, a nawet wydarzyła się nieco później niż hiszpańskie podboje w Ameryce Łacińskiej.