Był moim serdecznym przyjacielem. Ale nie takim, z którym człowiek spotyka się od czasu do czasu, żeby przelotnie wymienić uprzejmości z rodzaju „co u ciebie słychać?”. On traktował przyjaźń dosłownie i bardzo poważnie. A to oznaczało, że znajomość z nim była wielkim wyzwaniem, ale też i niezwykłą przygodą. Przez wiele lat niemal każdego dnia dzwonił do mnie, żeby dosłownie zasypać mnie pytaniami: jak mi minął dzień, co porabiam lub nad jakim nowym tematem pracuję. Potrafił cieszyć się życiem jak mało kto. Był człowiekiem o wręcz wilczym głodzie wiedzy i niespotykanej ciekawości świata; niespokojnym duchem, wiecznie planującym nowe projekty literackie i prasowe; osobą tryskającą energią nawet wtedy, kiedy zmagał się z utrudniającymi życie problemami zdrowotnymi. Był niezrównanym kompanem, nieznającym odmowy i nieznoszącym wymówek, dla którego każde wezwanie do spotkania miało wagę kategorycznego nakazu. Cechowała go niegasnąca, niemal drapieżna ciekawość świata. Zbigniew Święch nie obserwował po prostu otaczającej go rzeczywistości, ale drążył ją bezustannie, zadając pytania i szukając odpowiedzi tam, gdzie inni dawno postawili już kropkę lub się poddali. Z niesamowitą swobodą wkraczał w najróżniejsze środowiska, zjednując sobie ludzi otwartością, która przełamywała wszelki opór. Różnice wiekowe nie miały żadnego znaczenia. Posiadał rzadki dar: nawet najbardziej chłodnych i zdystansowanych ludzi potrafił zjednać swoją pasją tak, że początkowa niechęć niezauważalnie ustępowała fascynacji i chęci rozmowy.
Wspaniały gawędziarz
A było z nim o czym rozmawiać. Potrafił bowiem dostrzec wielką opowieść tam, gdzie inni widzieli jedynie zakurzone dokumenty, kamienne mury i stare groby.
Jego największą miłością pozostawał Wawel. To właśnie tam rozpoczęła się jego najważniejsza literacka przygoda. Jako dziennikarz badał sprawę otwarcia w 1973 roku grobu Kazimierza Jagiellończyka oraz późniejszą serię tajemniczych zgonów naukowców uczestniczących w tym wydarzeniu. To stało się później fundamentem jego słynnego cyklu „Klątwy, mikroby i uczeni”. Święch połączył w nim warsztat reportera, dociekliwość historyka i talent gawędziarza. Powstała książka, która z czasem stała się bestsellerem i uczyniła z zagadki wawelskiej historię znaną daleko poza Polską.
Zbyszek miał niezwykły dar opowiadania. Potrafił mówić o Kazimierzu Jagiellończyku tak, jakby właśnie wyszedł z królewskiej komnaty, jakby od dawna osobiście znał tego monarchę, a nawet codziennie jadał z nim obiady, jeździł na polowania lub jakby razem spędzili ostatni urlop. Umiał ożywić średniowieczny Wawel, Kraków, Wilno i ludzi, którzy przed wiekami zapisali się w naszej historii. Jego książki, od „Klątw, mikrobów i uczonych”, przez „Skarby tysiąca lat”, aż po „Czakram wawelski” , były próbą przywrócenia historii jej najważniejszego wymiaru: tajemnicy.
Gość papieża i prezydenta USA
Z czasem jego opowieści przekroczyły granice Polski. O Święchu pisały zagraniczne media. „Time” zamieścił o jego odkryciu wiadomość na pierwszej stronie. Historia wawelskiego grobowca była przedstawiana w filmach dokumentalnych BBC. Nie była to jednak sława dla samej sławy. Zbyszek chciał, aby dzięki jego pracy ludzie na świecie dowiedzieli się czegoś o Polsce, jej historii, kulturze i niezwykłym dziedzictwie. Był bowiem Zbigniew Święch patriotą najczystszej wody, nieustannie zachwyconym polską tradycją i duchowym dziedzictwem ojczyzny. Spotykał ludzi, o których większość z nas mogła jedynie czytać. Był w kręgu ludzi wielkiej polityki i kultury, odwiedził prezydenta Ronalda Reagana w Białym Domu oraz wielokrotnie spotykał się także z papieżem Janem Pawłem II, którego uważał za swojego osobistego przyjaciela. A jednak, kiedy rozmawiało się z nim prywatnie, nie czuło się dystansu światowca. Niezależnie czy rozmawiał z papieżem, królem, prezydentem, wybitnym naukowcem czy znajomą panią kucharką z baru mlecznego na swojej ulicy, pozostawał równie serdecznym, otwartym, pełnym anegdot i pomysłów Zbyszkiem.
Detektyw historyczny
Dziś, kiedy myślę o jego książkach, coraz częściej mam wrażenie, że były one czymś więcej niż popularnonaukową literaturą historyczną. Były śladem człowieka, który całe życie próbował prowadzić dialog z przeszłością. On sam nazywał swój styl „detektywizmem historycznym”, który łączył badania archiwalne z elementami reportażu i rozwiązywania zagadki kryminalnej z domieszką narracji sensacyjnej. I może właśnie dlatego Zbyszek pozostanie w pamięci nie tylko jako autor bestsellerów, dziennikarz, filmowiec i popularyzator dziejów, lecz jako ktoś, kto potrafił sprawić, że historia zaczynała żyć.
Był bowiem Zbigniew Święch patriotą najczystszej wody, nieustannie zachwyconym polską tradycją i duchowym dziedzictwem ojczyzny.
Bo są książki, które się czyta. Są też takie, które otwierają drzwi do innego świata. Zbyszkowi to się udało. Wiem, że on także bardzo lubił moją publicystykę historyczną. Kiedyś skomplementował mój styl w wybitnym gronie dystyngowanych i zasłużonych historyków. „Chyba rozumiem czemu lubisz czytać moje artykuły” - odpowiedziałem - „w końcu uczyłem się tego stylu na książkach Święcha i Jasienicy”. Szczęśliwy objął mnie serdecznie. Za tą niezłomną i bezwarunkową przyjaźń, na którą przez lata mogłem liczyć niezależnie od okoliczności, będę mu zawsze wdzięczny.
Jestem pewien, że teraz już na pewno spotkał się z Kazimierzem Jagiellończykiem.
Zbigniew Święch zmarł 2 sierpnia 2026 r. w wieku 83 lat. W latach 2017-2026 był stałym współpracownikiem „Rzeczy o Historii” oraz miesięcznika „Uważam Rze Historia”.