Druga twarz Rokossowskiego

Dlaczego narzucony Polakom sowiecki marszałek uratował życie jednemu z najważniejszych dowódców Żołnierzy Wyklętych? I dlaczego przez wiele lat po wojnie trzymał pod poduszką pistolet?

Publikacja: 13.04.2023 21:00

Konstanty Rokossowski (1889–1968) – na zdjęciu w mundurze marszałka Związku Radzieckiego

Konstanty Rokossowski (1889–1968) – na zdjęciu w mundurze marszałka Związku Radzieckiego

Foto: Wikimedia Commons

Gdy w 1949 r. rozeszła się wieść o mianowaniu sowieckiego marszałka Konstantego Rokossowskiego marszałkiem Polski i nowym ministrem obrony narodowej, pojawiły się dowcipy, że „marszałek Koniew za chwilę poczuje się Czechem”. Powszechnie zdawano sobie sprawę, że ten awans nie wróży nic dobrego. Miał służyć przygotowaniu Ludowego Wojska Polskiego do III wojny światowej. Wraz z Rokossowskim przybyła do PRL chmara sowieckich generałów, którzy na powrót przejmowali stanowiska dowódcze od Polaków. Szalała Informacja Wojskowa wsadzająca do swoich katowni oficerów o coraz wyższych rangach. Tysiące młodych ludzi o „niewłaściwym” pochodzeniu pracowało niewolniczo w Wojskowym Korpusie Górniczym. Nic więc dziwnego, że minister obrony Rokossowski był powszechnie znienawidzony i na jesieni 1956 r. przetaczały się przez kraj demonstracje wzywające do jego odwołania. „Wtedy dała temu wyraz postawa Warszawy na wspomnianym wyżej wiecu, podkreślona dobitnie krążącą wśród tłumów szubienicą z powieszoną na niej kukłą przedstawiającą Rokossowskiego” – tak generał Zygmunt Berling wspominał olbrzymi wiec na warszawskim placu Defilad z października 1956 r. Stwierdził również, że Rokossowskiego obroniła wówczas przed zlinczowaniem przez tłum tylko interwencja milicji. Kilka tygodni później Rokossowski wracał już do ZSRR razem z 500 sowieckimi „doradcami”. Żalił się wówczas generałowi Franciszkowi Cymbarewiczowi: „Ot, Cymbarewicz, ironia losu, w Rosji ja był Polakiem, w Polsce – Ruskim”.

Spotkanie z „Szarym”

Antoni Heda „Szary” był na Kielecczyźnie legendą. Ów przedwojenny inżynier, bohater wojny obronnej 1939 r., były więzień Sowietów i Niemców, wsławił się podczas okupacji wieloma głośnymi akcjami. Jego oddział partyzancki AK (współpracujący ze zgrupowaniem „Ponurego”) rozbił m.in. niemieckie więzienia w Starachowicach i Końskich. Po rozwiązaniu AK nie złożył broni, kontynuując działalność w ramach Ruchu Oporu Armii Krajowej oraz Delegatury Sił Zbrojnych. UB zamordowała dwóch jego braci i szwagra. By uwolnić aresztowanych członków swojej rodziny, zorganizował w nocy z 4 na 5 sierpnia 1945 r. atak na więzienie w Kielcach. W brawurowo przeprowadzonej akcji uwolniono kilkuset ludzi i ośmieszono cały wojewódzki aparat bezpieczeństwa. We wrześniu 1945 r. Heda szykował się do kolejnej wielkiej akcji – ataku na osławione ubeckie więzienie przy Rakowieckiej w Warszawie. Nie doszła ona do skutku z powodu zdrady. „Szary” przez kolejne trzy lata ukrywał się na Mazurach i na Wybrzeżu. Jego aresztowanie UB uznało za ogromny sukces. Heda dostał cztery wyroki śmierci. Jego celę nawiedzali ubecy pokazujący mu, na jakim sznurze go powieszą.

Czytaj więcej

Ryzykowna gra Okulickiego

Heda był nie tylko wybitnym dowódcą partyzanckim. Był też człowiekiem, który głęboko ufał boskiej Opatrzności. I nie lekceważył „znaków”. Pewnej nocy, w więziennej celi, przyśnił mu się dziwny sen. Śniło mu się, że był na miejscu swoich dawnych partyzanckich bojów, a towarzyszyli mu marszałek Michał Rola-Żymierski i marszałek Rokossowski. Żymierski zachowywał się „pajacowato” – rzucił Rokossowskiemu pod nogi parę gumiaków, a sam został w skarpetkach. Poprosił Hedę, by pokazał Rokossowskiemu natarcie partyzanckie na młyn w Jedlance. Heda je odtworzył. Zadowolony Żymierski „sobie przypisał zasługi”, a Rokossowski podszedł do Hedy, podał mu rękę i pogratulował. „Obudziłem się i żałowałem, że to był tylko sen!” – wspominał „Szary”.

Kilka dni później Heda został wywołany ze swojej celi i zaprowadzony do świetlicy. Tam w dużej sali czekał na niego major Informacji Wojskowej. Dziwne „Szaremu” wydało się to, że miał on „sylwetkę dystyngowaną, przypominającą sylwetki naszych przedwojennych oficerów”. Major przedstawił się polskim nazwiskiem, którego Heda nie zapamiętał (w fabularyzowanym filmie dokumentalnym „Mit Szarego” pokazano go tam jako „majora Rafała Olszewskiego”). „Zostałem delegowany przez marszałka Rokossowskiego, jestem jego adiutantem. Marszałek polecił mi przekazać panu pozdrowienia oraz zapewnienie, że będzie pan ułaskawiony, a nawet jest możliwość – marszałek by sobie tego życzył – żeby po upływie pół roku znalazł się pan na wolności” – mówił ów tajemniczy major.

Heda wyraził zdziwienie tym, że Rokossowski interesuje się jego losem. Adiutant poinformował wówczas „Szarego”, że marszałek został nowym ministrem obrony w miejsce Roli-Żymierskiego. Heda streścił wówczas swój niedawny sen. Obaj zaczęli się śmiać. Adiutant stwierdził, że „zarówno ja, jak i marszałek Rokossowski siedzieliśmy w sowieckich więzieniach i rozumiemy pana sytuację”. Zapewnił, że chce mu pomóc. „Rozmawialiśmy potem jeszcze luźno na różne tematy, o naszym ciężkim położeniu, o cierpieniach narodu, o Katyniu, o tej wielkiej zbrodni, za którą zbrodniarze muszą odpokutować” – pisał Heda w swoich wspomnieniach. Adiutant Rokossowskiego, w pewnym momencie, otwierając dla „Szarego” butelkę piwa, powiedział: „Cieszę się, że własnoręcznie mogę usłużyć oficerowi Armii Krajowej”.

Adiutant poprosił „Szarego” o informacje mogące pozwolić złagodzić mu karę: o dane dotyczące Żydów i sowieckich jeńców uratowanych przez jego oddział. „Pożegnanie było serdeczne, w atmosferze nadziei dla mnie na zmianę na lepsze” – wspominał Heda. Tydzień później, w Wielki Piątek, „Szary” został wezwany do gabinetu naczelnika więzienia. Tam się dowiedział, że Bierut zamienił mu czterokrotną karę śmierci na dożywocie. Heda siedział w więzieniu do 1956 r. – choć dwukrotnie jacyś tajemniczy funkcjonariusze chcieli mu ułatwić ucieczkę. Już samo to, że uniknął kary śmierci za rozbicie więzienia w Kielcach, zakrawało na cud. Jak się okazało, ktoś zwrócił się do Mieczysława Moczara, ówczesnego członka KC PZPR, by zaświadczył, że Heda w czasie wojny odesłał 40 zbiegłych sowieckich jeńców do jego oddziału Armii Ludowej. Czyżby więc rzeczywiście Rokossowski interweniował w sprawie słynnego akowskiego partyzanta? Jeśli tak, to czym się kierował, ratując go przed śmiercią?

Cień roku 1937

Konstanty Rokossowski wiele zrobił, by zaciemnić swój życiorys. W różnych ankietach personalnych podawał różne daty i miejsca urodzenia. Najczęściej pisał, że urodził się w Warszawie. Gdy był już sowieckim marszałkiem, jako miejsce urodzenia wskazywał jednak Wielkie Łuki w obwodzie pskowskim. Wszak w pewnym okresie źle widziane było w ZSRR przyznawanie się do polskich korzeni. Niedawno w białoruskim archiwum znaleziono jednak księgę metrykalną wskazującą, że Konstanty Rokossowski, syn polskiego katolickiego szlachcica Ksawerego Rokossowskiego i prawosławnej Antoniny z domu Owsiannikowej, urodził się 3 lutego 1889 r. w Telechanach w powiecie pińskim i dzień później został ochrzczony w miejscowej cerkwi. Jego ojciec był urzędnikiem kolejowym pracującym na tych terenach, a dziadek Wincenty był powstańcem styczniowym i więźniem Cytadeli.

Konstanty wychowywał się w Warszawie, gdzie uczęszczał do gimnazjum. Po śmierci rodziców imał się różnych prac – od zatrudnienia w cukierni po kamieniarstwo. W czasach PRL często pisano o nim jako jednym z robotników wykańczających wieżyce mostu Poniatowskiego. Kilku członków jego rodziny spoczęło na Cmentarzu Bródnowskim, w tym siostra Helena – w latach 20. ub. wieku organizująca pomoc dla polskich dzieci repatriowanych z Rosji – i brat Franciszek, który był warszawskim policjantem w II RP i za okupacji.

W 1914 r. wcielono Konstantego do armii rosyjskiej, gdzie trafił do pułku huzarów. Na froncie wyróżniał się jako zwiadowca i zdobył cztery odznaczenia. Niestety, jego mentor – kapitan Adolf Juszkiewicz – wciągnął go do pracy na rzecz bolszewików. W kolejnych latach, wraz ze zrewoltowaną częścią swojego pułku, walczył w wojnie domowej w Rosji i w Mongolii. Później robił karierę w Armii Czerwonej, dochodząc w 1935 r. do stopnia komdiwa, czyli dowódcy dywizji. Aż nadszedł rok 1937 i operacja antypolska NKWD. W sierpniu 1937 r. Rokossowski został aresztowany przez bezpiekę i oskarżony o bycie polskim oraz japońskim agentem. Śledczy wybili mu dziewięć zębów, uszkodzili oko, łamali mu palce u nóg młotami i bili stalowymi wyciorami od karabinów po plecach. Wielokrotnie symulowano też jego rozstrzelanie. Z więzienia wyciągnął go w marcu 1940 r. marszałek Siemion Timoszenko, który – przerażony poziomem kadr dowódczych Armii Czerwonej w wojnie fińskiej – wyjednał u Stalina zwolnienie części dowódców z łagrów i więzień. Później przez wiele lat Rokossowski trzymał pistolet pod poduszką. Na wypadek, gdyby znowu po niego przyszli…

Armia Czerwona była armią niewolniczą i Rokossowski miał świadomość tego, że musi zapracować na swoją względną wolność. Co prawda, w 1941 r. równie kiepsko dowodził, jak większość innych sowieckich generałów, ale szybciej niż inni uczył się na błędach. W kolejnych latach zasłużył sobie na miano jednego z wybitniejszych dowódców tamtej wojny. Miał spory wkład w sowieckie zwycięstwa pod Stalingradem i Kurskiem, a latem 1944 r. w trakcie operacji „Bagration” rozbił niemieckie armie na Białorusi i przesunął front aż pod Warszawę. W Polsce zarzucamy mu często, że nie pomógł walczącej stolicy. Gdyby to jednak tylko od niego zależało, Warszawa zostałaby zdobyta już najpóźniej w połowie sierpnia. Taki plan przedstawił Stalinowi. I to Stalin jako głównodowodzący – a nie Rokossowski – odpowiadał za zatrzymanie frontu nad Wisłą. Co wówczas czuł marszałek? Czy myślał o mieście, w którym się wychowywał? Czy też raczej drżał na myśl o wpadnięciu w niełaskę sowieckiego tyrana?

W gronie sowieckich marszałków Rokossowski ma dzisiaj opinię najbardziej szanującego życie żołnierzy. Nie epatował chamstwem, jak Żukow czy Koniew, i nie straszył łagrem podległych sobie dowódców. Wielu oficerów marzyło, by trafić pod jego skrzydła. Wojnę kończył jako zdobywca Gdańska, Szczecina i Bornholmu. I jako marszałek prowadzący defiladę zwycięstwa w Moskwie, którą odbierał Żukow. W latach 1945–1949 był dowódcą Północnej Grupy Wojsk Sowieckich. Aż w roku 1949 Stalin przypomniał sobie o jego polskim pochodzeniu i postanowił uczynić dowódcą LWP. Artyści, którzy malowali kiedyś konne portrety marszałka Piłsudskiego, zabrali się do malowania podobnych portretów konnych marszałka Rokossowskiego. A zwykli Polacy żartowali z wyraźnie podwyższonej prawej brwi nowego „wodza”. „Czy podnosi ją, bo zastanawia się, czemu zrobili go Polakiem?”. Nie zdawali sobie sprawy, że ta podniesiona brew to „pamiątka” z 1937 roku…

Towarzysze z Informacji Wojskowej

Generał Józef Kuropieska, oficer z przedwojennym stażem, był jedną z ofiar czystek rozpętanych przez Informację Wojskową. Siedział w więzieniu w latach 1950–1955, z wyrokiem śmierci. Po umorzeniu śledztwa przyjęto go z powrotem do wojska. Miał wówczas okazję spotkać Rokossowskiego podczas ćwiczeń sztabowych okręgów wojskowych. „Marszałek przywitał się ze mną i powiedział coś przyjemnego o moim przedzierzgnięciu się w historyka. Po odprawie, gdy już wszyscy stali, robiąc marszałkowi jakby szpaler do przejścia, nieoczekiwanie podszedł do mnie i powiedział: – Mam nadzieję, że się będziecie dobrze czuć i szybko przyjdziecie do właściwej formy. Wiem to dobrze, bo sam siedziałem. – Oświadczył to dość głośno, tak że wszyscy musieli słyszeć. Podał mi następnie rękę i wyszedł. To odezwanie się marszałka stanowiło przełom w moim statusie generała w służbie czynnej i w osobistej pozycji w wojsku. Od tej chwili nikt mnie już nie unikał i mogłem raczej cierpieć od nadmiaru okazywanej mi serdeczności” – pisał Kuropieska.

Antoni Heda „Szary” (1914–2008)

Antoni Heda „Szary” (1914–2008)

Alamy Stock Photo/BEW

Takie „ludzkie” gesty zdarzały się marszałkowi. Gdy Kuropieska poinformował go, że gen. Wiktor Thommée, w 1939 r. dowódca obrony Modlina, żyje w nędzy, Rokossowski załatwił generałowi wojskową rentę i nowe mieszkanie. Innym razem, przez czyjeś niedopatrzenie, na biurku ministra znalazła się skarga na wywodzącego się z armii sowieckiej generała Bolesława Kieniewicza. Kieniewicz przywłaszczył sobie willę na Mokotowie i eksmitował jej mieszkańców. Rokossowski szybko zdecydował o dyscyplinarnym odesłaniu Kieniewicza do ZSRR i przyznaniu odszkodowań pokrzywdzonym przez niego mieszkańcom.

W ciekawym świetle sylwetkę Rokossowskiego kreśli w książce Lecha Kowalskiego „Generałowie” ówczesny zastępca ministra obrony, gen. Marian Naszkowski. Ów przedwojenny komunista, związany później z frakcją „Puławian”, został oddelegowany do pilnowania marszałka pod względem politycznym. I z jego relacji wynika, że Rokossowskiemu wiele rzeczy się w PRL nie podobało. „Innym razem obserwowałem jego zdumienie, gdy dowiedział się, że do Wojskowego Korpusu Węglowego w znacznej części są kierowani żołnierze niepewni ideologicznie i że jest to już od dawna ogólnie przyjęte. Kazał natychmiast to zmienić. W tej sprawie występował nawet oficjalnie do władz państwowych” – twierdził Naszkowski.

Jak Rokossowski reagował na czystki przeprowadzane przez Główny Zarząd Informacji (GZI) WP? „Szef GZI, płk Dymitr Wozniesieński i jego zastępca, płk Antoni Skulbaszewski w tej materii nie liczyli się z nikim i z niczym. Materiały obciążające zbierali na każdego, w tym na Bieruta i na Rokossowskiego. Wozniesieński pokazał mi raz meldunek swego agenta także na mnie, następnie demonstracyjnie go podarł. Była to pewna próba szantażu. Rokossowski, podobnie jak ja, był przerażony liczbą napływających wniosków GZI o aresztowanie oficerów. Każdy z tych wniosków był zawsze mocno umotywowany przez oficerów Informacji, przy czym niektórzy z więzionych sami się oskarżali. W takich sytuacjach Rokossowski często powtarzał: – Co ja mam robić? – i ostatecznie podpisywał wniosek o aresztowanie” – wspomniał Naszkowski. Opisał również wizytę Wozniesieńskiego w gabinecie ministra obrony, podczas której Rokossowski zauważył, że szefowi GZI wystają spod rękawa jakieś… przewody. „Okazało się, że nagrywał całą rozmowę, zadając podchwytliwe pytania. Po tym fakcie Rokossowski osobiście był zainteresowany, by jak najszybciej pozbyć się Wozniesieńskiego z Polski” – mówił Naszkowski.

W styczniu 1955 r. Rokossowski, jako jeden z dwóch członków Biura Politycznego PZPR, głosował natomiast za odwołaniem zbrodniarza Stanisława Radkiewicza ze stanowiska ministra bezpieczeństwa publicznego.

Partyjny przewrót

Z depesz wysyłanych do Moskwy przez Wiktora Lebiediewa, sowieckiego ambasadora w Warszawie, wynika, że Rokossowskiego we władzach PRL starała się ograniczać kierownicza czwórka: Bolesław Bierut, Jakub Berman, Hilary Minc i Roman Zambrowski. Dla nich marszałek był ciałem obcym i groźnym konkurentem. „Rokossowski uważa, że w kierownictwie partii jest ścisła grupa, składająca się z Minca, Bermana i Zambrowskiego, która faktycznie decyduje o wszystkim i która kieruje Bierutem. Bierut jednak nie widzi w tej sytuacji nic groźnego. To właśnie ta grupa, a nie Bierut, nagle zaniepokoiła się, że Rokossowski zagarnie zbyt wiele władzy, i postanowiła usadzić Rokossowskiego, robiąc to rękoma Bieruta na wspomnianym posiedzeniu Komisji. Rokossowski uważa, że ta grupa nikogo nie dopuszcza do składu kierownictwa partii i do Bieruta, chociaż w partii jest oczywiście wielu wykształconych i uczciwych ludzi” – pisał Lebiediew.

Od lewej widoczni: prezydent RP Bolesław Bierut, marszałek Polski Konstanty Rokossowski i ówczesny p

Od lewej widoczni: prezydent RP Bolesław Bierut, marszałek Polski Konstanty Rokossowski i ówczesny premier Józef Cyrankiewicz podczas obchodów Narodowego Święta Odrodzenia Polski, 22 lipca 1949 r.

PAP/Newscom

W październiku 1953 r. Rokossowski w rozmowie z radcą ambasady sowieckiej Zajkinem narzekał natomiast na narzucaną mu politykę kadrową w „ważnych instytucjach wojskowych” takich jak Główny Zarząd Polityczny (GZP), „gdzie, naruszając partyjne podejście do doboru kadr, kompletowano je według zasad narodowych i układów rodzinnych z osób narodowości żydowskiej”.

„Pamiętam, jak mnie zagadnął, abym mu wytłumaczył, dlaczego w GZP WP jest tak dużo oficerów narodowości żydowskiej. Tłumaczyłem mu, że wielu z tych oficerów wywodzi swój rodowód polityczny z dawnej KPP, w której przecież znaczny odsetek członków był narodowości żydowskiej, lecz są oni mocno związani z Polską, czują się Polakami, a poza tym w GZP WP na odpowiedzialnych stanowiskach jest wielu Polaków. Czy przekonałem marszałka – nie wiem” – opowiadał Naszkowski.

Rokossowski w partyjnym konflikcie po śmierci Stalina był więc kojarzony bardziej z frakcją „Natolińczyków”, czyli z młodszymi działaczami, często mającymi przeszłość partyzancką i zwykle nastawionymi antysemicko. Ich niechęć do Żydów brała się głównie stąd, że uważali, iż „różne Bermany i Mince” blokują im kariery. Frakcja ta mogła manipulować Rokossowskim w październiku 1956 r., gdy na rozkaz Chruszczowa postawiono w stan pogotowia wojska sowieckie w Polsce, a polski korpus pancerny szedł na Warszawę, by stłumić partyjny przewrót. Ostatecznie nie doszło jednak do przelewu krwi. „Marsz. Rokossowski był dyspozycyjny wobec Armii Radzieckiej, ale zachował się lojalnie w czasie wydarzeń październikowych w stosunku do rządu polskiego. Nie widzę z jego strony żadnych czynów, które byłyby przeciwne rządowi polskiemu. Nie znam żadnych dowodów nielojalności z jego strony” – wspominał gen. Janusz Zarzycki, w latach 1956–1960 szef GZP WP, ówcześnie wielki zwolennik Gomułki.

Rokossowski, wyjeżdżając z Polski w listopadzie 1956 r., ponoć żachnął się, że „moja noga tu już więcej nie stanie”. W ZSRR był w latach 1958–1962 wiceministrem obrony i dowódcą Zakaukaskiego Okręgu Wojskowego. I choć był rozgoryczony po pobycie w Polsce, to jednak za krajem tęsknił. Swoje 70. urodziny świętował w polskim mundurze; prenumerował polskie gazety, m.in. „Życie Warszawy”, i chętnie słuchał płyt zespołu Mazowsze. Odwiedzając sowieckie uczelnie wojskowe, zawsze szukał tam kontaktu ze studiującymi na nich polskimi oficerami. Kiedy zmarł w 1968 r., wbrew jego woli pochowano go w murze Kremla. Rosjanie uznają go za swojego wielkiego bohatera, choć sam Rokossowski bardzo chciał, by uznano go za Polaka.

Gdy w 1949 r. rozeszła się wieść o mianowaniu sowieckiego marszałka Konstantego Rokossowskiego marszałkiem Polski i nowym ministrem obrony narodowej, pojawiły się dowcipy, że „marszałek Koniew za chwilę poczuje się Czechem”. Powszechnie zdawano sobie sprawę, że ten awans nie wróży nic dobrego. Miał służyć przygotowaniu Ludowego Wojska Polskiego do III wojny światowej. Wraz z Rokossowskim przybyła do PRL chmara sowieckich generałów, którzy na powrót przejmowali stanowiska dowódcze od Polaków. Szalała Informacja Wojskowa wsadzająca do swoich katowni oficerów o coraz wyższych rangach. Tysiące młodych ludzi o „niewłaściwym” pochodzeniu pracowało niewolniczo w Wojskowym Korpusie Górniczym. Nic więc dziwnego, że minister obrony Rokossowski był powszechnie znienawidzony i na jesieni 1956 r. przetaczały się przez kraj demonstracje wzywające do jego odwołania. „Wtedy dała temu wyraz postawa Warszawy na wspomnianym wyżej wiecu, podkreślona dobitnie krążącą wśród tłumów szubienicą z powieszoną na niej kukłą przedstawiającą Rokossowskiego” – tak generał Zygmunt Berling wspominał olbrzymi wiec na warszawskim placu Defilad z października 1956 r. Stwierdził również, że Rokossowskiego obroniła wówczas przed zlinczowaniem przez tłum tylko interwencja milicji. Kilka tygodni później Rokossowski wracał już do ZSRR razem z 500 sowieckimi „doradcami”. Żalił się wówczas generałowi Franciszkowi Cymbarewiczowi: „Ot, Cymbarewicz, ironia losu, w Rosji ja był Polakiem, w Polsce – Ruskim”.

Pozostało 92% artykułu
2 / 3
artykułów
Czytaj dalej. Subskrybuj
Historia Polski
Uniwersał Połaniecki – amerykański sen o wolności
Historia Polski
Dzień, w którym Warszawa została stolicą
Historia Polski
Polska. Wielka mała Europa
Historia Polski
Sygurd Wiśniowski, galicyjski globtroter
Historia Polski
Szczątki ponad stu osób w zbiorowych mogiłach pod Chojnicami
Materiał Promocyjny
CERT Orange Polska: internauci korzystają z naszej wiedzy