Co najmniej dwukrotnie. W nadto patetycznym wierszu „Józef Piłsudski” lamentował: „Ach czemu, ach po co/ Tak męczysz się, tak cierpisz za nas, Komendancie?”, nic więc dziwnego, że publicyści Narodowej Demokracji nazwali utwór „obstalunkowym i bezczelnym”.
Przesadził także Tuwim w jednoaktówce wystawionej w „Qui pro Quo”, w której w imieniny Marszałka kazał zejść z pomników Mickiewiczowi, Kopernikowi, Chopinowi, a i królom: Sobieskiemu i Zygmuntowi III, by wspólnie podążyli do Belwederu złożyć hołd Piłsudskiemu...
Ale już ballada „Druskiennickie drzewa”, a zwłaszcza „Aere perennius” trawestacja trzydziestej ody Horacego, nie przynoszą wstydu poecie. Tu patos jest zasadny, a strofy nienaganne.
[i]Pomnik trwalszy nad spiż własnym
żywotem wzniósł,
Górą trudów się wzbił ponad
Giewontu szczyt,
I nie skruszy go czas ani go przeżre
rdza,
Ani stokrotny wiek skazy nie
znajdzie w nim.[/i]
Wierność nie była jednak Tuwimową cnotą. Jeszcze w czasie wojny w „Kwiatach polskich” enigmatycznie wspomni „partyzanta z twarzą nietzscheańską”, który „z politykami pertraktuje,/ A nocą czyta Słowackiego”, by po powrocie do ojczyzny pójść już na całość... I w „Spotkaniu w roku 1952” przemówić do chłopskiej córki studiującej agrochemię w Warszawie:
[i]Pamiętam twego ojca, jak na swej
pół-mordze
Siał, zbierał – dla sześciorga (nie
wróbli, lecz ludzi).
Wybacz: ciemny był chłopek.
Wzdychał, plótł, marudził
I jak dziadek zdziwaczał w rodzinnej
katordze.
A gdy sobie uroił Legionerski Upiór
śladem Chrobrego ruszyć na
„szlaki dziejowe”,
Westchnął tatulo, poplótł, u Berka
się upił
I poszedł „bronić Polski”. Wiesz
gdzie? Pod Kijowem.[/i]
„Legionowy Upiór”... Nieźle, jak na propagandzistę Biura Prasowego Naczelnego Dowództwa Wojska Polskiego w 1920 roku, pracującego pod kierownictwem Juliana Kadena-Bandrowskiego. Na łamach wydawanego przez Centralny Komitet Propagandy czasopisma „Łazik” publikował wtedy Tuwim teksty żołnierskich piosenek.
W latach 50. wymierzony w emigrację jego wiersz „We mgle” otwierał paszkwil Stefana Arskiego (naprawdę byłego PPS-owca, Artura Salmana) „Pasażerowie martwej wizy”, w którym Piłsudski okazywał się osobistym szpiegiem Ericha Ludendorffa.
Powiedzieć, że poeta zaparł się przeszłości, to mało. Że był na bakier z etyką, to też nie ukazuje wagi sprawy. Julian Tuwim także w innych utworach wypisywał brednie o
II Rzeczypospolitej, której był beneficjentem, tymczasem przedstawiał siebie jako ofiarę straszliwych rządów „sanacyjnych pułkowników”. Natchniony pisał zaś o Stalinie i Majakowskim, kazał córce złożyć kwiatek w miejscu, „gdzie mieszkał Włodzimierz Lenin (...) przyjaciel (...) prostych ludzi”, opiewał „Rewolucję, krasawicę wieczną”.
A czy ze strachu, czy z nadgorliwości obrzucał oszczerstwami pamięć człowieka, którego wcześniej sławił? W upublicznionym liście do oprawcy z Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego płk. Różańskiego pisał o przedwojennej Polsce jako kraju „sfaszyzowanym, trzymanym na hitlerowskim pasku” i o „nikczemnej rzeczywistości polskiej owych czasów”.
Gdyby uznać Juliana Tuwima za klasycznego poetę dworskiego, należałoby zgodzić się, że przynajmniej w II Rzeczypospolitej czepiał się klamki prawdziwej wielkości. Być kamerdynerem Piłsudskiego to jednak było coś; w porównaniu z tym lokajstwo u Bieruta prezentuje się jako nic innego tylko zaprzaństwo. Chociaż Belweder, na oko, był ten sam.