Z zimą nie ma żartów

O tym, że w samochodzie zawsze warto wozić ze sobą zapasowy koc i butelkę wody, przekonałem się 14 lutego 2003 r. Pracowałem wtedy w miejscowości Nutley we wschodniej części stanu New Jersey, zaledwie kilka mil od Nowego Jorku.

Publikacja: 11.01.2024 21:00

Ulice nowojorskiego Brooklynu pokryte grubą warstwą śniegu. To zdjęcie wykonano 14 marca 1888 r., ki

Ulice nowojorskiego Brooklynu pokryte grubą warstwą śniegu. To zdjęcie wykonano 14 marca 1888 r., kiedy większość śniegu już stopniała

Foto: NOAA Photo Library/Historic NWS Collection

Tego dnia pracowałem prawie do północy. Dzień był taki jak za naszym oknem w ostatnią Wigilię. Dodatnia temperatura, deszcz, przykry i przeszywający wiatr. Nie wiem, kto wymyślił powiedzenie, że w taką pogodę psa by nie wygonił, ale bez wątpienia miał na myśli taką właśnie aurę jak tamtego pamiętnego wieczora. Jak pisał Karol Dickens: „Noc jest ciemna, śpiewa imbryk, i zeschłe liście leżą na drodze; a w górze sama tylko mgła i ciemność, a w dole samo tylko błoto i rozmokła glina”.

Około 22.00 przestało padać i zapanowała cisza. Powoli zacząłem zbierać się do wyjścia. Nim jednak doszedłem do samochodu na parkingu, miałem wrażenie, że nagle zrobiło się bardzo zimno i zaczął padać bardzo gęsty śnieg. Kilka minut zajęło mi oczyszczenie szyb, zresztą mało skuteczne, bo śnieg był szybszy od szczotki. A tu czekała mnie ta sama trasa, jak co wieczór, czyli około 48 km drogą Garden State Parkway do Roselle Park. Jak na warunki amerykańskie – niewielka odległość z pracy do domu.

Czytaj więcej

Lotnisko w Manchesterze zamknięte. Śnieg zasypał pasy startowe

Bardzo lubiłem tę autostradę. To jeden z najstarszych amerykańskich płatnych highwayów, zbudowany w latach 1946–1957. Mój fragment tej drogi przecinał niewielkie wzniesienia. Trasa obfitowała zatem w podjazdy.

Tego wieczoru nawet nie zdążyłem wjechać na Garden State Parkway. W ogóle popełniłem wielki błąd, decydując się na wyjście z ciepłego biura. Po dwóch kilometrach jazdy nie widziałem już drogi, pasów ani znaków. Liczyłem tylko ledwo widoczne zza ściany śniegu światła drogowe. Udało mi się dojechać do wiaduktu nad autostradą, ale dalej – zjeżdżając z niego – utraciłem panowanie nad kierownicą. Mój ukochany Ford Taurus, w którego siłę dotychczas naiwnie wierzyłem, teraz zamienił się w rozpędzone sanki. Nim się obejrzałem, huknąłem w unieruchomiony na zjeździe inny samochód. Śnieg padał tak gęsty, że nawet nie próbowałem wysiadać. Podobnie kierowca uderzonego samochodu. Potem okazało się, że dołączyłem do długiego łańcuszka szczepionych ze sobą potężnych amerykańskich maszyn, których napędy na cztery koła i wielkie ośmiocylindryczne silniki przegrały tej nocy z nieprzewidywalną naturą. W samochodzie spędziłem ponad 12 godzin, zastanawiając się, dlaczego nigdy nie pomyślałem, żeby wozić ze sobą zapasowy koc i jakieś krakersy.

Ten wieczór zapoczątkował pięciodniowy okres najintensywniejszych opadów śniegu na Wschodnim Wybrzeżu USA w XXI wieku, któremu nadano nazwę PDII od słów „Presidents’ Day Storm II”. Wszystkie miasta wschodniego wybrzeża – od Waszyngtonu po Boston – przykryło ok. 70 cm śniegu. Najwięcej spadło w Baltimore i Bostonie. Ale nie chodzi nawet o grubość białej pokrywy, jaka sparaliżowała amerykańskie metropolie, ale o tempo, w jakim to nastąpiło. Tak szybko padający śnieg tworzy cięższą i znacznie bardziej zbitą masę, unieruchamiając pojazdy i pieszych.

Czytaj więcej

Atak zimy w Kalifornii. Najpierw śnieżyce, teraz burze

Sam do siebie miałem pretensję, że nie byłem przygotowany na taką sytuację. Przecież ledwie kilka tygodni wcześniej opisałem w nowojorskim „Nowym Dzienniku” słynną i najtragiczniejszą w skutkach śnieżycę, która nawiedziła wschodnie wybrzeże od Baltimore po Boston w dniach 11–14 marca 1888 r. Wtedy śnieg utworzył warstwę o średniej wysokości od 102 do 127 cm. Ale nie sama jej grubość się liczy, ale tempo opadu i niespodziewane nadejście kataklizmu. Tak bowiem można to wydarzenie nazwać. Temperatura spadła o kilkanaście stopni w ciągu niecałych pięciu minut. Ciężki, niezwykle gęsty śnieg padał z taką intensywnością, że niektórzy nowojorczycy zginęli w białych zaspach, chociaż znajdowali się zaledwie kilka metrów od domów i sklepów. Ci, którzy w tym czasie byli w lasach lub na polach, znaleźli się w strasznej pułapce. Badania przeprowadzone w 2007 r. przez National Climatic Data Center dowiodły, że śnieżyca stulecia pochłonęła życie przynajmniej 400 osób, w tym 200 nowojorczyków. Na 200 unieruchomionych statkach zginęło aż 100 marynarzy.

Burza śnieżna z 2003 r. była dla mnie bardzo dramatycznym doświadczeniem, gwałtownością znacznie przerastającym polską zimę z 1979 r. Nauczyło mnie ono dwóch zasad: pogody nigdy nie wolno lekceważyć, a zimą warto mieć przy sobie przynajmniej zapasowy sweter.

Tego dnia pracowałem prawie do północy. Dzień był taki jak za naszym oknem w ostatnią Wigilię. Dodatnia temperatura, deszcz, przykry i przeszywający wiatr. Nie wiem, kto wymyślił powiedzenie, że w taką pogodę psa by nie wygonił, ale bez wątpienia miał na myśli taką właśnie aurę jak tamtego pamiętnego wieczora. Jak pisał Karol Dickens: „Noc jest ciemna, śpiewa imbryk, i zeschłe liście leżą na drodze; a w górze sama tylko mgła i ciemność, a w dole samo tylko błoto i rozmokła glina”.

Pozostało 88% artykułu
2 / 3
artykułów
Czytaj dalej. Subskrybuj
Historia
Prezydentura – zawód najwyższego ryzyka
Historia
Czesław Lasik: zapomniany agent wywiadu
Historia
Indyjscy „wyklęci” wracają do łask
Historia
IPN poszukuje na Litwie szczątków poległych żołnierzy AK
Materiał Promocyjny
Mazda CX-5 – wszystko, co dobre, ma swój koniec
Historia
Pałac Saski na razie na etapie odkrywanych piwnic. Co z planowaną datą oddania do użytku?
Materiał Promocyjny
Branża bankowa gorszy okres ma za sobą