Gambit Fidela Castro

Od ubiegłego roku Aleksander Łukaszenko stosuje podstęp wymyślony ponad cztery dekady temu przez Fidela Castro. Już wtedy kubański przywódca cynicznie wykorzystał pułapki, jakie tworzy zachodnia poprawność polityczna.

Publikacja: 22.12.2022 21:00

Zdesperowani uchodźcy z Kuby w oczekiwaniu na amerykański azyl... Floryda, 7 maja 1980 r.

Zdesperowani uchodźcy z Kuby w oczekiwaniu na amerykański azyl... Floryda, 7 maja 1980 r.

Foto: Getty Images

Pod koniec lat 70. XX w. gospodarka kubańska, ściśle powiązana handlem z krajami RWPG i pomocą ekonomiczną z ZSRR, zaczęła dotkliwie odczuwać radzieckie zaangażowanie w wojnę w Afganistanie. Na Kubie obłożonej przez Amerykanów od ćwierćwiecza embargiem handlowym zaczęło brakować dosłownie wszystkiego. Spowodowało to znaczny wzrost napięcia wewnętrznego w kraju i serię spektakularnych ucieczek Kubańczyków za granicę.

Jednak najdotkliwszym ciosem wizerunkowym dla reżimu była ucieczka pięciu obywateli w samym centrum kubańskiej stolicy. 1 kwietnia 1980 r. niejaki Hector Sanyustiz staranował autobusem ogrodzenie peruwiańskiej ambasady w Hawanie. W autobusie było jeszcze czterech innych jego towarzyszy. Stojący na ulicy przed ambasadą kubańscy strażnicy otworzyli ogień w kierunku autobusu. Jeden strażnik zginął w krzyżowym ogniu z ochroną ambasady. Mimo nacisków Hawany rząd Peru udzielił uciekinierom azylu politycznego.

Czytaj więcej

Złowrogi cień Sowietów

Jak zawstydzić Amerykanów

To wydarzenie tak rozzłościło Fidela Castro, że na początku kwietnia 1980 r. ogłosił, iż wszyscy Kubańczycy, którzy chcą wyemigrować do USA, mogą swobodnie, bez żadnych konsekwencji prawnych, wypłynąć na własnej łodzi z położonego na zachód od Hawany portu Mariel. Ludzie długo się nie namyślali. Jak trudna była sytuacja w kraju, świadczy fakt, że już w następnych dniach na amerykańskich wodach terytorialnych pojawiła się „armada” ok. 300 łodzi, pontonów i tratw, na których do USA płynęło kilka tysięcy Kubańczyków. Taki napływ azylantów okazał się katastrofą dla amerykańskich służb imigracyjnych.

Tym bardziej że kubański reżim nie ukrywał, że przekazuje Amerykanom specjalny prezent. Na łodziach płynęli wypuszczeni z więzień szczególnie groźni przestępcy kryminalni oraz niebezpieczni pacjenci zwolnieni ze szpitali psychiatrycznych. 71 proc. uchodźców stanowili najgorzej wykształceni Kubańczycy, których Fidel nazywał gusanos (robakami) lub escoria (śmieciami). Spośród 124 tys. „Marielitos” ponad 1700 zostało natychmiast aresztowanych przez amerykańskie służby graniczne, a 587 osób zatrzymano w obozach imigracyjnych, ponieważ nie miały one rodzin w USA i zgodnie z prawem imigracyjnym musiały czekać na prywatnego sponsora.

Fidel Castro postawił administrację prezydenta Jimmy’ego Cartera w niezwykle kłopotliwej sytuacji. W ciągu zaledwie kilku dni tak eksponowana od ponad dwóch dekad przez amerykańskich polityków troska o prawa Kubańczyków zamieniła się w paniczny lęk przed ich napływem. Miami z dnia na dzień zamieniło się w przesiąknięte przestępczością kubańskie getto. Sam Castro nazywał ich w swoich przemówieniach „kubańską mafią z Miami”. Największa panika zapanowała wśród Kubańczyków żyjących w USA od lat. Nikt nie wiedział, czy w gigantycznym tłumie uciekinierów nie kryją się nasłani przez Castro zabójcy, którzy mieli wymordować dawne elity reżimu Fulgencia Batisty. Paradoksalnie to Amerykanie kubańskiego pochodzenia zaczęli naciskać na Biały Dom, żeby zablokować napływ nowych uchodźców lub żeby osadzać ich w specjalnych obozach, gdzie mieli przejść żmudną procedurę weryfikacji tożsamości.

Ale jak to zwykle bywa w takich sytuacjach, przed kamerami i obiektywami fotoreporterów zjawiły się hieny polityczne. Zgrani, zapomniani, często skorumpowani lokalnymi układami koniunkturaliści, którzy wyczuli okazję, żeby na nowo zbić kapitał polityczny, stając w obronie aresztowanych przez INS kubańskich kryminalistów. Przeliczyli się. Amerykanie poparli zaostrzenie polityki imigracyjnej i w listopadzie tego samego roku wybrali na prezydenta wrogiego otwartym granicom byłego gubernatora Kalifornii Ronalda Reagana.

Fidel Castro wygrał tę rozgrywkę. Kubański exodus (łącznie 124,7 tys. ludzi) zakończył się podpisaniem porozumienia kubańsko-amerykańskiego w październiku 1980 r. Nikt więcej z amerykańskiej klasy politycznej nie mówił już o konieczności otwarcia amerykańskich granic dla masowego napływu uchodźców politycznych i ekonomicznych.

Terror państwowy

Terroryzm ma różne oblicza i odcienie, choć jest permanentnym składnikiem dziejów naszego gatunku. W zasadzie cała historia świata opisuje nieustanną manipulację strachem. Aleksander Łukaszenko et consortes świetnie wyczuł to, czego najbardziej boją się zachodni Europejczycy. Pod fasadą otwartości i poprawności politycznej kryje się bowiem ksenofobiczny strach przed obcymi. Nie mnie oceniać, czy strach ten jest słuszny, czy może stanowi jedynie emanację lęku przed utratą świata, który i tak nieuchronnie się zmienia.

Każda forma rządów wymaga stosowania przymusu. To rodzi sprzeciw, który też prowadzi do przemocy. Terror jest zatem nieuniknionym i odwiecznym komponentem dziejów, choć występuje w różnych odsłonach i pod różną postacią. Większość ludzi nie dostrzega jego pełnego spektrum w otaczającym nas świecie. W owczym pędzie przyswajamy prostą binarną ocenę rzeczywistości, jaką wskażą nam środki masowego przekazu. To nowożytni augurzy zwalniający masy od wszelkiej dociekliwości. I tak jak cztery dekady temu amerykańskie media uczyniły wiele złego, z początku kibicując uciekinierom z Kuby, żeby ostatecznie przeobrazić się w ich największych krytyków, tak w rozkręcaniu psychozy wokół sytuacji na polskiej granicy z Białorusią mają swój udział wszystkie polskie media reprezentujące wszystkie odcienie sceny politycznej.

W szkołach nauczano, że pierwszym aktem indywidualnego terroru było podpalenie świątyni Artemidy w 356 r. p.n.e. przez ubogiego i obłąkanego szewca Herostratesa z Efezu, a pierwszym aktem terroryzmu państwowego były rządy Trzydziestu Tyranów spartańskich w 404 r. p.n.e. To nieprawda, o czym świadczy choćby 27 szkieletów odkrytych w kenijskim Nataruk niedaleko jeziora Turkana – miejscu najstarszej znanej nam masakry sprzed 10 tys. lat.

Tak więc terror indywidualny i państwowy towarzyszy cywilizacji od samego jej początku. Czasami przybiera złudną formę praworządności, bywa nawet skodyfikowany i usankcjonowany prawem. Przecież najwięksi ludobójcy działali zgodnie z literą prawa, które sami ustanowili. Przykładem jest „oczyszczanie” Francji z „wrogów rewolucji” przez Trybunał Rewolucyjny w latach 1793–1794. Z kolei rządy sowieckie w latach 1917–1953, w okresie nazywanym wielkim terrorem, realizowały wytyczne programowe WKP(b) – przemianowanej w 1952 r. na KPZR. Ich niemieckim odpowiednikiem były rasistowskie ustawy norymberskie, ustawa o pełnomocnictwach i dekret prezydencki o „ochronie narodu niemieckiego”, które oddawały władzę nad życiem milionów ludzi garstce politycznych oprychów. Szczęśliwie tamte totalitaryzmy upadły, choć zastąpiły je nowe, rozsiane w różnych zakątkach świata. Niestety, nie są to tylko odległe zakątki świata, ale nasze bezpośrednie sąsiedztwo.

Szantaż to objaw bezradności dyktatora

Pocieszający jest fakt, że dyktatorzy to zazwyczaj głupi ludzie: zaczynają swoje kariery spektakularnie, dochodzą do władzy w wyniku misternie zaplanowanych zamachów lub rewolucji, tworzą doskonale działający system totalitarny, po czym spoczywają na laurach i w miarę upływu czasu zamieniają się w zgnuśniałych, odizolowanych od świata satrapów, by skończyć jak zwykli kryminaliści.

Ten mechanizm upadku niemal zawsze się powtarza, choć w różnych czasach i otoczeniu: Stalinowi nie udzielono pomocy przy wylewie, Pol Pot umierał gdzieś w dżungli koło 'Ânlóng Veng, Hideki Tōjō skończył na stryczku, zwłoki Mussoliniego zawisły na słupie stacji benzynowej w Mediolanie, Hitler wyręczył sprawiedliwość, strzelając sobie w łeb, Saddam Husajn zawisł na grubej linie, Ceausescu został rozstrzelany, a Kaddafiego tłum niemal rozszarpał na kawałki. Inni dogorywali na wygnaniu, dławiąc się ostateczną goryczą samotności. Wszyscy oni stosowali szantaż w relacjach z demokracjami zachodnimi. Kaddafi sponsorował zamachy lotnicze, Saddam Husajn chciał budować największy arsenał broni chemicznej, a białoruski satrapa zagrywa teraz losem biednych umęczonych ludzi szukających lepszego życia.

Despoci nie chcą uczyć się historii. Przez to nie wiedzą lub nie chcą wiedzieć, że dyktatura niemal zawsze kończy się osobistą tragedią autarchy.

Przejawem nadchodzącego schyłku władzy despoty jest moment, kiedy sam zaczyna wierzyć w brednie przez siebie stworzone. Nie pożąda już władzy, pieniędzy ani posłuchu, ale wierząc w swoją misję dziejową, jest coraz bardziej spragniony uwielbienia ludzi, których przez lata uciskał. To urojenie, że jest ojcem narodu i nieśmiertelnym komendantem rewolucji, zaczyna mu przesłaniać trzeźwe spojrzenie na świat. Pragmatyzm, który stanowił jego siłę napędową w początkowej fazie przejmowania władzy, zamienia się w fantasmagorie odciętego od rzeczywistości autarchy.

Kiedy już wszystkie środki szantażu się wyczerpią, proces upadku przyspiesza, a jego epilogiem jest chwila, w której dyktatora opuszczają ludzie go chroniący. W starożytnym Rzymie to pretorianie byli ostatnim ogniwem każdego zamachu stanu. Kiedy inni zawodzili, od nich zależał ostateczny los cezarów. Nawet wszechwładny Stalin umierał we własnych odchodach, otoczony obojętnymi na jego agonię ludźmi przekonanymi o tym, że czas jego rządów dobiegł końca.

Pod koniec lat 70. XX w. gospodarka kubańska, ściśle powiązana handlem z krajami RWPG i pomocą ekonomiczną z ZSRR, zaczęła dotkliwie odczuwać radzieckie zaangażowanie w wojnę w Afganistanie. Na Kubie obłożonej przez Amerykanów od ćwierćwiecza embargiem handlowym zaczęło brakować dosłownie wszystkiego. Spowodowało to znaczny wzrost napięcia wewnętrznego w kraju i serię spektakularnych ucieczek Kubańczyków za granicę.

Pozostało 95% artykułu
2 / 3
artykułów
Czytaj dalej. Subskrybuj
Historia
Zegarki, broszki, obrączki. Niemcy zwracają wyjątkowe depozyty
Historia
Marek Aureliusz, niedoszły król Polski
Historia
Historia fotografii. Jak powstało słynne zdjęcie z wojny w Wietnamie?
Historia
Żaglowce nie znikają. Wyjątkowa wystawa w Gdańsku
Akcje Specjalne
Naszym celem jest osiągnięcie 9 GW mocy OZE do 2030 roku
Historia
Jak trener i konserwator mebli przekonali świat o odkryciu pisma
Historia
Autorka sagi „Lilie królowej”: W tym biznesie w średniowieczu rządziły kobiety