Airbus Iran Air ląduje w Teheranie w środku nocy, podobnie zresztą jak wszystkie inne samoloty z Europy. Oficer straży granicznej o beznamiętnej twarzy starannie wertuje kolejne strony paszportu, patrzy mi podejrzliwie w oczy, milcząco sprawdza jeszcze dane w komputerze i w końcu życzy mi: „Good permanence!”. Sala celna jest pusta, zimna, niegościnna. Przygotowany na drobiazgową odprawę – mającą na celu zażegnanie zgubnych wpływów zachodniej „arogancji i materializmu”, czyli importu pism ze zdjęciami ukazującymi kształty ciał kobiecych, które mogłyby pobudzić erotyczne fantazje mężczyzn, czy butelki whisky przeznaczonej na prezent dla przyjaciela – bez zbędnych pytań mogę opuścić strefę celną.