Palazzo Bergoglio w Paranie
Moi dziadkowie i mój ojciec mieli szczęście. Wyjechali do Buenos Aires na zaproszenie braci mojego dziadka, którzy mieszkali w Argentynie już od 1922 roku. Udało im się rozpocząć tam nowe życie, „nueva suerte”. Zaczynali jako robotnicy asfaltujący drogę prowadzącą z portu na rzece do wsi. Wkrótce założyli własną dobrze funkcjonującą firmę zajmującą się kładzeniem bruku i asfaltu. Moi dziadkowie i mój ojciec po kontroli dokumentów nie musieli zatrzymywać się w Hotel de Inmigrantes i mogli ruszyć dalej, do Parany w prowincji Entre Ríos, gdzie czekali na nich krewni, mieszkający w czteropiętrowym zbudowanym własnymi rękami Palazzo Bergoglio. Był to pierwszy w całym mieście budynek, w którym zainstalowano windę. Każdy z braci, Giovanni Lorenzo, Eugenio, Ernesto i mój dziadek Giovanni Angelo, zajmował jedno piętro. Z rodzeństwa dziadka zostało w Piemoncie tylko dwoje: Carlo, najstarszy z braci, i Luisa, jedyna siostra, która po mężu nosiła nazwisko Martinengo. Tak więc prawie cała rodzina znów znalazła się razem, czego, wyjeżdżając, tak bardzo pragnęli moi rodzice.
Mój ojciec, który był kontystą, pracował w administracji przedsiębiorstwa. Nie trwało to jednak długo. Wielki światowy kryzys 1929 roku zataczał coraz szersze kręgi. Równocześnie prezes rodzinnej firmy, jeden z moich wspaniałych stryjecznych dziadków, Giovanni ( Juan) Lorenzo, zachorował na białaczkę i mięsaka limfatycznego. Kiedy zmarł, jego żona Elisa została sama z trójką dzieci. Recesja i żałoba przesądziły o klęsce rodziny Bergoglio. W 1932 roku musieli sprzedać wszystko: maszyny, firmę, dom, a nawet kaplicę cmentarną. Zostali z pustymi rękami i znaleźli się w nędzy.
Watykan: papież Franciszek pozdrawia wiernych zgromadzonych na Placu św. Piotra w Watykanie
Foto: Boris Stroujko/Shutterstock
Trzeba było zaczynać wszystko od nowa. I z taką samą determinacją, jak za pierwszym razem, udało im się tego dokonać. Ale oczywiście, kiedy tamtego ciepłego lutowego poranka po raz pierwszy postawili stopę na argentyńskiej ziemi, ani mój dziadek ani mój ojciec, ani babka, która ubrana w wełniane palto rzucała wyzwanie upałom, nic jeszcze nie wiedzieli o tym, co ich spotka.
Podobnie jak nie wiedziały tego tysiące, miliony kobiet i mężczyzn, którzy przybyli do Argentyny przed nimi i po nich. Wśród nich byli rzemieślnicy, drwale, robotnicy budowlani, górnicy, pielęgniarki, kowale, stolarze, szewcy, krawcy, piekarze, mechanicy, szklarze, malarze, kucharze, służący, lodziarze, fryzjerzy, robotnicy w kamieniołomach i kamieniarze, kupcy i księgowi oraz niezliczona rzesza chłopów i prostych robotników. Przywozili ze sobą nędzę, wspomnienia tragicznych wydarzeń i upokorzeń, ale także siłę, odwagę, wytrwałość, wiarę. I mnóstwo talentów, które, jak w przypowieści z Ewangelii św. Mateusza, czekały na okazję, aby zaowocować. Gdy tylko się nadarzyła, ta banda łachmaniarzy potrafiła zbudować na drugiej półkuli nową część świata. Wolni i uparci ludzie („rassa nostrana libera e stuarda”). W pięknym, przejmującym wierszu opisał ich Nino Costa, jeden z największych piemonckich poetów tamtych czasów. Poeta umarł na serce, kiedy dowiedział się o śmierci syna, zaledwie dziewiętnastoletniego partyzanta. Babka Rosa kazała mi nauczyć się strof tego wiersza w dialekcie: „O bionde di grano pianure argentine… non sentite mai passare un’aria monferrina o il ritornello di una canzone di montagna?” (O złote zbożem argentyńskie równiny, czyż nie czujecie powiewu Monferrato lub refrenu góralskiej przyśpiewki?).