Skąd do Argentyny przybyła rodzina Bergoglio?

Papież Franciszek urodził się 17 grudnia 1936 r. we Flores, ubogiej dzielnicy Buenos Aires, jako Jorge Mario Bergoglio – najstarsze z pięciorga dzieci księgowego Mario José Bergoglio i Reginy María Sívori. Gdzie jednak sięgają korzenie jego rodu?

Publikacja: 03.04.2025 19:51

Franciszek swój pontyfikat rozpoczął 13 marca 2013 r. Na zdjęciu: papież na Dziedzińcu św. Damazego

Franciszek swój pontyfikat rozpoczął 13 marca 2013 r. Na zdjęciu: papież na Dziedzińcu św. Damazego przy Pałacu Apostolskim, 4 czerwca 2022 r.

Foto: Tiziana FABI / AFP

Nie potrafię powiedzieć, ile razy słyszałem historię katastrofy statku, nazwanego „Principessa Mafalda” na cześć córki króla Wiktora Emanuela III. Kilka lat później, pod koniec kolejnej strasznej wojny, księżniczka Mafalda także zginęła tragiczną śmiercią w niemieckim nazistowskim obozie koncentracyjnym w Buchenwaldzie.

Historię zatonięcia statku „Principessa Mafalda” opowiadano dzieciom, opowiadano w każdej dzielnicy, w każdym „barrio”. Opiewały ją także ballady śpiewane przez migrantów po obu stronach oceanu: „Z Włoch «Mafalda» wyruszyła z tysiącem lub więcej pasażerów… Ojcowie i matki ratowali dzieci znikające wśród fal”.

Na rejs tym właśnie statkiem, wypływającym do Buenos Aires z portu w Genui 11 października 1927 roku wykupili bilety również moi dziadkowie i ich jedyny syn, a mój ojciec Mario, wówczas jeszcze młodzieniec. Nie wyruszyli jednak w podróż na pokładzie tego parowca. Choć bardzo się starali, nie udało im się na czas sprzedać tego, co posiadali. Musieli więc przełożyć swój wyjazd do Argentyny.

I dzięki temu właśnie teraz tu jestem. Nie możecie sobie nawet wyobrazić, jak bardzo jestem za to wdzięczny Bożej Opatrzności.

Czytaj więcej

Gdy odchodzi najwyższy pasterz

Z Genui na drugi koniec świata

W końcu wyruszyli w rejs. Dziadkom udało się wreszcie sprzedać niewielki spłachetek ziemi, jaki posiadali w Piemoncie we wsi Bricco Marmorito, i dotrzeć do portu w Genui. Mieli teraz bilety w jedną stronę na rejs statkiem „Giulio Cesare”.

Jako pasażerowie trzeciej klasy musieli czekać na swoją kolej, dopóki wszyscy podróżujący pierwszą klasą nie zostali wpuszczeni na pokład. Kiedy statek wypłynął na otwarte morze, a na horyzoncie zniknęły ostatnie światła Lanterny, latarni morskiej w porcie w Genui, uświadomili sobie, że już nigdy nie wrócą do Włoch i muszą na nowo rozpocząć życie na drugim końcu świata.

Był 1 lutego 1929 roku. Tamtej zimy, jednej z najmroźniejszych w całym stuleciu, w Turynie termometr wskazywał 15 stopni poniżej zera, a w innych częściach Włoch nawet minus 25 stopni. Do tej właśnie zimy nawiązał w jednym ze swoich filmów Federico Fellini, nazywając ją „rokiem wielkiego śniegu”. Całą Europę, od Uralu po wybrzeża Morza Śródziemnego, pokrył wtedy śnieg, który grubą warstwą leżał nawet na kopule Bazyliki św. Piotra.

NADZIEJA. AUTOBIOGRAFIA Przekł. Anna T. Kowalewska Świat Książki, Warszawa 2025

NADZIEJA. AUTOBIOGRAFIA Przekł. Anna T. Kowalewska Świat Książki, Warszawa 2025

Na koniec dwutygodniowego rejsu, po zawinięciu do portów w Villefranchesur-Mer, Barcelonie, Rio de Janeiro, Santos i Montevideo, statek dotarł w końcu do Buenos Aires. Moja babka Rosa, mimo prawie trzydziestostopniowych upałów i wilgoci, dalej miała na sobie grube palto, w którym wyjechała. Zgodnie z ówczesną modą ozdobione było kołnierzem z lisa. Pod podszewką tego kołnierza, między futrem a jedwabiem, babka zaszyła cały rodzinny dobytek. Miała to palto na sobie niczym mundur, nawet kiedy już zeszli na ląd i ruszyli w głąb kraju, w górę rzeki Parana. Po przebyciu prawie pięciuset kilometrów w nieznośnym upale wreszcie dotarli do celu. Dopiero wtedy babka Rosa, „luchadora” (wojowniczka), jak ją nazywano, zdecydowała się zdjąć wełniane okrycie.

Po dopłynięciu do portu w Buenos Aires rodzinę Bergoglio zarejestrowano jako „migrantes ultramar”. Dziadek Giovanni, który najpierw pracował w polu, a potem otworzył sklep z kawą i ciastkami, został zarejestrowany jako „comercio” (kupiec), jego żona Rosa jako „casera” (gospodyni domowa), a ich syn i mój ojciec Mario, któremu ku wielkiemu zadowoleniu rodziców udało się zdać maturę z rachunkowości, jako „contador” (kontysta).

Mnóstwo ludzi towarzyszyło moim krewnym w tej długiej podróży nadziei. W tamtym stuleciu z Włoch do „la Merica” (Ameryki), przede wszystkim do Stanów Zjednoczonych, Brazylii i Argentyny, wyjechały miliony ludzi. Tylko od 1925 do 1929 roku do Buenos Aires trafiło ponad 200 tysięcy emigrantów.

Pamięć o strasznej katastrofie statku „Principessa Mafalda” była wtedy jeszcze świeża. A bynajmniej nie był to odizolowany przypadek. Były to lata, o których mówią słowa znanej włoskiej piosenki śpiewanej przez wiele pokoleń migrantów: „Mamma mia dammi cento lire che in America voglio andar” (Mamuś moja, daj mi ze sto lirów, do Ameryki jechać chcę), czasy, kiedy często decydowano się również na tylko sezonową emigrację. Włoscy migranci wyruszali z Genui jesienią, kiedy żniwa na półkuli północnej dobiegają końca, by pracować w polu na południowej półkuli, gdzie właśnie zaczynało się lato. Wracali do domu na wiosnę z kilkoma marnymi lirami, z których znaczna część trafiała do kieszeni werbowników i organizatorów pośredniczących w wyjeździe. Po ich opłaceniu i pokryciu kosztów podróży w kieszeni pozostawało ledwie kilkadziesiąt lirów jako rekompensata za cztery lub pięć miesięcy ciężkiej pracy.

Czytaj więcej

„Do Domu Ojca” – śmierć i pogrzeb papieża Polaka

Śmierć z wyczerpania i głodu

Podczas podróży do Ameryki wielu migrantów straciło życie. W 1888 roku na pokładzie statków „Matteo Bruzzo” i „Carlo Raggio”, które płynęły z Genui do Brazylii, z głodu i wyczerpania zmarło pięćdziesiąt osób. Na statku „Frisca” doliczono się dwudziestu ofiar stratowanych przez tłum pasażerów. W 1893 roku, po wejściu na pokład „Remo”, migranci zdali sobie sprawę, że na rejs sprzedanych zostało dwa razy więcej biletów, niż było miejsc. Na statku wybuchła cholera. Zmarłych wyrzucano za burtę. Liczba pasażerów malała codziennie o kilka osób. Ostatecznie jednak statek nie został na- wet wpuszczony do portu docelowego. W drodze do Buenos Aires doszło też do katastrofy statku „Sirio”. Życie straciło wtedy pięciuset włoskich migrantów. Historię tych tragedii opiewają popularne piemonckie piosenki, śpiewane w takt melodii do dziś wygrywanych na akordeonie w wielu „barrios”.

Historie statków „Sirio”, „Frisca” i „Principessa Mafalda” w ludowej pamięci splatają się ze sobą. Zatonięcie statku „Sirio” przypominało tragedię parowca „Principessa Mafalda” i odwrotnie. W takt podobnych smutnych melodii opowiadano także historię kolejnych katastrof. Mimo wszystko jednak ludzie nadal wyruszali w podróż. Przede wszystkim wskutek biedy, czasem ze złości, po to, by odmienić los, by uciec od tragicznych skutków wojny światowej, zarówno pierwszej, jak i drugiej, na którą już wtedy się zanosiło, aby uniknąć powołania do wojska lub dlatego, że śmierć już zajrzała im w oczy, albo dołączyć do rodziny, zapewnić sobie lepsze warunki życia i nie cierpieć dłużej nędzy. Nic nowego, tak było kiedyś i tak samo jest dziś. „Gorzej już być nie może. Najwyżej tam też będę głodny, tak jak tutaj. Mam rację?” – pyta jeden z bohaterów powieści „Na oceanie” Edmondo De Amicisa, także pochodzącego z Piemontu autora książki „Serce”.

Ci, którzy emigrowali, musieli stawić czoło rozmaitym trudnościom i wyrzeczeniom. Ruszali w drogę najczęściej za namową werbowników, którzy razem z pośrednikami odwiedzali wioski w dzień targowy, by opowiadać o Ameryce jak o prawdziwej „ziemi obiecanej” i krainie cudów. Opłacanych przez firmy emigracyjne za każdą rodzinę, którą udało im się przekonać do wyjazdu, werbowników ówczesna prasa porównywała niekiedy do handlarzy niewolników. W miastach i na wsi rozdawano broszury i pokazywano fałszywe listy tych, którzy jakoby już dotarli na koniec świata. Niektórzy przysięgali, że rolnik, jeśli stał się niezdolny do pracy, w Ameryce może liczyć na hojną emeryturę, podczas gdy inni dawali gwarancje ułatwień w przejmowaniu ziemi na własność.

Dla tych, którzy zdecydowali się wyjechać, pierwszą trudność stanowiło dotarcie do portu. Sprzedawano cały dobytek, by zapłacić często chciwym i pozbawionym skrupułów werbownikom, którzy niejednokrotnie, przynajmniej dopóki nowe przepisy nie uporządkowały tej kwestii, znikali z pieniędzmi.

Droga do portu przypominała prywatną, czasem rodzinną pielgrzymkę, w której podążały całe wspólnoty. Jej uczestnicy szli wszyscy razem, jak w procesji, przy dźwiękach dzwonów, które czasem zabierali ze sobą nawet na statek. Często przybywali do portu na wiele dni przed zaokrętowaniem i rozbijali obóz na nabrzeżu. Niektórzy z nich nigdy nie dotarli do wymarzonej Ameryki, gdyż ocean odepchnął ich lub pochłonął.

Czytaj więcej

O. Ludwik Wiśniewski: Kościół nie może być polityczny

Twarda rzeczywistość w Buenos Aires

Ci, którym się to udało i schodzili na ląd w Buenos Aires, musieli stawić czoło twardej rzeczywistości. Na początek trafiali do Hotel de Inmigrantes: ogromnej rudery, gdzie po badaniach lekarskich, rejestracji i dezynfekcji mogli zatrzymać się na nie więcej niż pięć dni. W tym czasie musieli znaleźć sobie pracę w mieście lub na wsi. Na początku XX wieku tak oto opisywał to miejsce jeden z włoskich korespondentów dziennika „Corriere della Sera”: „Przez ostanie trzy dni przyjechało trzy tysiące ośmiuset emigrantów, w większości naszych rodaków. Hotel de Inmigrantes jest pełen. (…) Budynek, który nazywają hotelem, wznosi się na błotnistym, a zarazem wyboistym terenie rozciągającym się za miastem aż do mętnych i niespokojnych wód Río de la Plata (…). Ostry zapach kwasu karbolowego nie jest w stanie zdusić mdlącego smrodu śliskiej od brudu podłogi, starych drewnianych ścian, który wydobywa się przez otwarte drzwi na zewnątrz. To zapach stłoczonych do niemożliwości ludzi, zapach nędzy (…). Pod sufitem, na ścianach z desek, widać nieco wyraźniejsze znaki ludzkiej obecności. Można powiedzieć, że to ślady dusz: imiona, daty, wyznania miłosne, przekleństwa, nieprzyzwoite słowa wydłubane w farbie, naskrobane ołówkiem lub też wyryte w drewnie. Najczęściej powtarza się tu motyw statku”.

Nieprzypadkowo ten obraz odwołuje się do przeszłości. „Niech język mi przyschnie do podniebienia, jeśli nie będę pamiętał o tobie” (Ps 137/136, 6) zarzekają się wygnańcy, wracając myślami do Jerozolimy. Również Trzej Królowie zasadniczo symbolizują tę samą tęsknotę za Bogiem. Taka postawa, przezwyciężając konformizm, zmusza nas do dokonania zmian, których potrzebujemy. To zdrowe pragnienie powrotu do korzeni, ponieważ naród bez korzeni jest zagubiony, a człowiek bez korzeni choruje. To z nich czerpiemy siłę, by iść naprzód, owocować, rozkwitać. Jak pisze argentyński poeta Francisco Luis Bernárdez, „Drzewo rozkwita dzięki temu, co zostało pogrzebane”. Wszystkie te historie z przeszłości, zapiski, wydrapane na ścianach znaki jednak są także nawiązaniem do dnia dzisiejszego, odsyłają do innych portów, innych mórz.

Palazzo Bergoglio w Paranie

Moi dziadkowie i mój ojciec mieli szczęście. Wyjechali do Buenos Aires na zaproszenie braci mojego dziadka, którzy mieszkali w Argentynie już od 1922 roku. Udało im się rozpocząć tam nowe życie, „nueva suerte”. Zaczynali jako robotnicy asfaltujący drogę prowadzącą z portu na rzece do wsi. Wkrótce założyli własną dobrze funkcjonującą firmę zajmującą się kładzeniem bruku i asfaltu. Moi dziadkowie i mój ojciec po kontroli dokumentów nie musieli zatrzymywać się w Hotel de Inmigrantes i mogli ruszyć dalej, do Parany w prowincji Entre Ríos, gdzie czekali na nich krewni, mieszkający w czteropiętrowym zbudowanym własnymi rękami Palazzo Bergoglio. Był to pierwszy w całym mieście budynek, w którym zainstalowano windę. Każdy z braci, Giovanni Lorenzo, Eugenio, Ernesto i mój dziadek Giovanni Angelo, zajmował jedno piętro. Z rodzeństwa dziadka zostało w Piemoncie tylko dwoje: Carlo, najstarszy z braci, i Luisa, jedyna siostra, która po mężu nosiła nazwisko Martinengo. Tak więc prawie cała rodzina znów znalazła się razem, czego, wyjeżdżając, tak bardzo pragnęli moi rodzice.

Mój ojciec, który był kontystą, pracował w administracji przedsiębiorstwa. Nie trwało to jednak długo. Wielki światowy kryzys 1929 roku zataczał coraz szersze kręgi. Równocześnie prezes rodzinnej firmy, jeden z moich wspaniałych stryjecznych dziadków, Giovanni ( Juan) Lorenzo, zachorował na białaczkę i mięsaka limfatycznego. Kiedy zmarł, jego żona Elisa została sama z trójką dzieci. Recesja i żałoba przesądziły o klęsce rodziny Bergoglio. W 1932 roku musieli sprzedać wszystko: maszyny, firmę, dom, a nawet kaplicę cmentarną. Zostali z pustymi rękami i znaleźli się w nędzy.

Watykan: papież Franciszek pozdrawia wiernych zgromadzonych na Placu św. Piotra w Watykanie

Watykan: papież Franciszek pozdrawia wiernych zgromadzonych na Placu św. Piotra w Watykanie

Foto: Boris Stroujko/Shutterstock

Trzeba było zaczynać wszystko od nowa. I z taką samą determinacją, jak za pierwszym razem, udało im się tego dokonać. Ale oczywiście, kiedy tamtego ciepłego lutowego poranka po raz pierwszy postawili stopę na argentyńskiej ziemi, ani mój dziadek ani mój ojciec, ani babka, która ubrana w wełniane palto rzucała wyzwanie upałom, nic jeszcze nie wiedzieli o tym, co ich spotka.

Podobnie jak nie wiedziały tego tysiące, miliony kobiet i mężczyzn, którzy przybyli do Argentyny przed nimi i po nich. Wśród nich byli rzemieślnicy, drwale, robotnicy budowlani, górnicy, pielęgniarki, kowale, stolarze, szewcy, krawcy, piekarze, mechanicy, szklarze, malarze, kucharze, służący, lodziarze, fryzjerzy, robotnicy w kamieniołomach i kamieniarze, kupcy i księgowi oraz niezliczona rzesza chłopów i prostych robotników. Przywozili ze sobą nędzę, wspomnienia tragicznych wydarzeń i upokorzeń, ale także siłę, odwagę, wytrwałość, wiarę. I mnóstwo talentów, które, jak w przypowieści z Ewangelii św. Mateusza, czekały na okazję, aby zaowocować. Gdy tylko się nadarzyła, ta banda łachmaniarzy potrafiła zbudować na drugiej półkuli nową część świata. Wolni i uparci ludzie („rassa nostrana libera e stuarda”). W pięknym, przejmującym wierszu opisał ich Nino Costa, jeden z największych piemonckich poetów tamtych czasów. Poeta umarł na serce, kiedy dowiedział się o śmierci syna, zaledwie dziewiętnastoletniego partyzanta. Babka Rosa kazała mi nauczyć się strof tego wiersza w dialekcie: „O bionde di grano pianure argentine… non sentite mai passare un’aria monferrina o il ritornello di una canzone di montagna?” (O złote zbożem argentyńskie równiny, czyż nie czujecie powiewu Monferrato lub refrenu góralskiej przyśpiewki?).

Costa poświęcił wiersz Piemontczykom, którzy z Włoch wyemigrowali za pracą. Niekiedy ci emigranci wracali, a „zarobione pieniądze pozwalały im na kupno niewielkiego domu lub kawałka ziemi i wychowanie córek…”. Innych „gorączka lub nadszarpnięte podczas pracy zdrowie wtrąciły do grobu” i dziś spoczywają w mogiłach gdzieś na obcym cmentarzu, „un camp­sant foresté”.

Pielgrzymka Franciszka na Lampedusę

Z tego właśnie powodu wiele lat później, z okazji mojej pierwszej papieskiej podróży, chciałem udać się na Lampedusę, maleńką wyspę na Morzu Śródziemnym, która stała się przyczółkiem nadziei i solidarności oraz symbolem tragedii migrantów, a także powodem wielu kontrowersji. Na wodach wokół Lampedusy znajduje się morskie cmentarzysko wielu, bardzo wielu ofiar. Kiedy kilka tygodni później usłyszałem wiadomość o zatonięciu na Morzu Śródziemnym kolejnego statku, moje myśli znów skierowały się ku Lampedusie. Ta wyspa jest jak cierń w sercu.

Moja podróż na Lampedusę nie była wcześniej planowana, ale musiałem ją odbyć. Przecież ja także urodziłem się w rodzinie migrantów. Mój ojciec, mój dziadek, moja babka, podobnie jak wielu innych Włochów, wyjechali do Argentyny i poznali los tych, którzy zostali z niczym. Ja również mogłem znaleźć się wśród tych, którzy dziś spotykają się z odrzuceniem. I w związku z tym zawsze zastanawiam się: dlaczego oni, a nie ja?

Musiałem udać się na Lampedusę, aby się pomodlić, okazać bliskość, wyrazić wdzięczność i dodać otuchy wolontariuszom i mieszkańcom tego spłachetka ziemi, potrafiącym dać konkretny wyraz solidarności. A przede wszystkim po to, by wstrząsnąć sumieniem nas wszystkich i przypomnieć o poczuciu odpowiedzialności. (...)

Fragment książki papieża Franciszka i Carla Musso „Nadzieja. Autobiografia”, która ukaże się nakładem wydawnictwa Świat Książki 14 kwietnia. Tytuł, lead, śródtytuły i skróty pochodzą od redakcji

Nie potrafię powiedzieć, ile razy słyszałem historię katastrofy statku, nazwanego „Principessa Mafalda” na cześć córki króla Wiktora Emanuela III. Kilka lat później, pod koniec kolejnej strasznej wojny, księżniczka Mafalda także zginęła tragiczną śmiercią w niemieckim nazistowskim obozie koncentracyjnym w Buchenwaldzie.

Historię zatonięcia statku „Principessa Mafalda” opowiadano dzieciom, opowiadano w każdej dzielnicy, w każdym „barrio”. Opiewały ją także ballady śpiewane przez migrantów po obu stronach oceanu: „Z Włoch «Mafalda» wyruszyła z tysiącem lub więcej pasażerów… Ojcowie i matki ratowali dzieci znikające wśród fal”.

Pozostało jeszcze 96% artykułu

Czytaj więcej, wiedz więcej!
Rok dostępu za 99 zł.

Tylko teraz! RP.PL i NEXTO.PL razem w pakiecie!
Co zyskasz kupując subskrypcję?
- możliwość zakupu tysięcy ebooków i audiobooków w super cenach (-40% i więcej!)
- dostęp do treści RP.PL oraz magazynu PLUS MINUS.
Historia świata
„Do Domu Ojca” – śmierć i pogrzeb papieża Polaka
Materiał Partnera
Warunki rozwoju OZE w samorządach i korzyści z tego płynące
Historia świata
Gdy odchodzi najwyższy pasterz
Historia świata
„Dziennik lat trwogi”. Jak Friedrich Reck-Malleczewen opisywał upadek narodu niemieckiego
Historia świata
Paweł Łepkowski: Co ma wspólnego demokracja z Zatoką Meksykańską?
Materiał Partnera
Konieczność transformacji energetycznej i rola samorządów
Historia świata
Udoskonalenie bywa ważniejsze od wynalazku