Gdyby nie Zheng z Qin narody wielu języków i tradycji zwalczałyby się wzajem, padając co chwila ofiarą brutalnych agresorów. Nie wiadomo, czy zmogliby je Hunowie, Kereici, Mongołowie, Ujgurzy. Mandżurowie czy Japończycy. Wszyscy próbowali. Szczęśliwie narodził się on – człowiek nieposkromionych ambicji i megalomanii na miarę szczytów Hindukuszu. Zheng, który jako pierwszy ogłosił się imperatorem Kraju Środka. Przeszedł do historii jako Pierwszy Cesarz, Qin Shi Huangdi. Za stolicę obrał rodzinne miasto Xianyang, matecznik swojego rodu i swojej dynastii. Uczynił z niego kwitnącą metropolię, wielką twierdzę i macierzysty port Jedwabnego Szlaku. To stąd wyruszały karawany po winorośl, złoto i nasiona granatów. Na grzbietach wielbłądów wędrowały zaś na zachód jedwab i porcelana, jadeitowa biżuteria i worki ryżu. Z tej wymiany miała się narodzić idea handlu na skalę świata, handlu ponad niebotycznymi koronami górskich szczytów, nad nieskończonymi plateau mroźnych pustyń, nad zmierzwionym tysiączną falą ciałem oceanu. Tak narodził się globalizm. I jeśli Chińczycy znów o nim dziś mówią, to w istocie mają się do czego odwoływać.