Marek Łuszczyna: Zło jest zawsze wyborem

„Niemieckie kobiety musiały pracować na rzecz narodowosocjalistycznego reżimu, chociaż po wojnie próbowały tuszować tę prawdę. Niestety, nie były tylko matkami” – mówi Marek Łuszczyna – reporter, pisarz i autor książki „Złe. Kobiety w służbie III Rzeszy”

Publikacja: 27.06.2024 21:00

Niemieckie strażniczki, oprawczynie w obozie koncentracyjnym Bergen-Belsen

Niemieckie strażniczki, oprawczynie w obozie koncentracyjnym Bergen-Belsen

Foto: LAPI/ oger-Viollet/Getty Images

Pańska książka, której przedmiotem są opowieści o wyróżniających się okrucieństwem nazistkach, wydaje się bardzo skutecznie łamać stereotyp przypisujący tendencję do przemocy i brutalności głównie mężczyznom. Czy w związku z tym zgodzi się pan z opinią, że zło nie ma płci?

Zdecydowanie tak i bardzo się cieszę, że ten szkodliwy stereotyp odchodzi w niepamięć. Spodziewam się tylko, że niełatwo będzie całkowicie wyplenić tak mocno ugruntowane w ludzkiej mentalności przeświadczenie, nawet jeśli jest ono nieprawdziwe. Przecież już występujące w trzech wielkich religiach monoteistycznych – chrześcijaństwie, judaizmie i islamie – osobowe zło, czyli szatan, jest wizualizowane jako mężczyzna. A tymczasem widzimy jasno, że kobiety są w równym jak mężczyźni stopniu zdolne do czynienia zła. Niewykluczone jednak, że działają one z innych niż mężczyźni pobudek i w odmienny sposób. Mężczyzn do aktów agresji popycha przeważnie testosteron, dlatego zło w ich wykonaniu przejawia się najczęściej w formie walki i przemocy fizycznej. Kobiety częściej „specjalizują się” w stosowaniu przemocy psychicznej. Oczywiście, nie są to sztywne reguły, gdyż zło jest tak samo indywidualne jak człowiek, który je wybiera. Moje bohaterki nie wahały się sięgać po obydwa te rodzaje przemocy, aby realizować własne cele i upadlać swoje ofiary. Pomimo to Niemcy do dzisiaj próbują wykreować sfałszowany wizerunek niemieckich kobiet ery narodowego socjalizmu. Starają się przedstawiać je jako bezwolne lalki, które w jakiś magiczny sposób zostały „uwiedzione” przez władze III Rzeszy. Nie jest to jednak prawda. Te kobiety wiedziały, co robią i dlaczego to robią. Podejmowały świadome decyzje. Wojna to nie tylko męska sprawa. Zło jest zawsze wyborem.

Kobiety z pańskiej książki to osoby różniące się diametralnie poziomem wykształcenia, pozycją społeczną, historią życia i charakterem. Łączyło je jedno – fanatyczne uwielbienie dla narodowosocjalistycznej wizji świata. To wiara w słuszność tej ideologii popchnęła je w pierwszej kolejności do zbrodni, ale... czy tylko ona?

Polemizowałbym ze stwierdzeniem, że wszystkie były fanatycznymi nazistkami z przekonania. Niektóre po prostu wykorzystały uwarunkowania historyczne w sposób instrumentalny i prozaiczny do celów osobistych, np. zrobienia kariery. Dobrym przykładem może być tutaj Inge Viermetz należąca do kierownictwa organizacji Lebensborn. Viermetz nie interesowała się polityką, ale po rozstaniu z mężem tyranem musiała znaleźć sobie źródło utrzymania. Postanowiła spróbować swoich sił w Lebensborn, gdzie zrobiła szybką karierę. Dobra posada i atrakcyjna pensja pomogły jej uporać się z ewentualnymi wyrzutami sumienia, jakie mogły wywoływać w niej informacje o uprowadzanych z podbitych krajów dzieciach czy narodzonych w ośrodkach Lebensborn maluchach, które z powodu nawet drobnych wad rozwojowych kwalifikowano do eutanazji w ramach zbrodniczego programu T4. Skoro zatem milczała, to stała się tak samo winna jak wszystkie nazistki, które swoje obowiązki wykonywały z powodu bezdyskusyjnego oddania dla idei.

Czytaj więcej

Chłód od fiordów, czyli norweski Lebensborn

Co jeszcze łączyło te kobiety?

Powiedziałbym, że całkiem sporo, ale przede wszystkim skłonność do ślepego posłuszeństwa. Cecha nierzadko przypisywana zresztą całemu niemieckiemu narodowi. Będąca idealną pożywką dla wszelkiej maści nadużyć i totalitaryzmów. Do tej mieszanki warto dodać szczyptę nadgorliwości, chorobliwej ambicji, kompleksów i wiary w to, że aparat państwowy nie pozwoli im zrobić żadnej krzywdy bez względu na rozmiar zbrodni, których się dopuszczą – i recepta na potwora gotowa.

Marek Łuszczyna autor książki „Złe. Kobiety w służbie III Rzeszy”

Marek Łuszczyna autor książki „Złe. Kobiety w służbie III Rzeszy”

Archiwum prywatne Marka Łuszczyny

„Złe” to opowieść nie tylko o konkretnych ludziach, ale też o całym niemieckim społeczeństwie okresu hitleryzmu. Razi w oczy swoista dychotomia, z jaką reżim ten traktował kobiety. Z jednej strony nawoływał je obsesyjnie do siedzenia w domu i rodzenia nawet nieślubnych dzieci, z drugiej – ochoczo zaprzęgał w szeregi wojennej administracji. Do zachodzenia w ciążę wzywano nawet młode dziewczęta z Bund Deutscher Mädel, lecz protestanckie surowe społeczeństwo niemieckie wcale nie pałało życzliwością do ciężarnych nastolatek. Skrót BDM cynicznie rozwijano czasem jako „Bedarfsartikel Deutscher Männer” (produkt pierwszej potrzeby niemieckiego mężczyzny) albo „Bubi, drück mich” (chłopcze, przytul mnie). Jak tak sprzeczne sygnały i oczekiwania wpływały na psychikę młodych kobiet?

To prawda, że rzeczywistość wykreowana przez nazizm była niezwykle toksyczna, pełna sprzeczności i sprzyjająca rozwojowi różnych społecznych i psychologicznych patologii. Badamy ją i analizujemy wnikliwie od dziesiątek lat, ale abstrakcyjny poziom obłędu tego systemu sprawia, że do tej pory nie potrafimy go do końca pojąć. Dychotomia była tam obecna nie tylko w podejściu do kobiet czy innych ważnych kwestii, ale także w samych strukturach państwa. SD i Abwehra, niemieckie organy wywiadowcze, rywalizowały ze sobą przez cały okres swojego istnienia, chociaż pracowały przecież dla tego samego podmiotu – III Rzeszy.

Przykład idzie z góry, zatem i społeczeństwo niemieckie nie mogło uniknąć swoistego „rozdwojenia jaźni”. Pewne kwestie weryfikowało także życie, a jak wiemy – nazistowskie idee nie miały z prawdziwym życiem praktycznie nic wspólnego. Władza odwodziła kobiety od pracy zawodowej, a jednocześnie wysyłała niemal całą męską populację kraju na front, tym samym sabotując własne próby zatrzymania kobiet w domu. Ktoś musiał przecież pracować, żeby gospodarka państwa nie upadła. Zaprzęgana niewolniczo do pracy tania siła robocza, sprowadzana z okupowanych krajów, nie wystarczała. Ideologia nie zdejmowała więc z kobiet praktycznych obowiązków. Niemieckie kobiety musiały pracować na rzecz narodowosocjalistycznego reżimu, chociaż po wojnie próbowały tuszować tę prawdę, zasłaniając się wizją Hitlera na temat kobiet z „Mein Kampf”: „Przecież byłyśmy tylko matkami!”. Niestety. Nie były tylko matkami. Równie często jak dawały życie – odbierały je. Nieświadomie sprzeniewierzały się w ten sposób „świętej” roli, jaką wyznaczył im ich ukochany wódz.

Oczywiście żadne okoliczności nie usprawiedliwiają bestialskich czynów wojennych zbrodniarek. Po upadku III Rzeszy nadszedł jednak czas rozliczeń, a naziści zostali zmuszeni do wytłumaczenia się ze swojej przeszłości. W jaki sposób bohaterki pana książki próbowały wyjaśnić motywy i powody swojego postępowania?

Najczęściej padała wyświechtana klasyczna wymówka o wykonywaniu rozkazu. Nieliczne z oskarżonych wykazywały się pod tym względem pomysłowością. Gertrude Segel, żona sadystycznego SS-Hauptscharführera Felixa Landau i wspólniczka jego zbrodni, argumentowała swoją postawę tym, że słuszność nazizmu była dla niej oczywista, gdyż „w domu nie miała innych wzorców”. Standardowo próbowały też umniejszać swoją rolę, zaprzeczać faktom i konfabulować. Najstraszniejsze jednak jest to, że one nie robiły tego tylko po to, aby uniknąć wyroku skazującego. One naprawdę zupełnie szczerze wierzyły, że nie uczyniły nic złego! Skierowane przeciwko nim dochodzenia postrzegały w kategoriach kolejnego przejawu prymitywnego odwetu ze strony zwycięzców wojny.

Członkinie Kobiecej Służby Pracy Rzeszy na wiecu nazistów. Norymberga, Zeppelinfeld, przed 1939 r.

Członkinie Kobiecej Służby Pracy Rzeszy na wiecu nazistów. Norymberga, Zeppelinfeld, przed 1939 r.

Bettmann/Getty Images

Niektóre zbrodniarki spotkała zasłużona kara, ale większość z nich niestety wymknęła się wymiarowi sprawiedliwości. Nigdy nie odpowiedziały za swoje czyny. Czy pańskim zdaniem niemiecki i międzynarodowy wymiar sprawiedliwości uczyniły wszystko, co było możliwe, aby ukarać ludzi winnych zbrodni narodowosocjalistycznego państwa? Czy można było zrobić cokolwiek więcej?

Na ten temat mam dość radykalny pogląd. Uważam, że poza procesami norymberskimi nie zrobiono w zasadzie nic. I to wcale nie wynikało z niedbałości, nieumiejętności czy tak brawurowych zdolności nazistów do ucieczek. Powodem była skomplikowana zimnowojenna atmosfera na arenie międzynarodowej. Państwa bloku zachodniego postrzegały RFN jako sojusznika w swojej szeroko zakrojonej rywalizacji z ZSRR oraz sprzymierzonymi z nim krajami. A sojusznikowi nieładnie wytykać błędy i domagać się ukarania zbrodniarzy, prawda? Nie jest to postawa zbytnio sprzyjająca nawiązywaniu długotrwałej i owocnej współpracy. Tak, zagrożenie ze strony ZSRR było realne.

Nie usprawiedliwia to jednak faktu, że z cynicznych pobudek politycznych wyciszano temat i pozwalano uniknąć kary niezliczonym wojennym przestępcom. Niektórym wręcz oferowano pracę na rzecz niedawnych wrogów! Zaufano, że społeczeństwo RFN jest gotowe solidarnie uderzyć się pierś, samodzielnie oczyścić i ukarać zbrodniarzy wojennych. Uznano, że dziesięć lat (1945–1955) wdrażania planu Marshalla i lekcji demokracji pod okiem Wuja Sama wystarczy, aby zrozumieć, jak potwornym złem i błędem był nazizm. Niestety, nadzieje okazały się płonne, bo Niemcy postrzegali te sprawy zgoła inaczej. Tymczasem nawet racjonalny strach przed kolejnym konfliktem zbrojnym oraz troska o poprawne relacje z sojusznikiem nie mogą służyć za usprawiedliwienie dla przehandlowania sprawiedliwości, na którą daremnie czekały miliony ofiar.

Wbrew pozorom procesy nazistów nie są pieśnią przeszłości. Do ostatniego z nich doszło zaledwie w grudniu 2022 r. W niemieckim Itzehoe przed sądem stanęła wówczas 97-letnia była sekretarka w obozie koncentracyjnym Stutthof, oskarżona o współudział w zamordowaniu 11 tysięcy ludzi. Irmgard Furchner została uznana winną i otrzymała symboliczny wyrok dwóch lat pozbawienia wolności w zawieszeniu. Jest pan jedynym polskim dziennikarzem, który dostał akredytację na proces. Jakie wrażenia wyniósł pan z sali sądowej, na której spojrzał w oczy „ostatniej nazistce”?

Muszę wyznać, że spojrzałem jej w oczy całkiem dosłownie. Furchner zerknęła w stronę dziennikarzy, gdy uczyniłem ruch, aby zdjąć marynarkę – jej spojrzenie zmroziło mnie do tego stopnia, że przesiedziałem w tej marynarce do końca dnia. Kryjące się w jej wzroku obłuda i wyrachowanie od razu pozwoliły mi zrozumieć, z kim mam do czynienia – z pozbawioną sumienia fanatyczną nazistką, która nawet teraz, po tych wszystkich latach, nie jest gotowa przyjąć chociaż symbolicznej kary za swoje czyny. Pełna sprytu i wigoru seniorka, jeszcze w 2022 roku uciekająca przed funkcjonariuszami policji taksówką, na sali sądowej siedziała w maseczce, skulona na wózku inwalidzkim. Ewidentnie chciała wzbudzić litość składu orzekającego. Surrealizmu i groteski temu ponuremu wydarzeniu dodawał fakt, że 97-latka odpowiadała przed sądem... dla nieletnich, a o jej winie i karze decydował sędzia będący w wieku jej wnuka. Powód był prozaiczny: kiedy Furchner dokonywała swoich zbrodni, miała 17–18 lat. Na szczęście nie udało jej się całkowicie zamydlić sądowi oczu swoim wizerunkiem chwiejącej się nad grobem starowinki.

Pełna sprytu i wigoru seniorka, jeszcze w 2022 roku uciekająca przed funkcjonariuszami policji taksówką, na sali sądowej siedziała w maseczce, skulona na wózku inwalidzkim

Sąd dysponował bowiem nie tylko wiarygodnymi zeznaniami świadków, ale przede wszystkim podpisami Furchner, które widniały pod listami przybyłych do Stutthof jeńców z powstania warszawskiego oraz listami ludzi wskazanych do zagazowania. Potwierdzono więc ponad wszelką wątpliwość, że ta kobieta współuczestniczyła w dokonaniu eksterminacji 11 tysięcy więźniów. Dobrze oczywiście, że została uznana za winną i skazana, ale moim zdaniem wyrok jest rażąco niski i nieadekwatny do ogromu wyrządzonego przez nią zła. W jej przypadku nie zadziałała skrycie lobbowana przez niemieckie sądownictwo technika „biologicznego rozwiązania kwestii niemieckiej”. Pod tym ukutym przez niemieckich dziennikarzy eufemistycznym terminem mieści się brutalnie prosta recepta: pozwolić dożyć sędziwym nazistom swoich dni w spokoju, po cichu, nie rozgłaszać światu o kolejnym procesie, nie przypominać najczarniejszego i najbardziej haniebnego epizodu niemieckiej historii. W kilku przypadkach ta metoda okazała się skuteczna. Kiedy próbowano pociągnąć do odpowiedzialności obywatela Kanady Helmuta Oberlandera, członka grupy operacyjnej Einsatzgruppen specjalizującej się w czystkach i zbrodniach na ludności cywilnej, piętrzące się formalności związane z ekstradycją 97-latka wybawiły niemiecki wymiar sprawiedliwości z kłopotu. Oberlander zmarł przed ich dopełnieniem, a świat nie poznał prawdy o kolejnym niemieckim zbrodniarzu.

Czytaj więcej

Niemiecki sąd skazał 97-letnią byłą sekretarkę z obozu Stutthof

Irmgard Furchner zdążyła się odwołać od swojego i tak budzącego śmieszność wyroku. Z jednej strony jej zuchwałość i brak jakiejkolwiek pokory czy autorefleksji budzi we mnie wściekłość, ale z drugiej – chyba ją rozumiem. W takim wieku, u progu śmierci, ludzie zaczynają dokonywać różnych rozliczeń z przeszłością i snuć podsumowania swojego życia. Z pewnością trudno jest przyjąć do wiadomości myśl, że nie tylko zmarnowało się swoje życie, ale też wykorzystało się je w najbardziej haniebny sposób. Furchner nie potrafi pogodzić się z takim podsumowaniem, które w dodatku zostało jej narzucone z zewnątrz, i wbrew wszelkiej logice walczy, aby je podważyć. Przecież usłyszeć pod koniec ziemskiej wędrówki, że jest się „współmorderczynią 11 tysięcy ludzi”, to musi być trudne do przyjęcia. Czy może istnieć bardziej druzgocące i wskazujące na całkowitą klęskę podsumowanie własnego życia?

Pańska książka, której przedmiotem są opowieści o wyróżniających się okrucieństwem nazistkach, wydaje się bardzo skutecznie łamać stereotyp przypisujący tendencję do przemocy i brutalności głównie mężczyznom. Czy w związku z tym zgodzi się pan z opinią, że zło nie ma płci?

Zdecydowanie tak i bardzo się cieszę, że ten szkodliwy stereotyp odchodzi w niepamięć. Spodziewam się tylko, że niełatwo będzie całkowicie wyplenić tak mocno ugruntowane w ludzkiej mentalności przeświadczenie, nawet jeśli jest ono nieprawdziwe. Przecież już występujące w trzech wielkich religiach monoteistycznych – chrześcijaństwie, judaizmie i islamie – osobowe zło, czyli szatan, jest wizualizowane jako mężczyzna. A tymczasem widzimy jasno, że kobiety są w równym jak mężczyźni stopniu zdolne do czynienia zła. Niewykluczone jednak, że działają one z innych niż mężczyźni pobudek i w odmienny sposób. Mężczyzn do aktów agresji popycha przeważnie testosteron, dlatego zło w ich wykonaniu przejawia się najczęściej w formie walki i przemocy fizycznej. Kobiety częściej „specjalizują się” w stosowaniu przemocy psychicznej. Oczywiście, nie są to sztywne reguły, gdyż zło jest tak samo indywidualne jak człowiek, który je wybiera. Moje bohaterki nie wahały się sięgać po obydwa te rodzaje przemocy, aby realizować własne cele i upadlać swoje ofiary. Pomimo to Niemcy do dzisiaj próbują wykreować sfałszowany wizerunek niemieckich kobiet ery narodowego socjalizmu. Starają się przedstawiać je jako bezwolne lalki, które w jakiś magiczny sposób zostały „uwiedzione” przez władze III Rzeszy. Nie jest to jednak prawda. Te kobiety wiedziały, co robią i dlaczego to robią. Podejmowały świadome decyzje. Wojna to nie tylko męska sprawa. Zło jest zawsze wyborem.

Pozostało 87% artykułu
2 / 3
artykułów
Czytaj dalej. Subskrybuj
Historia świata
Gdy świat zostawił Saamów samych
Historia świata
Feldmarszałek Hindenburg kontra kapral Hitler
Historia świata
Krwawiący czarnoziem. Lwów, spleciona historia Ukraińców i Polaków
Historia świata
Zdobycie Bastylii. Rewolucja pożera własne dzieci
Materiał Promocyjny
Mała Księgowość: sprawdzone rozwiązanie dla małych i średnich przedsiębiorców
Historia świata
Skomplikowane drogi Polaków do niemieckich oddziałów Schutza. Tak chcieli bronić Wołynia