Czy Ameryce grozi rozpad?

Czy najbliższe wybory prezydenckie w USA zainicjują drugą w historii secesję części amerykańskich stanów? Do niedawna mówiono o tym jedynie w formie żartu. Ale ostatnio taka koncepcja zaczyna przebijać się do poważnej debaty politycznej.

Publikacja: 06.06.2024 09:55

Czy polityka podzieli Amerykę tak jak w 1860 roku zrobiło to niewolnictwo? Donald Trump był pierwszy

Czy polityka podzieli Amerykę tak jak w 1860 roku zrobiło to niewolnictwo? Donald Trump był pierwszym od wojny secesyjnej prezydentem USA, który nie przybył na uroczystość zaprzysiężenia swojego następcy. W 2017 roku Barack Obama uczestniczył w inauguracji prezydentury Donalda Trumpa.

Foto: AFP

Europejska i amerykańska literatura historyczna często ukazuje Stany Zjednoczone Ameryki jako wzorcowy jednolity twór polityczny. Euroentuzjaści podkreślają, że „udany” eksperyment federalizacji 50 stanów Ameryki Północnej jest kierunkowskazem dziejowym do budowy europejskiego klonu USA. Wizerunek amerykańskiej jedności wydaje się niezachwiany. Każdy amerykański prezydent wygłasza raz w roku orędzie do członków obu izb Kongresu, które niemal zawsze zaczyna taką samą formułką: „nasza Unia pozostaje silna i zjednoczona”. Nie zawsze jest to jednak prawda.

Jedność jest bardziej widoczna zza oceanu niż nad brzegami Potomaku, Missisipi i Kolorado. Najwyraźniej agitatorzy budowy Stanów Zjednoczonych Europy nie zadali sobie trudu sprawdzenia, jak bardzo bolesna była droga USA do budowy jednolitego organizmu państwowego oraz jak łatwo może on ulec dezintegracji z powodów społecznych.

Jerzy III – inicjator rewolucji

Pierwotny pomysł stworzenia unii kolonii brytyjskich w Ameryce Północnej autorstwa Benjamina Franklina nie miał nic wspólnego z jakąkolwiek ideą niepodległej państwowości. Unia według pomysłu Franklina miała obejmować wszystkie kolonie oprócz Nowej Szkocji i Georgii, a na jej czele miał stanąć prezydent-generał będący reprezentantem króla. Podobne urzędy istnieją do dzisiaj w Kanadzie, Australii czy Nowej Zelandii, gdzie namiestnikiem brytyjskiego monarchy jest gubernator generalny, a w poszczególnych prowincjach lub stanach króla reprezentuje gubernator-porucznik.

Idea Unii w Ameryce Północnej była od początku ściśle związana z rozwojem handlu i infrastruktury. Imperium brytyjskie wchodziło w szczytowy okres swojej ekspansji terytorialnej i żaden zdrowo myślący poddany korony nie bawił się w jakieś rozważania o niepodległości. Nie istniało jeszcze nawet pojęcie obywatelstwa brytyjskiego w znanej nam dzisiaj formie. Taki status – nadający równe prawa każdemu poddanemu korony – został skodyfikowany dopiero w 1914 r. Mimo to w Ameryce Północnej pod koniec XVIII w. poddani korony zamieszkujący kolonie mieli te same prawa i obowiązki co rezydenci metropolii.

Wizerunek amerykańskiej jedności wydaje się niezachwiany. Każdy amerykański prezydent wygłasza raz w roku orędzie do członków obu izb Kongresu, które niemal zawsze zaczyna taką samą formułką: „nasza Unia pozostaje silna i zjednoczona”. Nie zawsze jest to jednak prawda.

Odrzucenie przez Jerzego III, ale także przez legislatury poszczególnych kolonii planu utworzenia unii wskazuje, że ani metropolia, ani kolonialne elity nie były zainteresowane niezależnością. Pomysł utworzenia wspólnoty był w interesie jedynie garstki ludzi, którzy z osobliwym uporem 20 lat po Kongresie w Albany doprowadzili do rewolty, która oddzieliła 13 kolonii północnoamerykańskich od brytyjskiej macierzy.

Idee? Nie. Pieniądze!

Rewolucja amerykańska miała typowo ekonomiczne podłoże. Nie ma co bajać o wielkich prądach oświeceniowych, wielkiej wizji ojców założycieli czy „sprawiedliwości dziejowej”. Te wszystkie górnolotne hasła zostawmy dla Hollywood. Jak nie wiadomo, o co chodzi, to zawsze chodzi o pieniądze. Nawet najwierniejsi poddani króla, tacy jak pułkownik, a później generał brygadier wojsk JKM – George Washington – nie mieli najmniejszych powodów do występowania przeciwko władzy monarchy, dopóki brytyjski fiskus nie upomniał się o większe podatki na rzecz metropolii.

Merkantylistyczna polityka Brytyjczyków okazała się ich zgubą. Amerykanie nie zamierzali być zapleczem finansowym i logistycznym brytyjskiego imperializmu. Przedmiotowe wykorzystywanie kolonii stało się głównym i tak naprawdę jedynym powodem wybuchu rewolucji. To Ustawa Skarbowa (Revenue Act) z 1764 r. przezwana później Ustawą Cukrową nakazująca obniżenie cła na melasę z 6 do 3 pensów za galon, była elementem zapalnym rewolucji. Wprowadzenie obowiązku dokumentowania ładunków statków wypływających z kolonii było uderzeniem w panoszącą się w nich korupcję. Ustanowienie surowych sądów królewskich w miejsce łagodnych sądów lokalnych, opierających się na zasadzie domniemanej niewinności, przechyliło czarę goryczy miejscowej nomenklatury. Mówiąc najbardziej lakonicznie rewolucja amerykańska była dziełem zamożnej i skorumpowanej elity, która czerpała profity z bałaganu fiskalnego samorządów kolonii.

Król chciał zrobić porządek i… doprowadził do rewolucji, która dzisiaj jest przedstawiana jako wielki demokratyczny i obywatelski zryw ludzi pragnących wolności. Tyle w tym prawdy o prawach człowieka co w radzieckiej konstytucji. To królewska kontrola skarbowa – która miała ukrócić łapówkarskie praktyki kolonialnych oszustów, a nie jakieś bajania o wolności – rozbudziła w tym towarzystwie rewolucyjny zapał.

4 lipca 1776 r. podczas II Kongresu Kontynentalnego przedstawiciele 13 kolonii podpisali akt prawny autorstwa Thomasa Jeffersona będący deklaracją niezależności od władzy króla Jerzego III. Dwa dni wcześniej sformułowano rezolucję niepodległościową, która została dopisana w Deklaracji Niepodległości w takim brzmieniu: „Wierząc w słuszność podejmowanych działań, biorąc za świadka Najwyższego Sędziego [...], ogłaszamy uroczyście w imieniu władzy zbożnego ludu tych Osad, iż Zjednoczone Osady są i mają prawo być Państwami wolnymi i niepodległymi”.

11 lat później, kiedy uchwalono Konstytucję Stanów Zjednoczonych, rezolucja niepodległościowa została zagwarantowana przez Artykuł IV Konstytucji. Niektórzy legiści uważają jednak, że artykuł ten reguluje jedynie zasadę tworzenia i wstępowania nowych stanów do Unii. Natomiast nie ma tam ani słowa o występowaniu.

Nieudane próby tworzenia nowych stanów

W historii USA tylko stany Maine i Zachodnia Virginia powstały w wyniku odłączenia części terytorium od innego stanu. Próbę utworzenia nowej państwowości podejmowano aż w 42 stanach. Najwięcej – 27 prób – dokonano w Kalifornii. Przynajmniej raz próbowano stworzyć nowe państwo na terytorium: Alabamy, Alaski, Arizony, Arkansas, Connecticut, Delaware, Georgii, Idaho, Iowa, Kansas, Maine, Maryland, Nebraski, Nevady, Ohio, Oklahomy, Pensylwanii, Vermont, Washington, Dystryktu Columbii czy Zachodniej Virginii. Niektóre próby podejmowano całkiem niedawno. W 1923 r. powstała silna grupa dążąca do oderwania południowowschodnich obszarów Alaski i utworzenia niezależnego stanu. Próba ta został storpedowana przez prezydenta Warrena G. Hardinga. W 1992 r. kalifornijski senator stanowy Stanley Stadham zaproponował uchwałę zezwalającą 58 hrabstwom podjęcie decyzji co do podziału Kalifornii na trzy stany: północny, centralny i południowy. Pod wpływem lobbingu władz federalnych ustawa przepadła w senacie stanu Kalifornia.

Ustanowienie surowych sądów królewskich w miejsce łagodnych sądów lokalnych, opierających się na zasadzie domniemanej niewinności, przechyliło czarę goryczy miejscowej nomenklatury. Mówiąc najbardziej lakonicznie rewolucja amerykańska była dziełem zamożnej i skorumpowanej elity, która czerpała profity z bałaganu fiskalnego samorządów kolonii.

Inną ciekawostką z życia amerykańskiej Unii jest krótki żywot stanu Westmoreland, który powstał w wyniku secesji hrabstwa o tej samej nazwie z terytorium Pensylwanii. Do 1784 r. władze stanu Connecticut i Pensylwanii rościły sobie prawo – na podstawie osobnych aktów prawnych z czasów kolonialnych – do własności terytorium Wyoming Valley w zachodnich Appalachach. Mieszkańcy tego obszaru postanowili z pomocą stanu Connecticut dokonać secesji od Pensylwanii i utworzyć osobny stan. Krótki konflikt zbrojny między osadnikami z Pensylwanii i Connecticut zmusił rząd konfederacji do wydania 30 grudnia 1782 r. Dekretu z Trenton, który wbrew woli większości mieszkańców nowego państwa oddawał ich terytorium pod władzę stanu Pensylwania.

W 1992 r. Amerykę obiegła wiadomość, że w Kansas ukonstytuował się związek kilkunastu hrabstw, które zamierzają oderwać się od tego stanu i stworzyć osobny byt państwowy o nazwie Zachodni Kansas. Na czele tego ugrupowania stanął były kandydat do urzędu gubernatorskiego, prawnik Don Concannon. Separatyści domagali się zmniejszenia podatku stanowego oraz równego podziału funduszy na edukację, które w większości trafiały na wschodnie obszary – bardziej zurbanizowane. Ich hasło brzmiało: „Dajcie nam równość albo oddajcie nam wolność”. Mimo że idea secesji cieszyła się dużą popularnością w wielu hrabstwach, naciski federalne uciszyły całą sprawę.

Politycy w Białym Domu i na Kapitolu doskonale zdawali sobie sprawę, jakie skutki przyniesie choćby jedna secesja na bazie postulatów obniżenia podatków. I postawili sobie jako priorytet zduszanie wszelkiego separatyzmu w zalążku.

Secesja? Dopuszczalne, ale zakazane!

Ale nie tylko Unia walczyła z ruchami separatystycznymi. Także Skonfederowane Stany Południa, które w latach 1861–1865 stworzyły związek państw, musiały borykać się z ruchami izolacjonistycznymi na swoim terytorium. Podczas wojny domowej mieszkańcy hrabstwa Winston w stanie Alabama utworzyli własne państwo – Republikę Winston, która zadeklarowała lojalność wobec Unii. Do dzisiaj mieszkańcy hrabstwa nazywają siebie obywatelami wolnego państwa Winston, zachęcając turystów do odwiedzenia swojej republiki...

Podczas drugiej konwencji secesyjnej stanu Arkansas pięć hrabstw odłączyło się od Konfederacji, ogłaszając, że będą walczyć po stronie Północy. Ale prawdziwym kuriozum politycznym była parafia Winn – jednostka terytorialna stanu Luizjana – której reprezentant w legislaturze stanowej David Pierson ogłosił obszar parafii Wolnym Państwem Winn. Ponieważ Pierson głosował przeciw secesji, uznaje się, że parafia Winn została enklawą Unii na terytorium Konfederacji.

Krótko przed wybuchem wojny secesyjnej południowe hrabstwa stanu Illinois postanowiły wystąpić z Unii i przyłączyć się do Konfederacji. Nowe państwo miało się nazywać Mały Egipt. Przed realizacją tego pomysłu uchronił legislaturę obywatel i generał Unii John Logan, który wygłosił płomienne przemówienie wysławiające jedność z Unią.

Nie sposób w krótkim tekście wymienić wszystkie próby i zamiary odłączenia się poszczególnych regionów od Unii czy Konfederacji. Telegraficznie można wspomnieć o Królestwie Callaway wyodrębnionym ze stanu Missouri, wolnym państwie Van Zandt wykrojonym z Teksasu – oba niezależne od Unii czy Konfederacji. Może warto jeszcze wspomnieć o Republice Jones odłączonej od stanu Missisipi czy Wolnym i Niepodległym Państwie Scott, które nie chcąc podlegać jakiejkolwiek zwierzchności, wzięło rozbrat ze stanem Tennessee.

Politycy w Białym Domu i na Kapitolu doskonale zdawali sobie sprawę, jakie skutki przyniesie choćby jedna secesja na bazie postulatów obniżenia podatków. I postawili sobie jako priorytet zduszanie wszelkiego separatyzmu w zalążku.

Wszystkie te „państwa” powstawały w sposób legalny i zgodnie z duchem Deklaracji Niepodległości. A jednak jedynie stan Maine i Zachodnia Virginia stworzyły ograniczoną państwowość w ramach struktur wszechwładnej Unii.

Pisząc ten tekst świadomie pomijam historię powstania i zagłady Skonfederowanych Stanów Południa. To temat, który wymaga osobnej analizy. Jest on jednak smutnym przykładem, że wolność wyboru może być interpretowana jedynie przez zwycięzców. Unia, która była z założenia dobrowolną wspólnotą niepodległych i zjednoczonych państw, zamieniła się w 1864 r. w przymusową federację. Ale czy wszystkie próby egzekwowania praw zapewnionych w art. IV Konstytucji są z góry skazane na porażkę?

Ameryka w przeddzień wielkiej próby

W marcu 2005 r. przywódcy Stanów Zjednoczonych, Meksyku i Kanady utworzyli organizację Partnerstwa Bezpieczeństwa i Rozwoju Ameryki Północnej (SPP). Jakie jest jej prawdziwe zadanie? Prezydent Meksyku Vicente Fox wyrażał nadzieję, że któregoś dnia, wzorując się na Europie, w Ameryce Północnej wymazane zostaną granice między trzema sygnatariuszami porozumienia. Niektórzy komentatorzy – jak np. konserwatywny publicysta Jerome R. Corsi – twierdzą nawet, że w czasie spotkania przywódców tych trzech państw w Waco w stanie Teksas zapadła jakaś ukryta decyzja utworzenia Unii Ameryki Północnej zbudowanej na wzór Unii Europejskiej. Niezależnie od tego, ile jest w tym prawdy, taka koncepcja jest wbrew naturze większości Amerykanów, którzy za swój dom uważają przede wszystkim swój stan i bardzo niechętnie przyjmują jakiekolwiek instrukcje z Waszyngtonu.

Donald Trump doskonale wyczuwa te nastroje, starannie i ostrożnie je podgrzewając. Jeżeli przegra wybory i po raz drugi zakwestionuje ich wynik, Ameryka zacznie się rozpadać. W obliczu zagrożeń ze strony Rosji, Chin i wielu innych państw, które w Ameryce określa się jako „zbójeckie”, amerykański rozbrat może mieć dramatyczne konsekwencje dla całego świata. Z kolei potencjalne zwycięstwo Trumpa przyczyni się do radykalizacji amerykańskich liberałów, którzy zamienią jego drugą kadencję w jedną wielką konfrontację.

Większość wyborców zamieszkujących stany tzw. Pasa Biblijnego odrzuca narrację nurtu głównego. Traktują oni poprawność polityczną jako narzuconą im cenzurę, nie zgadzają się na odebranie prawa do swobodnego posiadania broni palnej, nie akceptują koncepcji amnestii dla nielegalnych imigrantów i odrzucają coraz silniejszą ingerencję rządu federalnego w ich obszar życiowy. Ci ludzie nieustannie rozważają możliwość odwołania się do artykułu IV Konstytucji USA. Jak sami twierdzą: secesja jest ostatnią nadzieją na zachowanie ich sposobu życia. Kolonizowany przez latynoskich, afrykańskich i azjatyckich imigrantów północny wschód Ameryki, a także region Wielkich Jezior oraz praktycznie zlatynizowana Floryda i Kalifornia coraz bardziej oddalają się od reszty kraju, a w szczególności od stanów kulturowego Południa i pasma środkowych równin kontynentu. Ameryka się rozpada politycznie, społecznie, ekonomicznie i demograficznie. Tegoroczne wybory nie są tego przyczyną, a jedynie końcowym dopełnieniem problemów, które nagromadziły się przez całą historię tego wielkiego kraju.

Europejska i amerykańska literatura historyczna często ukazuje Stany Zjednoczone Ameryki jako wzorcowy jednolity twór polityczny. Euroentuzjaści podkreślają, że „udany” eksperyment federalizacji 50 stanów Ameryki Północnej jest kierunkowskazem dziejowym do budowy europejskiego klonu USA. Wizerunek amerykańskiej jedności wydaje się niezachwiany. Każdy amerykański prezydent wygłasza raz w roku orędzie do członków obu izb Kongresu, które niemal zawsze zaczyna taką samą formułką: „nasza Unia pozostaje silna i zjednoczona”. Nie zawsze jest to jednak prawda.

Pozostało 96% artykułu
2 / 3
artykułów
Czytaj dalej. Subskrybuj
Historia świata
„2001: Odyseja kosmiczna”: Horyzont marzeń
Historia świata
Marek Aureliusz. Życiowe drogowskazy cesarza filozofa
Historia świata
Czy Mikołaj Kopernik był Polakiem? Trzy nieścisłości w jednym zdaniu
Historia świata
Niezwykła Toskania: Lukka
Akcje Specjalne
Naszym celem jest osiągnięcie 9 GW mocy OZE do 2030 roku
Historia świata
Rocznica D-Day. Joe Biden: 80 lat temu żołnierze przeszli próbę stuleci
Historia świata
Lądowanie w Normandii. Inwazja, która musiała się udać