Chłód od fiordów, czyli norweski Lebensborn

Reputacja Norwegii jako państwa wręcz nadopiekuńczego wobec dzieci, gdzie za brak uśmiechu dziecka rodzicom grozi wizyta smutnych panów z Barnevernet, nie zawsze była uzasadniona. Historia o tym, jak po wojnie traktowano w tym państwie niewinne dzieci urodzone w ramach nazistowskiego programu Lebensborn, może mrozić krew w żyłach.

Publikacja: 07.03.2024 21:00

W Norwegii (zdaniem Niemców idealnym zapleczu wzorcowego materiału genetycznego) powstało aż dziewię

W Norwegii (zdaniem Niemców idealnym zapleczu wzorcowego materiału genetycznego) powstało aż dziewięć ośrodków Lebensborn, gdzie Norweżki rodziły i oddawały dzieci do adopcji

Foto: Alamy Stock Photo/BEW

Niewiele brakowało, by Norwegię ominęła tragedia niemieckiej okupacji. Hitler ze względu na gospodarcze interesy III Rzeszy początkowo nie zamierzał atakować tego skandynawskiego kraju. Zimą, gdy wody wokół portów bałtyckich zamarzały, transporty rud żelaza ze Szwecji, Niemcy sprowadzali drogą morską właśnie przez port w norweskim Narwiku. Kres tym praktykom postanowili jednak położyć alianci, planując desanty w Norwegii oraz rozstawienie zagród minowych wokół jej portów. Kiedy Hitler dowiedział się o tych zamiarach, stracił resztki skrupułów. Nie mógł pozwolić sobie na utratę szwedzkich rud żelaza, tak cennych dla przemysłu wojennego. Uznał również, że porty norweskie oferują niepowtarzalną okazję do kontroli nad całym obszarem Morza Północnego i mogą w przyszłości odegrać znamienną rolę podczas inwazji na Wielką Brytanię. Dyktator nie potrzebował więcej pretekstów – decyzja zapadła. Operacja „Weserübung”, przewidująca zajęcie zarówno Norwegii, jak i Danii, rozpoczęła się 9 kwietnia 1940 r.

Operacja „Weserübung”

Na pierwszy ogień poszła Dania, którą Niemcy podbili w ciągu jednego dnia i niejako „po drodze” do Norwegii. Niewielkie Królestwo Danii nie było wybitnie ważnym punktem strategicznym dla Niemiec, ale jej nizinne tereny okazały się doskonałym miejscem do prowadzenia operacji wojskowych. Umożliwiały bezproblemowe transporty z zaopatrzeniem dla armii, a duńskie porty ułatwiały Niemcom zaatakowanie Norwegii drogą morską. Nieporównywalnie większa od Danii i lepiej uzbrojona Norwegia znacznie dłużej opierała się agresorowi. Ostatecznie skapitulowała 10 czerwca 1940 r., w dniu poddania się kluczowego dla obu stron portu w Narwiku. Bohaterscy obrońcy, wśród których walczyli również Polacy, musieli ugiąć się pod miażdżącą przewagą hitlerowskiej machiny wojennej. Król Norwegii Haakon VII wraz z resztkami swojej armii ewakuował się do Wielkiej Brytanii. Norwegia pozostała na łasce najeźdźcy oraz aktywnie kolaborującego z nim premiera Vidkuna Quislinga, który jeszcze podczas trwania kampanii norweskiej nieskutecznie wzywał rodaków do zaprzestania oporu przeciwko Niemcom i obalenia króla oraz parlamentu.

Czytaj więcej

Polacy mieli zostać zgładzeni po dokonaniu Holocaustu

Rozpoczęła się pięcioletnia noc okupacji. Miała ona jednak diametralnie inny charakter od tej, która stała się udziałem Polski i państw zamieszkiwanych przez narody słowiańskie. Hitlerowscy fanatycy teorii ras postrzegali Norwegów jako aryjczyków najczystszej krwi, bezpośrednich potomków walecznych wikingów. Dlatego już od początku okupacji starali się stwarzać pozory przyjaciół, zachęcając Norwegów do współpracy w imię szeroko pojętego dobra rasy germańskiej. Niemieckich żołnierzy szczegółowo instruowano, jak mają odnosić się do Norwegów. Mieli traktować ich zawsze uprzejmie, a nawet nie wolno im było na nich krzyczeć, gdyż Norwegowie „nie są tak bestialscy jak Słowianie”. Pomimo tej taktyki, wielu Norwegów nie zapałało sympatią do nowych gospodarzy. Symbolem norweskiego oporu stał się spinacz biurowy noszony w klapie marynarki. Na ulicy nie rozmawiano i unikano kontaktu wzrokowego z Niemcami, a w tramwajach i autobusach nie siadano obok nich nawet wówczas, gdy panował tłok. Rozdrażnieni tą ostentacją okupanci wprowadzili... zakaz stania w komunikacji miejskiej, jeśli były wolne miejsca.

Norweskich mężczyzn aktywnie agitowano również do wstępowania do SS, kusząc wizją odniesienia wspólnego z Niemcami zwycięstwa nad bolszewickim barbarzyństwem. Sprytnie zaprojektowane plakaty pełne były buńczucznych haseł, patetycznej symboliki i odwołań do wikińskiego dziedzictwa Norwegów. Spełniły jednak swoją rolę. W sierpniu 1941 r. powstał Norweski Legion Ochotniczy złożony z dwóch batalionów („Viken” oraz „Viking”). Dla norweskich kobiet przewidziano tymczasem zupełnie inną rolę...

Ośrodki Lebensborn w Norwegii

Heinrich Himmler, dowódca SS i fanatyczny zwolennik teorii wyższości rasy nordyckiej, postanowił wykorzystać fakt, że na skutek działań wojennych w Norwegii znalazło się wielu niemieckich mężczyzn, przebywających z dala od swoich żon i rodzin. Już w 1936 r. Himmler powołał do życia ośrodki Lebensborn (pierwszy „dom” otwarto 15 sierpnia 1936 r. w Steinhöring niedaleko Monachium), których statutową funkcją było sprawowanie opieki nad samotnymi matkami poprzez umożliwienie im donoszenia ciąży oraz urodzenia dziecka w dobrych warunkach i pod staranną opieką lekarską.

Przez następne lata na mapie Niemiec sukcesywnie wyrastały kolejne ośrodki Lebensborn, a sama idea cieszyła się coraz większą popularnością. Niemki zachęcano do jak najczęstszego zachodzenia w ciążę, wmawiając im, że podarowanie dziecka Führerowi jest patriotycznym obowiązkiem kobiety. Po rozpoczęciu wojny Lebensborn zaczął pełnić nową, znacznie bardziej złowrogą rolę. Funkcjonariusze tej placówki przystąpili do zbrodniczej akcji wyszukiwania w podbitych krajach dzieci spełniających rasowe kryteria nazistów, aby następnie odbierać je rodzicom i wywozić do Niemiec w celu wynarodowienia. Pod tym względem los nie oszczędził również Norwegii.

Pierwsze ośrodki Lebensborn otwarto już w 1936 r. Instytucja ta powstała na mocy rozkazu Reichsführe

Pierwsze ośrodki Lebensborn otwarto już w 1936 r. Instytucja ta powstała na mocy rozkazu Reichsführera SS Heinricha Himmlera

German Federal Archives/Wikimedia Commons

To właśnie w Norwegii, w tym idealnym – zdaniem Niemców – zapleczu wzorcowego materiału genetycznego, powstało aż dziewięć ośrodków Lebensborn. Była to największa liczba placówek, które utworzono na terenie okupowanych krajów. Ośrodki zapewniały dyskrecję, bezpieczeństwo i opiekę ciężarnym Norweżkom, które zdecydowały się na związek z żołnierzem Wehrmachtu. Wbrew pozorom, takich kobiet nie było mało. Z racji tego, że Niemcy zachowywali się w Skandynawii zupełnie inaczej niż w Europie Środkowej i Wschodniej, to nie byli automatycznie kojarzeni z terrorem i zbrodniami. Dlatego łatwiej im było nawiązywać różnego rodzaju relacje społeczne, w tym te o charakterze seksualnym, z miejscową ludnością. Z kolei dla norweskich, często bardzo młodych i niewykształconych wiejskich dziewcząt, elokwentny i szarmancki niemiecki wojskowy mógł wydawać się wymarzonym księciem z bajki.

Dla niektórych Norweżek bajka kończyła się wraz z urodzeniem dziecka, gdy odbierano jej potomka i wysyłano do Niemiec w celu germanizacji. Dzieci urodzone w ośrodkach Lebensborn nie należały bowiem do swoich rodziców, lecz były własnością państwa. Nawet matki, które bardzo pragnęły zatrzymać i wychować swoje dziecko, nie mogły liczyć na taką możliwość. Dla najbardziej zbałamuconych niemiecką propagandą kobiet bajka skończyła się w 1945 r. A ponieważ życie nie znosi próżni, to jej miejsce bardzo szybko zajął koszmar – wyjątkowo okrutny zarówno dla matek, jak i ich dzieci.

Represje i ruch oporu

Gdy pod koniec 1944 r. Armia Czerwona wyzwoliła Finnmark, północny region kraju, cała Norwegia wiedziała, że koniec okupacji zbliża się wielkimi krokami. Te przypuszczenia potwierdziła ostateczna kapitulacja III Rzeszy 8 maja 1945 r. Wreszcie ten traktowany stosunkowo dobrze, ale jednak tłamszony i pozbawiony suwerenności naród mógł dać upust swojej nienawiści do byłego okupanta. Norwegia nie wyszła przecież z tej dziejowej katastrofy zupełnie bez szwanku. Pomimo swoistej pobłażliwości wobec Norwegów, Niemcy nie tolerowali oczywiście żadnego przejawu oporu, a podejrzanych o jego stawianie bezlitośnie represjonowali. W czasie wojny Niemcy aresztowali ok. 40 tys. Norwegów, z czego 366 osób rozstrzelali, a 632 zamęczyli w więzieniach. Około 9 tys. Norwegów wywieziono do obozów koncentracyjnych (najczęściej kierowano ich do najbliżej położonego obozu Stutthof w północnej Polsce). W obozach życie straciło 1433 obywateli norweskich. Tragiczny okazał się także los niewielkiej społeczności żydowskiej. Spośród 760 norweskich Żydów wojnę przeżyło zaledwie 25.

Czytaj więcej

Mity o chorobach Hitlera. Na co chorował wódz III Rzeszy?

Nieliczni Norwegowie decydowali się na walkę z okupantem jeszcze podczas wojny. Trzeba zauważyć, że norweski ruch oporu był stosunkowo niewielki, chociaż wpływ na to mogła mieć też niska liczebność mieszkańców Norwegii oraz niesprzyjające konspiracji czy partyzantce warunki geograficzne (surowy klimat, górskie tereny, nierówna linia brzegowa). Ponieważ jednak jakość jest znacznie ważniejsza od ilości, to należy przyznać, że norwescy członkowie ruchu oporu dokonywali czynów naprawdę wielkich. Najsłynniejszy z nich, Max Manus, działając w ramach grupy Gang z Oslo, wykazywał się niezwykłą skutecznością w akcjach sabotażu i dywersji podwodnej przeciwko niemieckim statkom cumującym w porcie w Oslo. Najważniejszy sukces grupy stanowiło zatopienie torpedowca „Donau”. W 1941 r. Manus wpadł w ręce wroga, ale brawurowo uciekł z siedziby Gestapo. Po tym incydencie schronił się na jakiś czas w Wielkiej Brytanii. Odbywszy gruntowne przeszkolenie w Szkocji, powrócił do ojczyzny, aby walczyć dalej o jej wolność.

„Tyskertørs” i ich „nazistowskie bękarty”

Niestety, większość Norwegów wolała jednak działać dopiero po zakończeniu wojny, np. zwracając się przeciwko nowym, choć zupełnie bezbronnym i zapewne wyimaginowanym wrogom. Okazały się nimi Norweżki, które podczas okupacji były związane z Niemcami i urodziły im dzieci. Kobiety te określano mianem „niemieckich dziwek” („tyskertørs”) i bezlitośnie tępiono. Wyrzucano je z pracy, szkół, a nierzadko publicznie linczowano. Na rynkach największych miast, między innymi w Oslo, Bergen i Trondheim, golono im publicznie głowy. Większość skazywano na prace przymusowe i pobyt w obozie. Takie obozy dla „tyskertørs” powstały po wojnie wyłącznie w Norwegii i Danii. Kobiety, które miały taką możliwość, porzucały Norwegię i uciekały ze swoimi partnerami do Niemiec. Te, które pozostały, „zachęcano” do opuszczenia kraju, np. odbierając im norweskie obywatelstwo.

Chociaż trudno to sobie wyobrazić, jeszcze gorszy los spotkał dzieci Lebensborn, których Niemcy nie zdążyli wywieźć do Rzeszy. Do niedawna uważane za elitę, nadludzi i niemal półbogów, w nowej rzeczywistości stały się wyrzutkami społeczeństwa. Przechrzczone na „dzieci wojny”, „dzieci tyskertørs”, „nazistowskie bękarty”, „niemieckie świnie” oraz „piątą kolumnę”, musiały codziennie stawiać czoło najbardziej okrutnym i wyrafinowanym formom przemocy fizycznej i psychicznej. Umieszczano je w sierocińcach i zakładach psychiatrycznych, wychodząc z założenia, że tylko chora psychicznie kobieta wiąże się z okupantem, a zatem jej obciążony genetycznie potomek z całą pewnością musi również wykazywać objawy umysłowego niezrównoważenia. Miejsca te stawały się scenami przerażających spektaklów nienawiści, których wobec „niemieckich” dzieci dopuszczali się nie tylko inni wychowankowie, ale również personel. Dzieci były katowane, poniżane, maltretowane i wykorzystywane seksualnie. Dochodziło nawet do wstrząsających przypadków wycinania swastyk na czołach malców lub piętnowania ich w inny widoczny sposób.

Nie dziwi zatem fakt, że tak wiele dorosłych już dzieci Lebernsborn popełniło samobójstwo albo popadło w nałogi lub choroby psychiczne. Do oczywistej traumy, jaką dla każdego dziecka stanowi brak rodziców i stabilnego domu (trudno przecież o bardziej nienaturalne i niesprzyjające warunki dla dziecięcego rozwoju niż te stworzone przez Lebensborn), dołączyła trauma związana z ciężkimi przeżyciami w dzieciństwie. Wielu jednak przetrwało i jako dorośli ludzie postanowili wystawić rachunek sprawcom swojego piekła.

W 2007 r. siedmioro z nich stawiło się przed Europejskim Trybunałem Praw Człowieka w Strasburgu, domagając się ukarania własnej ojczyzny za krzywdy, jakie wyrządziła ona ok. 10 tysiącom norwesko-niemieckich dzieci. Relacje Tora Brandachera, Gerharda Bachmanna, Gerdy Fleischer, Tove Laili Strand, Wernera Thiermanna i Paula Hansena wstrząsnęły nieznającym tej historii światem.

Czytaj więcej

Przerażająco śmieszna wojna

– Mój własny dziadek nie nazywał mnie nigdy inaczej jak „niemiecką świnią” albo „szczeniakiem Hitlera”. Podczas gdy przyrodni brat grał z kolegami w piłkę, ja musiałem siedzieć w domu i wykonywać najcięższe prace. Zdarzało się, że ojczym polewał mnie wrzątkiem, żeby „zmyć hańbę” – wspominał Gerhard Bachmann.

Z kolei Tor Brandacher tak opisywał warunki, jakie zastał w ośrodku w Trysil na południu Norwegii. – O czwartej po południu przywiązywano dzieci do łóżek, w których musiały leżeć aż do ósmej rano. Ponieważ nie mogły skorzystać z toalety, często się brudziły. Budzono je wiadrem zimnej wody. Karmiono na siłę, a gdy któreś zwymiotowało, kazano to zjeść jeszcze raz – zeznawał wstrząśnięty mężczyzna.

Niestety, Trybunał w Strasburgu odrzucił skargę ofiar tych nieludzkich praktyk, argumentując, że od przedmiotowych wydarzeń upłynęło zbyt wiele czasu. Wszystko wskazywało na to, że jedna z najczarniejszych kart w historii Norwegii zostanie więc przemilczana i odejdzie w całkowite zapomnienie. W 2018 r. jednak władze Norwegii wystosowały przeprosiny do kobiet stygmatyzowanych za relacje z Niemcami. „Norwegia pogwałciła fundamentalną zasadę, że żaden obywatel nie może być ukarany bez procesu i wyroku” – kajała się premier Erna Solberg. Niestety, polityczka ani słowem nie odniosła się do losu dzieci przepraszanych kobiet. A te dzieci już dawno nie są dziećmi, lecz ludźmi wkraczającymi w jesień swojego życia. Wśród nich jest wokalistka zespołu ABBA Anni-Frid Lyngstad, córka Norweżki i niemieckiego żołnierza, która tragicznych doświadczeń uniknęła zapewne wyłącznie dzięki temu, że tuż po wojnie wyjechała wraz z matką do Szwecji. „Nazistowskim bękartem” jest również pisarka Gisela Heidenreich, której matka była nie tylko uczestniczką programu Lebensborn, ale także jego wysoko postawioną urzędniczką, zajmującą się m.in. rabowaniem polskich dzieci. Heidenreich poznała prawdę dopiero po śmierci matki, gdy przestudiowała dokładnie jej zeznania podczas procesów norymberskich.

Wiele wskazuje więc na to, że „dzieci Lebensborn” odejdą z tego świata, nie doczekawszy ani żadnego oficjalnego wyroku uznającego ich krzywdę, ani też materialnej rekompensaty. Czy jednak właśnie to jest dla nich najważniejsze? W ich opowieściach uwagę przykuwa nie słuszny gniew na państwo, ale tęsknota za prawdziwą rodziną. Poruszający list Karin H., wysłany w 1990 r. do świeżo odnalezionego ojca, ukazuje chyba najgłębszą i najbardziej rozpaczliwą potrzebę serca dzieci pozbawionych korzeni: „Mój kochany tato! Nie wiem, czy chcesz mieć ze mną do czynienia, ale mam nadzieję, że mi odpowiesz. Pewnego razu w dokumentach matki odkryłam, że ty, Karl H., jesteś moim ojcem. Nazywam się Karin H., urodziłam się w 1945 r. w Stavanger. Wkrótce będę staruszką. Cha, cha, cha, która szuka swojego taty. Chcę się czegoś o tobie dowiedzieć, porozmawiać, przekonać, jak wyglądasz. Nie chcę żadnego spadku, żadnych pieniędzy – chcę tylko Ciebie”.

Historia świata
Pasażerowie "Titanica" umierali w blasku gwiazd
Historia świata
Odzwierciedlają marzenia i aspiracje panny młodej. O symbolice dywanu posagowego
Historia świata
Bezcenne informacje czy bezużyteczne graty? Kapsuły czasu trwalsze od fundamentów
Historia świata
Ludobójstwo w Rwandzie – szczyt obłędu
Historia świata
Prezydent, który zlecił jedyny atak atomowy w historii. Harry S. Truman, część III