Małżeństwo na pokaz: Franklin Delano Roosevelt, część III

Największym wrogiem 32. prezydenta Stanów Zjednoczonych był jego własny organizm. Franklin Delano Roosevelt pokonał niemiecki nazizm i japoński imperializm, ale przegrał z chorobą, o której istnieniu nawet nie wiedział.

Publikacja: 16.02.2024 06:28

Eleanor Roosevelt (druga z lewej) podejrzewa się o intymny związek z Loreną Hickok (pierwsza z prawe

Eleanor Roosevelt (druga z lewej) podejrzewa się o intymny związek z Loreną Hickok (pierwsza z prawej)

Foto: wikipedia commons

Wielu amerykańskich przywódców zmagało się z chorobami, które mogły wpływać na jasność umysłu przy podejmowaniu ważnych dla państwa decyzji. Już prezydent Abraham Lincoln doświadczał silnych, powtarzających się depresji, na które cierpieli także jego rodzice. Amerykańscy psychiatrzy uważają, że mogło to doprowadzić do choroby psychicznej, o której może świadczyć wiersz „Samobójstwo jest rozmową z samym sobą”, napisany przez Lincolna w 1838 r.

Z kolei u prezydenta Woodrowa Wilsona, który przeszedł kilkakrotne załamanie nerwowe, zdiagnozowano postępujące zmiany miażdżycowe w naczyniach mózgowych. Silne bóle głowy, dolegliwości nerek oraz nadciśnienie tętnicze wywoływały u niego nadpobudliwość, postępujące rozdrażnienie, trudności ze zrozumieniem otaczającej go rzeczywistości oraz silne reakcje emocjonalne, np. niepohamowane szlochanie podczas słuchania jakichkolwiek przemówień, mimo że nie było przy tym najmniejszego powodu do wzruszenia.

Najdłużej sprawujący urząd prezydenta USA Franklin Delano Roosevelt też nie był człowiekiem mocnego zdrowia. Jednak swoje inwalidztwo znosił mężnie, przeprowadzając kraj przez okres najcięższej próby w jego dziejach. Dodatkowo przebyty w 1912 r. tyfus, zapalenie wyrostka w 1914 r., zapalenie migdałków w 1916 r., ropnie wokół migdałków, zapalenie płuc i wycięcie migdałków w latach 1919–1920 to tylko część historii jego licznych chorób, które coraz bardziej zamieniały go w cień człowieka.

Czytaj więcej

Piętno rodziny: Franklin Delano Roosevelt, część II

Roosevelt był bardzo pracowity. Wydawał się też całkowicie sprawny intelektualnie, choć badania przeprowadzone w 1944 r. wykazały, że cierpi na encefalopatię nadciśnieniową powodującą zaburzenia świadomości. Do tego doszło zapalenie oskrzeli, nadciśnienie i niewydolność zastoinowa serca. Ostatecznie mocno przepracowany, ciężko chory na arteriosklerozę i cukrzycę prezydent zmarł na rozległy zawał serca 12 kwietnia 1945 r. w Warm Springs w stanie Georgia.

Franklin Delano Roosevelt. Pechowiec

Wokół prezydenckiej choroby narosło przez lata wiele mitów. Jego biografowie powtarzają różne, sprzeczne ze sobą historie. Sam Roosevelt przekonywał, że w sierpniu 1921 r. zachorował na polio w  czasie rodzinnych wakacji, kiedy żeglował po wodach zatoki Fundy w Kanadzie. Podobno któregoś dnia przypadkowo wpadł do bardzo zimnej wody, a niedługo potem pobiegł pomagać w gaszeniu pożaru na jednej z pobliskich wysepek. Rozgrzany od żaru ognia postanowił ponownie schłodzić się w wodach zatoki. Wtedy miał dostać szoku termicznego, porażenia i paraliżu nóg. Nie wiemy, czy była to prawda o szlachetnym polityku, który kosztem swojego zdrowia pospieszył z pomocą potrzebującym, czy może legenda wymyślona na potrzeby kampanii politycznych. Pewne jest, że we wrześniu 1921 r. nowojorscy lekarze zdiagnozowali u niego wirusowe zapalenie rogów przednich rdzenia kręgowego, nazywane chorobą Heinego-Medina, którą od łacińskiej nazwy poliomyelitis anterior acuta potocznie nazywa się polio.

Od kilku lat uważa się, że była to błędna diagnoza. W 2003 r. prestiżowy brytyjski magazyn „Journal of Medical Biography” przedstawił raport brytyjskich i amerykańskich naukowców:  Armonda Goldmana, Elizabeth Schmalstieg, Daniela Freemana i Daniela Goldmana pt. „Co było przyczyną paraliżu Franklina Delano Roosevelta” („What was the cause of Franklin Delano Roosevelt’s paralytic illness”). Naukowcy dowiedli, że 32. prezydent Stanów Zjednoczonych wcale nie chorował na chorobę Heinego-Medina, ale na zespół Guillaina-Barrégo, czyli ostrą zapalną demielinizacyjną polineuropatię, chorobę o charakterze autoimmunologicznym.

W 1932 r. mało kto wiedział, że kandydujący na urząd prezydenta Franklin Delano Roosevelt porusza si

W 1932 r. mało kto wiedział, że kandydujący na urząd prezydenta Franklin Delano Roosevelt porusza się na wózku inwalidzkim

wikipedia

Roosevelt miał zatem prawdziwego pecha. Choroba ta, choć może spotkać każdego i w każdym wieku, zdarza się u zaledwie dwóch osób na 100 tys. Gdyby Roosevelt został przyjęty do nowojorskiego szpitala zaraz po pierwszych objawach, byłaby szansa na uratowanie jego sprawności ruchowej. Ale nowojorski szpital przyjął go pod opiekę dopiero po kilku dniach. Spędził tam aż trzy miesiące. Jednak dzięki intensywnej rehabilitacji zdołano mu uratować wzrok i sprawność ruchową rąk i dłoni przed całkowitym paraliżem. Niepełnosprawność zmieniła go jednak nie do poznania. Niegdyś niezwykle sprawny i wysportowany mężczyzna teraz stał się przykutym do wózka inwalidą.

Jednak narzekanie i depresja nie były częścią jego charakteru. Wielu na jego miejscu by się załamało, kiedy on postanowił zignorować własną ułomność i aż trzykrotnie startował w najtrudniejszej konkurencji – w wyścigu do Białego Domu. Przez lata jego kalectwo było skrzętnie ukrywane. Mało który z jego wyborców wiedział w 1932 r., że głosuje na człowieka poruszającego się na wózku inwalidzkim. Jego sztab wyborczy, a później sztab Białego Domu doszedł do perfekcji w aranżowaniu jego wystąpień publicznych tak, aby nikt z widzów nie domyślił się, że prezydent nie może stać na własnych nogach. F.D. Roosevelt pozował do zdjęć, siedząc w swojej limuzynie. Dziennikarze uznali to za objaw ekstrawagancji, a wyborcy za zamiłowanie do motoryzacji. Nawet podczas przemówień do połączonych izb amerykańskiego Kongresu prezydent został posadzony na specjalnie podwyższonym krześle, by robić wrażenie, że wygłasza mowę na stojąco.

Kochanka Franklina

To choroba uczyniła go człowiekiem skrytym. Nie wyrażał swoich poglądów w sposób stanowczy jak inni politycy. Dzięki temu każdy mógł w nim widzieć tego, kogo chciał. Jego światopogląd zdawał się być pełen sprzeczności. Z jednej strony bronił wyniesionych z domu rodzinnego amerykańskich wartości wolnościowych, z drugiej jednak wyraźnie sympatyzował z poglądami lewicowymi. Nie potępiał Związku Radzieckiego tak, jak to czynili inni amerykańscy prezydenci. Wydawał się skłonny do akceptacji tego państwa i przekonywał swoje otoczenie do akceptacji komunistów we wspólnocie międzynarodowej. Doskonale wyczuwał to Stalin, który darzył amerykańskiego prezydenta pewną zdystansowaną sympatią. Roosevelt uznał pierwsze spotkanie z sowieckim dyktatorem za jedno z najważniejszych wydarzeń w swojej karierze politycznej. Obdarzony ironicznym poczuciem humoru i ostrożny w wyrażaniu konkretnych deklaracji spodobał się cynicznemu satrapie. „Z tym człowiekiem będziemy mogli się dogadać” – szeptał Stalin Mołotowowi do ucha w czasie spotkania w Teheranie. Churchill jako zacięty antykomunista przyglądał się tym umizgom z niepokojem. Mimo że F.D. Roosevelt był najdłużej urzędującym prezydentem w historii, nikt z jego otoczenia nie umiał zdefiniować ani jego osobistego stanowiska w sprawie polityki zagranicznej, ani zapatrywań na kwestie społeczne.

Lucy Mercer, kochanka Franklina Delano Roosevelta

Lucy Mercer, kochanka Franklina Delano Roosevelta

TopFoto/forum

Nawet w sprawach damsko-męskich Franklin Delano wymykał się wszelkim utartym schematom. Jego własna żona zdawała się być pogubiona przy swoim mężu. Już w 1916 r. doszła do wniosku, że pod względem emocjonalnym i seksualnym jej małżeństwo z Franklinem to porażka. Po urodzeniu w tym samym roku syna Franklina juniora uznała, że jej obowiązki małżeńskie zostały wypełnione i że czas odseparować się od męża. Bez żadnych zbędnych ceregieli oświadczyła mu, że nie chce z nim utrzymywać relacji intymnych, tym bardziej że doskonale wiedziała o jego licznych romansach i skokach w bok. Wyczuła, że Franklin skupia zbyt dużą uwagę na jej asystentce Lucy Mercer. Miała rację: Lucy stała się z czasem jej największą konkurentką do serca Franklina. To Lucy, a nie Eleanor będzie się nim opiekować w chorobie przez kolejne lata i czuwać przy jego łożu śmierci w Warm Springs 12 kwietnia 1945 r.

Lorena Hickok, miłość życia Eleanor Roosevelt

Kiedy Franklin wygrał wybory prezydenckie, Eleanor z prawdziwą ulgą przyjęła przeprowadzkę do Waszyngtonu. Nareszcie mogła stworzyć swój osobny świat, budując nowy wizerunek pierwszej damy Ameryki. Wprowadzając się do Białego Domu, Eleanor oświadczyła mężowi, że nie zamierza pełnić roli kochającej małżonki i prosi o wyznaczenie konkretnych zadań. Kochała go, ale też i szczerze nie znosiła. Już w 1918 r. odkryła listy miłosne pisane przez Lucy do jej męża. Długo rozważała rozwód, ale ostatecznie uznała, że łatwiej będzie utrzymywać pozory szczęścia rodzinnego. Tym bardziej że ona też miała swoje tajemnice, które jak na obyczajowość pierwszej połowy XX w. wydawały się bardzo poważne.

Czytaj więcej

Herbert Hoover. Czas wielkiego kryzysu część I

Amerykańska pisarka Amy Bloom zbadała pogłoski o związku Eleanor Roosevelt z dziennikarką Loreną Hickok. W doniesieniach medialnych z lat 40. XX stulecia i książkach historycznych obie kobiety często określano jako „bliskie przyjaciółki”. Po przeczytaniu tysięcy listów napisanych do siebie przez obie panie autorka doszła do wniosku, że kobiety łączył silny związek emocjonalny i seksualny. „Zachowało się 3000 listów, które są ciepłe i pełne namiętności. Dokładnie takie, jakie piszą między sobą kochankowie, którzy wciąż i nieustannie są w sobie zakochani” – podsumowała Amy Bloom. Pierwsze listy pochodzą z 1932 r. Można więc uznać ten rok jako początek ich relacji. Obie panie słały je do siebie przez kolejne trzy dekady. Bywały dni, w których wysyłały sobie nawet po dwa listy. W jednym z nich Eleanor Roosevelt pisała: „Boli mnie, że nie mogę trzymać Cię blisko siebie. Twój pierścionek przynosi mi wielkie pocieszenie. Patrzę na niego i myślę: ona mnie kocha. Inaczej nie nosiłabym go”. W odpowiedzi Lorena Hickok pisała: „Chcę cię objąć i pocałować w kącik ust”. Cytując te listy, Amy Bloom nie ujawniła prywatnych tajemnic. Korespondencja obu pań została udostępniona opinii publicznej w latach 70.

Udane małżeństwo Rooseveltów. Role na Oscara

Eleanor miała powód, żeby pozostać przy mężu. Relacje homoseksualne były wówczas w Stanach Zjednoczonych surowo karane. Zdrada małżeńska była naganna, ale zdrada z przedstawicielem tej samej płci była nie do pomyślenia. Eleanor zdawała sobie sprawę, że za odejście od chorego męża do kochanki zostanie postawiona pod pręgieżem opinii publicznej. Nieważne było, że on ją zdradzał. Jako kobieta miała obowiązek dawać przykład cnotliwości.

Tym bardziej że w pierwszej fazie choroby Franklin naprawdę bardzo cierpiał. Jego nogi umieszczono w bolesnych metalowych protezach. Codzienna rehabilitacja była drogą przez mękę. Każdego dnia próbował z pomocą żony ustać choć kilka minut na własnych nogach. Nie raz i nie dwa upadał, ciężko się przy tym obijając. Niekiedy krzyczał na głos i zrozpaczony zamykał się w ciemnym pokoju. Wtedy jedyną ulgę przynosiły mu papierosy wypalane jeden po drugim i kolejne szklanki bourbona z lodem. Jego matka, zamiast pomóc, tylko pogarszała sytuację, nieustannie robiąc wszystko, aby zatrzymać go przy sobie w posiadłości Rooseveltów. Jednak on teraz wcale nie potrzebował odpoczynku.

W ucieczce przed postępami choroby mogła mu pomóc tylko wielka pasja, jaką była dla niego polityka. Miał już za sobą 11-letnie doświadczenie w senacie stanowym. Jako obserwator konferencji wersalskiej rozsmakował się w dyplomacji. Liczył na szybką karierę i podróże po świecie. Teraz jednak, po wyjściu ze szpitala w grudniu 1921 r., kłopot sprawiało mu nawet poruszanie się po własnym domu. O niezwykłej woli walki tego człowieka świadczy fakt, że nie tylko nie załamał się, ale ruszył do boju o swój los ze zdwojoną siłą.

Franklin Delano Roosevelt jest inspiracją dla każdego człowieka złożonego chorobą. Należy do grona największych zwycięzców, którzy, choć nigdy nie pokonali choroby, stawiali jej mężny opór – tak jak on przez 24 lata. I to był ten element osobowości Franklina Delano Roosevelta, który wzbudzał podziw u wszystkich, którzy go znali. Także u jego żony. Bo choć w sferze intymnej rozstali się na zawsze, pozostał im wzajemny szacunek i podziw. Kiedy wspólnie przyjmowali gości, najpierw w rezydencji gubernatora stanu Nowy Jork, którym Roosevelt został 1 stycznia 1929 r., czy później już jako gospodarze Białego Domu, zawsze robili wrażenie zgodnej, szanującej się pary. Swoje spory po mistrzowsku kamuflowali przed światem zewnętrznym. Role, które musieli grać przez całe swoje wspólne życie, zasługiwały na filmowego Oscara.

Historia świata
Pasażerowie "Titanica" umierali w blasku gwiazd
Historia świata
Odzwierciedlają marzenia i aspiracje panny młodej. O symbolice dywanu posagowego
Historia świata
Bezcenne informacje czy bezużyteczne graty? Kapsuły czasu trwalsze od fundamentów
Historia świata
Ludobójstwo w Rwandzie – szczyt obłędu
Historia świata
Prezydent, który zlecił jedyny atak atomowy w historii. Harry S. Truman, część III