Kulturkampf – historia niespełnionej obsesji

Nie wszystkie logiczne działania są racjonalne, czego dowiódł Bismarck antykościelną kampanią.

Publikacja: 19.10.2023 21:00

Karykatura przedstawiająca Ottona von Bismarcka z papieżem Leonem XIII

Karykatura przedstawiająca Ottona von Bismarcka z papieżem Leonem XIII

Foto: Biblioteka Narodowa/polona.pl

Polakom kulturkampf kojarzy się (nie bez przyczyny) z pruskim programem wynarodowienia mieszkańców Wielkopolski, Pomorza i Śląska. Zawężona perspektywa traci z oczu całość kampanii wycelowanej w etnicznych Niemców – szczerych patriotów zapewne – którym nowa Rzesza nacjonalizowała sumienia, wyznanie i światopogląd. Lepienie mocą ustawy jednorodnego społeczeństwa narodowego, oddanego celom państwa każdym aspektem życia, sugeruje, a wręcz narzuca skojarzenia z jeszcze radykalniejszym projektem Niemców – zrodzonym pół wieku później...

Kultura i pikielhauba

Zarówno w intencjach, jak i w brutalnej praktyce, kulturkampf nie oferował nic więcej oprócz walki z niezależnością Kościoła katolickiego (Prusy jedność wyznaniową i narodową Polaków widziały jako część tego samego problemu). Stąd hasło „walki o kulturę” lub „walki kultur” brzmi trochę nieadekwatnie.

Czytaj więcej

Konrad Adenauer: odnowiciel Niemiec

Istotnie, termin powstał trochę post factum, gdy ustawy kampanii działały pełną parą od 1871 r. Tymczasem hasło objawiło się w roku 1873, będąc autorską interpretacją Rudolfa Virchowa, pośledniego posła w pruskim Landtagu ze skrzydła liberalnych jastrzębi. Medyczny patolog z pomorskiego Świdwina przedstawił konflikt z katolicyzmem jako cywilizacyjny wybór między reformacką tradycją nauki i oświecenia, a zabobonem i obskurantyzmem papistów. Kościół rzymski, jako obce ciało w zdrowym ciele kultury niemieckiej, był antytezą nowoczesnego – co wówczas znaczyło narodowego – państwa tożsamego z postępem.

To nie przypadek. Kulturkampf maluje się w pikielhaubie pruskiego konserwatyzmu, lecz jego politycznym zapleczem byli liberałowie, precyzyjniej zaś – libertyni z tradycji reform napoleońskich i Wiosny Ludów, tacy jak Virchow właśnie. Gdy umarł w 1902 r., nawet jego Kościół protestancki się wahał, czy ciało grzebać z wyznaniowym ceremoniałem. Także przyszły wicepremier Prus – Johannes von Miquel z Partii Narodowo- -Liberalnej (zabawne, bo był potomkiem francuskich uciekinierów przed jakobińskim terrorem) – należał do marksistowskiej Ligi Komunistycznej i traktował katolickich rodaków jak podbitych i zwyciężonych wrogów. W istocie – narodowych liberałów nie zadowalał rozdział Kościoła i państwa, pragnęli dokończyć rewolucję oświeceniową we wszystkich państwach niemieckich.

Argument kulturowy wszedł do historii, lecz wątpliwe, że istotnie powodował Bismarckiem – prawdziwym demiurgiem kampanii. Kanclerz nigdy nie był ideologiem, lecz zwierzęciem politycznym do szpiku kości, dlatego egzotyczny sojusz z liberałami wolno rozumieć jako zabieg makiaweliczny; można Ottonowi von Bismarckowi wiele przypisać, lecz nie libertyńskie skłonności. Poza tym że narodowi liberałowie byli największymi entuzjastami zjednoczenia Niemiec, premier Prus miał ich traktować niczym „użytecznych idiotów”, o czym świadczy brutalne zerwanie aliansu, gdy stali się nieprzydatni, a wręcz szkodliwi – wraz z kulturkampfem.

Mimo to legendarny pragmatyzm Bismarcka jest przereklamowany nad miarę, a sens wielu poczynań – w tym kulturkampfu – nurza się w logice obsesji. Stał za nią wyolbrzymiony lęk przed osaczeniem Niemiec, a większość zagrożeń miała – wprost lub pośrednio – związek z katolicyzmem. Są zatem głosy, że to liberałowie użyli instrumentalnie fobii kanclerza.

Jądrem paranoi były dwa katolickie mocarstwa tworzące matnię dla Prus, czemu nie zaradziły porażka i zniszczenie Francji kontrybucjami ani rezygnacja Austrii z kwestii wielkoniemieckiej, nawet gdy Franciszek Józef został sojusznikiem Berlina. Żarliwymi katolikami byli także Polacy spiskujący w Poznańskiem i za granicą, uznani za najzacieklejszych „Niemcożerców” w Europie, za nimi zaś czaił się papież. Znaczący jest czas podjęcia antypapieskiej krucjaty w 1870 r., w przeddzień największego triumfu Niemiec – jakby obok wojny z Francją była równorzędnym problemem, co wygląda na absurdalną przesadę. Papież był na dnie klęski: świeżo po stracie Państwa Kościelnego i Rzymu, z końcem roku został sędziwym, bo prawie 80-letnim więźniem skrawka ziemi za watykańskimi murami.

Jednak Bismarck nie miał poczucia przewagi. Przeciwnie. Uznał, że stoi przed większym niebezpieczeństwem niż samotna Francja, gdyż wróg stał w Niemczech. Wygodnie było rządzić jednorodnie protestanckimi Prusami, z wyjątkiem trzymanych pod kontrolą Polaków – przyszłość mogła być prosta, gdyby pod skrzydła związku szły tylko ewangelickie państwa. Formalnie czy półoficjalnie Kościoły protestanckie były konfesją państwową, karnie uległą władzy, lecz zjednoczenie odrodziło podziały z wojny 30-letniej, dzielącej Niemcy granicą wyznań. Wiekowa nieufność separowała kraje i społeczności na poziomie rządów, wiosek i rodzin, a katolicy z południa, nawykli do pozycji zajmowanej w Świętym Cesarstwie Rzymskim, szli do zjednoczenia niechętnie. Podział nigdy nie ustał, a współcześni bawarscy chadecy wciąż zachowują odrębność od CDU z północy.

Wróg za górami

Powstała sytuacja nieznana w niemieckiej historii – wspólny organizm polityczny nieufnych wyznań, konkurujących o władzę w jednym systemie. Wprawdzie pod Sadową (starcie zbrojne, które miało miejsce 3 lipca 1866 r. pomiędzy Prusami a Austrią, podczas wojny prusko-austriackiej) wykluczono z projektu Habsburgów, jednak z Bawarią, Badenią, Polakami i Nadrenią-Westfalią w Prusach, a po aneksji również Alzacją i Lotaryngią pod berło protestanckich Hohenzollernów trafiło 15 mln katolickich poddanych. Stanowili trzecią część obywateli imperium, a zatem zdecydowaną mniejszość, lecz jednocześnie nie margines możliwy do zignorowania.

Konflikt rozmyłby się w mediacjach i kompromisach, gdyby nie wiara Bismarcka w katolicki spisek ogólnoświatowy, z tajną „koalicją zemsty” papieża, Austrii i Francji, co mimowolnie przypomina mity antysemickie. Obsesję już potęgowało wsparcie księży dla polskiego oporu, a przybyły całe dywizje papieskie.

Pius IX, owszem, tracił świeckie panowanie i ziemię, a jednak potężniał. Skupił władzę nad instytucjami i hierarchią lokalnych kościołów i rządził centralnie z Rzymu – jak to nazwali Niemcy – ultramontańsko, czyli „ponad górami” w najdalszych zakątkach katolicyzmu. I nie zamierzał poprzestać na dyrygowaniu diecezjami, księżmi i zakonami, lecz – jak sądził Bismarck – również państwami.

Karykatura przedstawiająca szachową rozgrywkę pomiędzy Ottonem von Bismarckiem a papieżem Piusem IX,

Karykatura przedstawiająca szachową rozgrywkę pomiędzy Ottonem von Bismarckiem a papieżem Piusem IX, 1875 r.

GRANGER COLLECTION/BE&W

Akurat w symbolicznym momencie, a konkretnie dzień przed wybuchem wojny francusko-pruskiej, od lat obradujący w Rzymie sobór watykański uznał dogmat o nieomylności papieża. Zaledwie kilka lat wcześniej Pius IX spisał listę poglądów, mniemań i prądów filozoficznych niemożliwych do pogodzenia z doktryną wiary. Potępiał więc modernizm, różne rodzaje racjonalizmu i oczywiście socjalizm, lecz poza drażnieniem liberałów w jednym punkcie „Syllabus errorum” wprost zaprzeczał Bismarckowskiej koncepcji państwa jako jedynego i niczym nieskrępowanego źródła prawa na Ziemi. Zachodziła obawa, że papież użyje nowego dogmatu, by ex cathedra ogłosić błędy herezją, co pod sankcją ekskomuniki stawiało wiernych w konflikcie lojalności między Kościołem a państwem.

Bismarck nie uznał za przypadek, że w tym samym roku niemieccy katolicy – jawnie inspirowani przez biskupa Wilhelma von Kettelera z Moguncji – powołali własną Partię Centrum, formalnie lokowaną między konserwatystami a liberałami, lecz wprost wyznaniową. Uprzedzając wypadki, nie zamierzali iść biernie w paszczę pruskiego smoka, lecz użyć praw wyborczych wprowadzonych w 1867 r., a wkrótce rozszerzonych na Rzeszę. Bismarck grzmiał przeciw łączeniu religii i polityki, naprawdę zaś traktował Partię Centrum jak długie ramię polityczne papieża.

Kościół zaś, wbrew duchowi dziejów, budował rosnące zaplecze wśród warstw społecznych zapomnianych przez zbyt zachwyconych sobą liberałów, tradycyjnie obsługujących zamożnych mieszczan, urzędników i przedsiębiorców. Katolicy zręcznie zagospodarowali pustkę wśród ludności wiejskiej i konkurowali z socjalistami wśród robotników, zyskując dziesiątki tysięcy członków spółdzielni i organizacji pomocowych w samym Zagłębiu Ruhry, mnożyli też publikacje i kursy edukacyjne; nawet w szczycie kulturkampfu liczba deputowanych Centrum rosła zarówno w Reichstagu, jak i krajowych landtagach.

Zatrzymanie wpływów politycznych katolicyzmu (a w rozumieniu Bismarcka – papieża) wyglądało na priorytet rządu od powstania Rzeszy. Dialog nie był możliwy, gdyż stosunki dyplomatyczne z Watykanem zerwano.

Czytaj więcej

Jak Wielkopolska broniła się przed Prusakami

Ofensywa ustaw Reichstagu (tylko w 1872 r. przez miesiąc wydano kilka) przejmowała prywatne i publiczne szkoły kościelne, a nawet kształcenie księży, z wymogiem egzaminu państwowego po świeckich studiach. Cenzura słuchała kazań, z sankcją dwuletniego więzienia za nieprawomyślność, którą arbitralnie stwierdzał urzędnik, majątek kościelny przekazywano pod kuratelę świeckich samorządów lokalnych; również państwo autoryzowało nominacje hierarchów. Zlikwidowano zakony oprócz świadczących usługi szpitalne, jezuitów zaś wprost wypędzono z Rzeszy, mimo niemieckiego obywatelstwa, a niemieckie nakłady protestacyjnej encykliki Piusa IX „Quod nunquam” zostały skonfiskowane.

U obserwatorów groza, zwłaszcza po uwięzieniu biskupów (nawet dotąd uprzedzająco lojalnego wobec Prus kardynała Mieczysława Ledóchowskiego), mieszała się z drwiną. Na popularnej karykaturze z 1875 r. diabeł drwi z wysiłków Bismarcka próbującego zwalić kopułę bazyliki św. Piotra, czego sam Szatan nie dokonał przez wieki. W rzeczy samej, wkrótce sytuacja stała się tragifarsą.

Droga do Cannosy

Mając w pamięci poniżenie Henryka IV w sporze o inwestyturę, 900 lat później Otto von Bismarck grzmiał w parlamencie, że nie zamierza iść do Canossy. Satyrycy są pamiętliwi, mieli więc używanie w 1882 r., rysując żelaznego kanclerza w pokutnych łachmanach, drepczącego boso, by pojednać się z wrogiem. Jeśli zaś przypominanie dawnej buty ubodło Bismarcka, większym upokorzeniem było przyjęcie z papieskich rąk Orderu Najwyższego Chrystusa – za wybitne zasługi dla Kościoła katolickiego. Fakt, że zmarłego Piusa IX zastąpił skłonny do kompromisu Leon XIII, nie wyjaśnia zaskakującej wolty.

Gdy Prusy podpisały konkordat i do 1887 r. zniesiono większość restrykcji – nawet przywracając dotacje państwowe kościołom – papież słusznie nazwał miniony konflikt niszczącym, lecz bezużytecznym, także dla samego Bismarcka, gdyż tylko skonsolidował katolików i wzmocnił centrum. Mimo to wbrew obawom państwo się nie rozpadło i papież nie podbił świata, za to kanclerz stracił oparcie dla ważniejszych celów. W zapamiętaniu przeoczył niepokój konserwatystów – zwłaszcza pruskiej arystokracji – że kulturkampf niszczy też ich wartości, a nie chcieli świata umeblowanego przez liberałów, nawet gdy szczerze nie cierpieli katolicyzmu. Także sami liberałowie jęli zawadzać Bismarckowi na drodze, niechętni wdrożeniu gospodarczego protekcjonizmu i podniesieniu ceł importowych w walce z brytyjskim przemysłem i tanim amerykańskim zbożem. Przede wszystkim zaś niebezpiecznie balansowali w stronę marksizmu, socjalizm zaś był następnym celem wojny kanclerza.

Czy hitlerowski kirchenkampf był kontynuacją polityki Bismarcka w totalnej wersji, świadcząc o ciągłości niemieckich obsesji? Błyskotliwe paralele łatwo tworzyć na płytkich podstawach, zaniedbując fundament. W praktyce kulturkampf nie był nową ani bezprecedensową kampanią w Europie. Bismarck kopiował identyczne procesy z państw bardziej katolickich niż Prusy, jak Portugalia ery markiza Pombala (II połowa XVIII w.) czy Austria podczas osobliwości józefinizmu pod koniec cesarstwa. Wszystkie dotyczyły politycznych relacji z Kościołem – zwłaszcza roli papieża – lecz nie istoty religii. Można równie zasadnie twierdzić, że Hitler szedł drogą oświeconych absolutyzmów XVIII stulecia.

Jeśli na siłę szukać pokrewieństw kulturkampfu z nazizmem, to w nadziejach pokładanych przez liberałów – konstruowanie społeczeństw zgodnie z inżynieryjnym planem jest totalitarne z natury. Nazizm zaś, gdzie Hitler był jedynym źródłem prawa i obiektem kultu religijnego, z założenia nie godził się z chrześcijańską etyką, a zwłaszcza semickim pochodzeniem religii. Jeśli wódz nie zdelegalizował wszystkich Kościołów (w rojeniach miał zostać jeden, prawdziwie niemiecki, z krucyfiksem zastąpionym swastyką i „Mein Kampf” w miejsce Biblii), to przez frustrującą świadomość, że to niewykonalne.

Przed śmiercią Bismarck miał ubolewać, że przegrał przez nadmierną atencję pruskiej administracji dla prawa. W istocie zaczął od agresywnej kampanii legislacyjnej, a skończył na konkordacie – w gruncie rzeczy zyskując więcej, niż potrzebował. Odwrotnie niż Hitler, który już w 1933 r. zawarł traktat ze Stolicą Apostolską na zadziwiająco pojednawczych warunkach, łamiąc go natychmiast, zanim jeszcze został wydrukowany. W nazistowskiej praktyce skuteczniejsze od prawa były bowiem bojówki, tajna policja i wyznaczony dla księży oddział obozu w Dachau.

Polakom kulturkampf kojarzy się (nie bez przyczyny) z pruskim programem wynarodowienia mieszkańców Wielkopolski, Pomorza i Śląska. Zawężona perspektywa traci z oczu całość kampanii wycelowanej w etnicznych Niemców – szczerych patriotów zapewne – którym nowa Rzesza nacjonalizowała sumienia, wyznanie i światopogląd. Lepienie mocą ustawy jednorodnego społeczeństwa narodowego, oddanego celom państwa każdym aspektem życia, sugeruje, a wręcz narzuca skojarzenia z jeszcze radykalniejszym projektem Niemców – zrodzonym pół wieku później...

Pozostało 96% artykułu
2 / 3
artykułów
Czytaj dalej. Subskrybuj
Historia świata
Leopold Mozart - ojciec, który odkrył talent syna
Historia świata
Gdy świat zostawił Saamów samych
Historia świata
Feldmarszałek Hindenburg kontra kapral Hitler
Historia świata
Krwawiący czarnoziem. Lwów, spleciona historia Ukraińców i Polaków
Materiał Promocyjny
Mała Księgowość: sprawdzone rozwiązanie dla małych i średnich przedsiębiorców
Historia świata
Zdobycie Bastylii. Rewolucja pożera własne dzieci