Wielki Mur Chiński i bestie z północy

„Wielki Mur” Zhanga Yimou to film z gatunku fantasy i z pozoru nie warto doszukiwać się w nim odniesień historycznych. Można też jednak uznać inwazję potworów z północy za alegorię najazdów barbarzyńców, przed którymi miała bronić Chiny legendarna fortyfikacja.

Publikacja: 05.10.2023 21:00

Wielki Mur Chiński to umowne określenie całego systemu różnorodnych fortyfikacji, wznoszonych i remo

Wielki Mur Chiński to umowne określenie całego systemu różnorodnych fortyfikacji, wznoszonych i remontowanych co najmniej od III w. p.n.e. na różnych odcinkach wyznaczających w danym okresie północną granicę Chin

Foto: Yuri Yavnik/Shutterstock

Dzieło Yimou z 2016 r. to jak dotychczas najdroższe i zrealizowane z największym rozmachem wspólne przedsięwzięcie kinematografii amerykańskiej i chińskiej. Twórcy oczekiwali zatem nie bez przyczyny, że film odniesie równie spektakularny sukces. Nie odniósł. Widzowie byli rozczarowani, bo kosztowny obraz w każdym z wymiarów filmowej rozrywki oferował tylko przeciętność: niezbyt ekscytujące widowisko, pozbawioną oryginalności i nieco dziecinną fabułę, umiarkowanie intrygujące postacie. W jednym z wywiadów odtwórca głównej roli Matt Damon przyznał nawet, że jego córka, przekomarzając się z nim w rozmowach o tej produkcji, miała w zwyczaju przekręcać jej tytuł i nazywać ją „Murem”, ponieważ, jak twierdziła, „nie było w tym filmie nic wielkiego”. Krytycy formułowali znacznie poważniejsze zarzuty. Wskazywali mianowicie, że opowieść o dramatycznych przygodach dwóch europejskich najemników, wędrujących po XI-wiecznych Chinach, by wykraść sekret wytwarzania prochu, nie tylko nie odpowiada wiedzy historycznej, co filmowi tego typu można jeszcze wybaczyć, ale także powiela anachroniczny i dyskryminujący zdaniem ekspertów schemat narracyjny, zgodnie z którym to biali Europejczycy, w dodatku podejrzanej konduity, ratują potężną pozaeuropejską cywilizację, jakby ta nie mogła poradzić sobie sama.

W ferworze dyskusji i masie negatywnych opinii zatarły się tropy, które pozwoliłyby w tym komercyjnym amalgamacie odnaleźć inspirujące aluzje historyczne. A przecież prawdziwym bohaterem filmu nie jest żaden z europejskich awanturników ani chińskich żołnierzy, lecz Wielki Mur. To tu splatają się wszystkie ważne wątki. Tu, w fortyfikacji o strukturze labiryntu, ma swoją siedzibę Bezimienny Zakon, tajemnicza armia, której jedynym zadaniem jest zatrzymać wrogów za murem i strzec spokoju mocarstwa rozciągającego się na południu i nie w pełni świadomego niebezpieczeństwa (notabene podobieństwa do obsadzonego przez Nocną Straż Muru strzegącego bezpieczeństwa Westeros, kontynentu znanego z „Gry o tron”, zasługiwałyby na osobny artykuł). A niebezpieczeństwo nie jest jedynie wymysłem scenarzystów i ma swoje historyczne zakorzenienie. Potwory bowiem, które atakują Mur, to Tāotiè, przerażające bestie z chińskiej mitologii, znane z artystycznych wyobrażeń na naczyniach z czasów dynastii Shang, a więc pochodzących z II tysiąclecia p.n.e. Uważni widzowie mogą dostrzec skomplikowane ornamenty na głowach szturmujących Mur istot – wzory te inspirowane były właśnie makabrycznymi motywami z antycznych artefaktów.

Czytaj więcej

Boski wiatr: Jak opatrzność ocaliła Japonię przed Mongołami

To nie koniec odwołań historycznych i mitologicznych. Wiele wskazówek zawartych w filmie pozwala przypuszczać, że jego akcja osadzona jest za panowania cesarza Renzonga (w starszej literaturze przedmiotu występującego także pod mianem Żen-tsung) z dynastii Song, zasiadającego na tronie ponad 40 lat. Pierwsze dekady jego panowania zapisały się w dziejach – i w klasycznej literaturze chińskiej oraz podaniach – jako „Era Trzech Obfitości”. Jednak w drugiej połowie jego rządów, być może w 1048 r., cesarstwo dotknęła nienazwana plaga, która zdziesiątkowała ludność. Nieszczęście mógł sprowadzić cesarski urzędnik, który lekkomyślnie wtargnął do Sali Powstrzymywania Demonów w taoistycznym klasztorze. A zatem w legendarnej historii Chin jest miejsce na przedstawioną w filmie inwazję Tāotiè. Jest też w historii rzeczywistej, jeśli pojawienie się bestii uznać za metaforę. Zmierzch panowania dobrego cesarza zwiastował zarazem zmierzch imperium Songów. Za rządów jego następców Chiny miały zostać podzielone na dwa słabsze państwa, a stulecie później los dynastii przypieczętował najazd wrogów nieporównanie groźniejszych niż Tāotiè (symbolizujące zachłanność, chciwość i okrucieństwo) – pod Wielkim Murem stanęła niepowstrzymana armia ze stepów: Mongołowie.

Wielki mit chińskiego muru

Wielki Mur Chiński nie jest widoczny gołym okiem z kosmosu. Zaprzeczyli temu jednoznacznie astronauci amerykańscy i kanadyjscy, a nawet Chińczyk Yang Liwei, biorący udział w pierwszej chińskiej kosmicznej wyprawie załogowej – misji Shenzhou, przeprowadzonej w 2003 r. (jego oświadczenie przyjęto w Chinach bez entuzjazmu). Co więcej, chińska nazwa tego architektonicznego zabytku, Chángchéng, oznacza „długi mur”. Wielkim stał się chiński mur dopiero w XIX stuleciu w oczach Zachodu, a z tego mitologizującego przeinaczenia wywodzi się i polskie określenie budowli. Ponadto, obraz muru znany z medialnych przedstawień to wizja wyidealizowana i dalece odbiegająca od rzeczywistości. W istocie w dość dobrym stanie jest jedynie niemiłosiernie eksploatowany przez filmowców i fotografów fragment biegnący przez wzgórza Badaling i oddalony niespełna 100 kilometrów od Pekinu, a przy tym najmłodszy, bo pochodzący z ostatniego etapu budowy umocnień w epoce Ming. Inne odcinki przypominają raczej poważnie uszkodzony erozją i ludzką działalnością ziemny wał, ledwie wyrastający nad poziom gruntu, a w wielu miejscach po dawnych konstrukcjach nie ma już śladu. Co jednak najbardziej przygnębiające dla entuzjastów symbolu odwiecznej jedności i potęgi Chin, Wielki Mur – taki, jaki jest współcześnie przedmiotem powszechnych wyobrażeń – nigdy nie istniał.

Do narodzin mitu Wielkiego Muru przyczyniła się chyba w największym stopniu pewna nieudana misja dyplomatyczna. W roku 1793 na dwór cesarza Qianlonga (w „Historii Chin” Witolda Rodzińskiego – Cz’ien Lung, zgodnie z uważaną dziś za przestarzałą angielską transkrypcją sinologiczną Wade’a i Gilesa) przybyła wielka, bo złożona z 700 specjalistów z różnych dziedzin, grupa Brytyjczyków, wysłana przez króla Jerzego III z zadaniem poważnego rozszerzenia kontaktów handlowych – do tej pory sprowadzających się głównie do importu z Chin hurtowych ilości herbaty – oraz założenia stałego przedstawicielstwa. Żadnego z zadań nie udało się zrealizować. Cesarz przyjął Brytyjczyków z dystansem, właściwym w jego przekonaniu w relacjach z przedstawicielami niższej kultury. Najnowsze zdobycze oświeceniowej myśli technicznej, które Anglicy przywieźli jako podarunki, uznał za prymitywne zabawki. Do rzeczowych rozmów w ogóle nie doszło, bo wysłannicy imperium brytyjskiego, najwyraźniej niedostatecznie wyedukowani w zakresie dworskiej etykiety, odmówili oddania cesarzowi czołobitnego hołdu, czyli, mówiąc prościej, nie chcieli upaść na twarz przed jego majestatem. W rezultacie pozostało im monotonne oczekiwanie na kolejne audiencje lub poświęcenie nadmiaru wolnego czasu na zwiedzanie kraju. Wybrali to drugie i rychło odkryli Wielki Mur. Dla większości z nich to odkrycie było jedyną, ale za to fascynującą rekompensatą za doznane upokorzenia. Przewodzący misji lord Macartney zapisał w notatkach, że ujrzał oto „najbardziej zdumiewające dzieło ludzkich rąk”. Inni uczestnicy ekspedycji uznali, że oglądana budowla jako całość musi sobie liczyć co najmniej dwa tysiące lat. I z takim przekonaniem wrócili wkrótce do domu.

Kadr z filmu „Wielki Mur” Zhanga Yimou z 2016 r.

Kadr z filmu „Wielki Mur” Zhanga Yimou z 2016 r.

Universal Pictures /Courtesy Everett Collection/East News

Dalsze relacje Chin z Anglią i innymi zachodnimi mocarstwami ułożyły się fatalnie. W wyniku wojny opiumowej i kolejnych aktów agresji i kolonizacji w XIX w. cesarstwo traciło na rzecz Europejczyków kolejne terytoria i powoli chyliło się ku upadkowi. Paradoksalnie w tym samym czasie utrwalała się i rozrastała zmitologizowana wizja Wielkiego Muru, która dominowała również w następnym stuleciu i przenikała nawet do opracowań akademickich. Nowy etap badań nad Wielkim Murem rozpoczął się dopiero w latach 80. XX w. wraz z pracami amerykańskiego historyka Arthura Waldrona, autora książki „The Great Wall of China: From History to Myth”.

Okazało się wtedy, że jeśli mur faktycznie symbolizuje dzieje Chin, to nie ich stałość i jednorodność, ale wprost przeciwnie – ich złożoność, nieciągłość i fluktuacje. Wielki Mur bowiem to nie nazwa jednego obiektu, ale umowne określenie całego systemu różnorodnych fortyfikacji, wznoszonych i remontowanych co najmniej od III w. p.n.e. na różnych odcinkach wyznaczających w danym okresie północną granicę Chin.

Trudno z całą pewnością stwierdzić, które umocnienia należałoby uznać za najstarszy fragment muru. Wiemy natomiast, że budowę wielkiego pasa fortyfikacji na północy rozpoczęto już za panowania pierwszego cesarza z dynastii Qin, jak nazywany jest władca, który zjednoczył ziemie chińskie i stworzył cesarstwo w 221 r. p.n.e. Za wzniesienie pierwotnego muru odpowiedzialny był najbardziej doświadczony z cesarskich generałów, Meng Tian. Jeśli wierzyć spisanym świadectwom i słowom historyka z epoki, pod czujnym spojrzeniem wojskowego budowano nie tylko kilometry wału, ale też fundamenty chińskiego modelu władzy oraz chińskiej tożsamości: do pracy zmuszono 300-tysięczną armię Tiana, znacznie liczniejsze rzesze chłopów, umierających z wycieńczenia tysiącami i zastępowanych nowymi kontyngentami, a także więźniów, których w młodym cesarstwie nie brakowało. Mur nie służył jedynie obronie. Był też dowodem potęgi i przejawem woli panującego, sygnałem dla poddanych, że z cesarstwa nie ma ucieczki, bazą do ataków na mieszkających za nim koczowników, a wreszcie – zdaniem angielskiej badaczki Julii Lovell – pierwowzorem permanentnego obozu pracy przymusowej, bo praca przy murze nigdy się nie kończyła.

Czytaj więcej

Najazd mongolski na Ruś. Trauma czy dobrodziejstwo?

Czego dowodził fakt, że rozbudowę muru kontynuowały następne dynastie, nawet jeśli oficjalnie odcinały się od okrutnej polityki swoich poprzedników. Władcy z dynastii Han, panującej do III w. n.e., dobudowali odcinki muru na północnym zachodzie, by zabezpieczyć wytyczany za ich rządów Jedwabny Szlak, najsłynniejszy chyba w dziejach trakt handlowy. Kilkaset lat później, w okresie zbliżonym do przedstawionego w filmie, dżurdżeńska dynastia Jin, wywodząca się z ludów koczowniczych, które wcześniej najechały Chiny, niemal całkowicie zasymilowała się z mieszkańcami podbitego kraju i sama zaczęła naprawiać stare fortyfikacje oraz budować nowe, znacznie nowocześniejsze, wyposażone w fosy, wieże strażnicze i potężne bastiony, a przy tym wysunięte znacznie dalej na północ – były to więc obiekty ofensywne.

Po jeszcze bardziej zaawansowane technologicznie rozwiązania sięgnęli budowniczowie na usługach dynastii Ming w XVI w. To oni nadali murowi taki kształt, jaki mogą obecnie podziwiać turyści. Dawne, głównie ziemne konstrukcje zastąpiono szerokimi w niektórych miejscach na 8 metrów i równie wysokimi ścianami z kamienia i cegły, najeżonymi fortami i basztami. Po raz kolejny też mur został „przesunięty” – umocnienia na północy i zachodzie biegły teraz bliżej Pekinu, aby skrócić linię obronną, która wymagała obsadzenia wielotysięcznym garnizonem. Nowy mur w ostatnim okresie panowania Mingów miał długość prawie 850 kilometrów, ale wciąż – tak jak zawsze wcześniej – nie był budowlą ciągłą. Był za to konstrukcją zwielokrotnioną: w strategicznych punktach fortyfikacje postawiono w trzech, a niekiedy nawet czterech równoległych pasach, wykorzystując przy tym przemyślnie wszystkie właściwości trudnego górzystego terenu. W II połowie XVI stulecia i pierwszych dekadach następnego przedmiotem troski rządzących stały się też stare odcinki muru, które poddano naprawom, jak również miejsca, gdzie struktury obronne z minionych epok po prostu się rozsypały lub zostały zniszczone. Cała konstrukcja, złożona z ogniw powstających przez ponad półtora tysiąca lat, liczyła już wtedy słynne 6000 kilometrów, o której to liczbie wspominają dzisiejsze przewodniki. Trzeba jednak pamiętać, że nie była to długość muru rozumianego dosłownie, ale suma długości wszystkich składających się na system elementów.

W 1271 r. Kubilaj-chan proklamował powstanie dynastii Yuan, a sam obwołał się pierwszym należącym do

W 1271 r. Kubilaj-chan proklamował powstanie dynastii Yuan, a sam obwołał się pierwszym należącym do niej cesarzem Chin

Photo12 via AFP

Arcydzieło architektury militarnej spełniało w epoce Ming te same funkcje co wcześniej. Miało więc wyznaczać granicę między kulturą rolników, urzędników i filozofów wewnątrz muru i kulturą pasterzy, nomadów i grabieżców poza nim. Miało też symbolicznie i mentalnie oddzielać Państwo Środka od świata zewnętrznego. Nie spełniało tylko, również tradycyjnie, swej funkcji podstawowej – nie chroniło tych, których miało chronić. Nawet imponujący mur Mingów 100 lat po jego powstaniu nie powstrzymał Mandżurów, którzy mieli władać w Chinach aż do XX w., zwłaszcza gdy broniący go oficerowie okazali się przekupnymi zdrajcami. Do dziś jednak za najpoważniejszy dowód na całkowitą iluzoryczność wartości obronnej Wielkiego Muru uchodzi najtragiczniejszy być może moment w historii Chin – wcześniejszy o 400 lat najazd Mongołów.

Wielka klęska

W wydanym po raz pierwszy w 1935 r. dziele „Chiny. Zarys historii kultury” brytyjski historyk Charles Patrick Fitzgerald pisał o Mongołach: „Najbardziej dzika i bezlitosna rasa, jaką zna historia”. W późniejszej o blisko 40 lat „Historii Chin” Witold Rodziński unikał już dosadnych stereotypowych osądów; najazd mongolski na Chiny nazywał więc tylko „przekleństwem”, a podstawę ich strategii wojennej widział w „realizowanej konsekwentnie zasadzie ludobójstwa”. Jeśli tak wypowiadali się o Mongołach współcześni badacze europejscy, można sobie wyobrazić, jaki obraz tego ludu przetrwał w pamięci Chińczyków, którym koczownicy z północy odebrali 100 lat historii. Wróćmy jednak do okresu o kilkadziesiąt lat późniejszego od wydarzeń przedstawionych w filmie Yimou.

Na przełomie XI i XII w. miłująca pokój, naukę, sztukę i wygodne życie dynastia Song zapewniała Chinom dobrobyt. Gospodarka rozkwitała, powszechne stało się użycie papierowych pieniędzy, dzięki rozwojowi handlu miasta zmieniały się w metropolie, reformy rolne złagodziły nieco warunki egzystencji chłopów. Jednak dobrze prosperujące państwo było zarazem osłabione wewnętrznymi walkami politycznymi i dworskimi intrygami. Gdy stanęło w obliczu zagrożenia ze strony półkoczowniczych Dżurdżenów, nie było w stanie się bronić. W 1125 r. wojska Dżurdżenów wkroczyły do stolicy Songów, Kaifeng, i zmusiły przedstawicieli dynastii do ucieczki na południe i stworzenia nowego organizmu państwowego, którego centrum stało się miasto Hangzhou. Dżurdżenowie zajęli całą północną część Chin i utworzyli państwo, w którym władzę objęła ich własna dynastia – Jin. Jak to już jednak niejednokrotnie zdarzyło się w przeszłości, najeźdźcy ulegli kulturze podbitych. W ciągu niespełna wieku plemię z północy przekształciło się niemal w Chińczyków, a relacje między oboma państwami, mimo epizodycznych konfliktów, były ustabilizowane. A wtedy pod Wielkim Murem, rozbudowywanym zresztą przez Jin, stanęły hordy Czyngis-chana.

Kilka dekad wcześniej Mongołowie byli tylko jednym z plemion Wielkiego Stepu, walczących z innymi o pastwiska. Ale na początku XIII w. na ich czele stanął Temudżyn ze znamienitego rodu Bordżigin, z którego tradycyjnie wywodzili się chanowie. Nowy przywódca umiejętnie i szybko podbił lub podporządkował sobie inne szczepy stepowych wojowników. W 1206 r. mongolska starszyzna plemienna, zwana Kurułtaj, przekazała mu władzę nad całym ludem stepowym. Od tej pory Czyngis-chan dysponował niezbyt może liczną, ale doskonale wyszkoloną, zahartowaną w bojach i zdeterminowaną armią, dodatkowo poddaną żelaznej dyscyplinie. Warto dodać, że znakomity wódz i strateg był też zdolnym politykiem, który wspólne koczowniczym plemionom pragnienie podboju i zdobycia bogatych łupów potrafił wzmocnić motywacją ideologiczną: oto sami bogowie wybrali Mongołów, by ci oczyścili świat ze zdegenerowanych ludów i wzięli go we władanie.

Pod wodzą Czyngis-chana Mongołowie stworzyli jedno z największych imperiów lądowych w dziejach, ale nas interesuje tylko jeden kierunek tej ekspansji. W 1211 r. koczownicza armia zaatakowała państwo Jin, znajdując luki w Wielkim Murze. Przejąwszy obyczaje i wzory myślenia Chińczyków, Dżurdżenowie nie potrafili się już bronić przed najeźdźcami ze stepu, z którego sami niegdyś przywędrowali. Po zaledwie trzech latach Czyngis-chan stanął pod murami Pekinu. Tu zadowolił się daniną i być może miasto by ocalało, gdyby przerażony cesarz Jin wraz z dworem nie uciekł do Kaifengu. Poirytowany takim aktem tchórzostwa mongolski wódz w 1215 r. zamienił Pekin w dymiące zgliszcza, a mieszkańców, zgodnie z przyjętą strategią, kazał wymordować. Przez następne dwie dekady dynastia Jin mogła przygotować się do obrony, bo Mongołowie były zajęci podbijaniem Azji Zachodniej i Europy. Czas ten jednak zmarnowano. Na domiar złego krótkowzroczni władcy Song sprzymierzyli się z Mongołami i uderzyli z południa, w graniczącym z arogancją przekonaniu, że po pokonaniu Dżurdżenów nowi najeźdźcy zwrócą im po prostu północne Chiny. Zamiary te udało się zrealizować połowicznie: Jin rzeczywiście zostali pokonani, w 1234 r. padła ostatnia z ich twierdz, a ostatni z cesarzy popełnił samobójstwo. Ale Mongołowie nie zamierzali dzielić się zwycięstwem. I uderzyli na południe już w następnym roku. Ta wojna trwała długo, bo aż do 1279 r., ale przyczyn szukać należy nie w zaciętym oporze Chińczyków (choć zdaniem wielu historyków obrońcy Song walczyli naprawdę heroicznie), lecz w perturbacjach na najwyższych szczeblach władzy imperium mongolskiego po śmierci Czyngis-chana oraz w zasięgu mongolskich podbojów – zwycięskie armie musiały pokonywać coraz większe przestrzenie, by dotrzeć do kolejnego celu.

Jeszcze przed końcem wojny, w 1271 r., Kubilaj-chan proklamował powstanie dynastii Yuan, a sam obwołał się pierwszym należącym do niej cesarzem Chin. Gdy ostatni dziedzic Songów, mający zaledwie dziewięć lat, zginął w bitwie morskiej będącej ostatnim akordem wojny, Kubilaj mógł wreszcie objąć realną władzę nad całym terytorium Chin. Rządy dynastii Yuan w Chinach trwały niespełna 90 lat i nie przyniosły nic dobrego mieszkańcom tego państwa, a przy tym niewiele dobrego samym Mongołom.

Dzieło Yimou z 2016 r. to jak dotychczas najdroższe i zrealizowane z największym rozmachem wspólne przedsięwzięcie kinematografii amerykańskiej i chińskiej. Twórcy oczekiwali zatem nie bez przyczyny, że film odniesie równie spektakularny sukces. Nie odniósł. Widzowie byli rozczarowani, bo kosztowny obraz w każdym z wymiarów filmowej rozrywki oferował tylko przeciętność: niezbyt ekscytujące widowisko, pozbawioną oryginalności i nieco dziecinną fabułę, umiarkowanie intrygujące postacie. W jednym z wywiadów odtwórca głównej roli Matt Damon przyznał nawet, że jego córka, przekomarzając się z nim w rozmowach o tej produkcji, miała w zwyczaju przekręcać jej tytuł i nazywać ją „Murem”, ponieważ, jak twierdziła, „nie było w tym filmie nic wielkiego”. Krytycy formułowali znacznie poważniejsze zarzuty. Wskazywali mianowicie, że opowieść o dramatycznych przygodach dwóch europejskich najemników, wędrujących po XI-wiecznych Chinach, by wykraść sekret wytwarzania prochu, nie tylko nie odpowiada wiedzy historycznej, co filmowi tego typu można jeszcze wybaczyć, ale także powiela anachroniczny i dyskryminujący zdaniem ekspertów schemat narracyjny, zgodnie z którym to biali Europejczycy, w dodatku podejrzanej konduity, ratują potężną pozaeuropejską cywilizację, jakby ta nie mogła poradzić sobie sama.

Pozostało 93% artykułu
2 / 3
artykułów
Czytaj dalej. Subskrybuj
Historia świata
Gdy świat zostawił Saamów samych
Materiał Promocyjny
Jak wykorzystać potencjał elektromobilności
Historia świata
Feldmarszałek Hindenburg kontra kapral Hitler
Historia świata
Krwawiący czarnoziem. Lwów, spleciona historia Ukraińców i Polaków
Historia świata
Zdobycie Bastylii. Rewolucja pożera własne dzieci
Historia świata
Skomplikowane drogi Polaków do niemieckich oddziałów Schutza. Tak chcieli bronić Wołynia