Jadwiga Beck była kobietą nietuzinkową, a jej barwne życie mogłoby posłużyć za scenariusz do serialu obyczajowo-historycznego. Bo… gdyby nie miłosne „fatalne zauroczenie”, Józef Beck być może nie zostałby ministrem, a Jadwiga do końca życia nudziłaby się u boku Burhardta-Bukackiego.
Przyszła żona Józefa Becka urodziła się w październiku 1896 r. w Lublinie w zamożnej rodzinie prawnika Wacława Salkowskiego i Jadwigi z domu Sławęckiej. Rodzina była dobrze sytuowana, a to za sprawą ojca Jadwigi, który jako ceniony prawnik reprezentował m.in. poznański Bank Cukrownictwa i bogatych ziemian z Lubelszczyzny. Nie może więc dziwić, że posłał swą jedynaczkę do renomowanej pensji Anieli Wareckiej w Warszawie, gdzie zdobyła niezbędne pannie z dobrego domu wykształcenie (według ówczesnych standardów). Dzięki starannej edukacji Jadwiga władała trzema językami obcymi: francuskim, niemieckim i włoskim, co bardzo przydało się jej w przyszłości. Miała oryginalną urodę i złożoną osobowość – przyciągała uwagę mężczyzn, zamążpójście było więc tylko kwestią czasu. Chodziło jednak o dokonanie właściwego wyboru. Ale… Józef Beck nie od razu pojawił się w jej życiu.