Krystyna Sierpińska: Liczył się przede wszystkim człowiek

Krystyna Sierpińska, ps. Marzenka, była uczestniczką powstania warszawskiego, sanitariuszką Batalionu Armii Krajowej „Kiliński”.

Publikacja: 27.07.2023 21:00

Krystyna Sierpińska, ps. Marzenka. W czasie powstania m.in. uratowała swego ciężko rannego brata Jac

Krystyna Sierpińska, ps. Marzenka. W czasie powstania m.in. uratowała swego ciężko rannego brata Jacka. Notabene wszyscy z rodzeństwa pani Krystyny walczyli w powstaniu i je przeżyli

Foto: ZOFIA BRZEZIŃSKA

Pani Krystyno, przyszła pani na świat w rodzinie inteligenckiej, w sielskim majątku w Wagańcu koło Nieszawy na Kujawach, w którym spędziła pani bezpieczne i szczęśliwe dzieciństwo, brutalnie przerwane przez wybuch II wojny światowej. Jak wyglądała metamorfoza panny z dobrego domu w żołnierza Polski podziemnej?

Przeistoczenie „jaśnie panienki Krysi”, jak zwracano się do mnie w dzieciństwie, w sanitariuszkę AK „Marzenkę” rozpoczęło się wraz z pierwszymi bombami, jakie we wrześniu 1939 r. spadły na moją ojczyznę. Rozbiły one w proch cały mój mały ukochany świat. Strata niezwykle urokliwego dworku, z którego oczywiście natychmiast wyrzucili nas łasi na wszystkie atrakcyjne nieruchomości Polaków Niemcy, stanowiła i tak najmniejszą z nich. Nadal przecież byliśmy razem. Miałam przy sobie rodziców, a także siostrę Janinę i brata Jacka. Brakowało jedynie najstarszego brata Juliana, który znajdował się już wówczas w obozie jenieckim. Wkrótce jednak i nasza pozostająca na wolności rodzina zaczęła się rozpadać…

Czytaj więcej

Pamiętamy o Powstaniu Warszawskim. Program obchodów

Pozbawieni domu i skazani wraz z tysiącami rodaków na przesiedlenie do Generalnej Guberni zaczęliśmy zastanawiać się, jak odbyć tę podróż w możliwie bezpieczny sposób. Postanowiliśmy udać się do Warszawy, gdzie mieszkały aż trzy moje ciotki – siostry mamy. Byliśmy pewni, że nie odmówią nam schronienia. Okazało się, że aby przekroczyć granicę między terenami włączonymi do Rzeszy a GG, będziemy potrzebować przepustki. Janina i Jacek zdecydowali się na nią nie czekać. Jako starsi ode mnie, młodzi i silni nastolatkowie, obawiali się, że podzielą los młodzieży masowo wywożonej do Niemiec na roboty przymusowe. Pod osłoną nocy przeszli przez zieloną granicę i szczęśliwie dotarli do stolicy. Nie pozostało nam nic innego, jak podążyć ich śladem. Niestety, zanim naszej rodzinie dane było znów się połączyć, doszło do tragedii. Mój tata wybrał się na posterunek Gestapo we Włocławku, aby odebrać dla mnie, mamy i siebie wspomniane przepustki. Akurat gdy przebywał w tym budynku, przysłano tam listę przedstawicieli okolicznej polskiej inteligencji, których rozkazano aresztować. Na pierwszym miejscu figurował mój ojciec – Julian Antoni Myszkowski, inżynier rolnictwa. Śmiejący się cynicznie gestapowiec oznajmił mu, że „ma dzisiaj pecha”. Oczywiście został zatrzymany na miejscu. Gdy długo nie wracał, poszłyśmy z mamą na posterunek Gestapo, by sprawdzić, co się stało. To był sam początek okupacji i nikt jeszcze nie miał świadomości, czym właściwie jest Gestapo i do jakich potworności jest zdolne. Moja mądra mama miała jednak intuicję. Przed bramą posterunku zaproponowała, abym to ja sama weszła do środka. Liczyła, że dziecku nie stanie się żadna krzywda. Rzeczywiście wpuszczono mnie do celi ojca bez większych przeszkód. Na moich oczach jednak bezceremonialnie zrzucono ze schodów inną kobietę, która też widocznie przyszła zapytać o los jakiegoś aresztowanego krewnego. Gdy pod koniec pełnego emocji spotkania z ojcem pilnujący nas gestapowiec zapowiedział, że mój tata „pojedzie teraz do obozu uczyć się niemieckiej kultury”, nie mogłam uwierzyć w to, co usłyszałam. Co to jest za kultura, która pozwala na takie traktowanie słabych i bezbronnych kobiet?!

Było to moje ostatnie spotkanie z tatą. Zmarł w obozie Mauthausen w listopadzie 1940 r. Urzędowe pismo sucho poinformowało nas, że przyczyną zgonu był zawał serca. Brakuje mi słów, aby opisać rozpacz mamy po otrzymaniu tej tragicznej informacji. Dodatkowo gnębiło ją całkiem nieuzasadnione poczucie winy. Otóż mama, jako pracownica Czerwonego Krzyża, często przychodziła na Gestapo i przynosiła więźniom zupę. Na przepustce miała wpisane swoje nazwisko plus dwie osoby do pomocy. Kilkakrotnie zdarzało się, że wchodziła jednak z jedną, a wychodziła oczywiście z dwiema. Na szczęście Niemcy nie zauważyli tej nieprawidłowości, a mamie udało się w ten sposób uratować z więzienia kilkoro wspaniałych Polaków, w tym dyrektorkę mojej szkoły, panią Degenową. Niestety, męża nie udało się mamie ocalić... Dołączyła do niego kilka miesięcy po jego śmierci. Mama cierpiała na raka trzustki. Nawet teraz jest to jeden z najgroźniejszych nowotworów, o szalenie wysokiej śmiertelności, a co dopiero wtedy! W 1941 r. zostałam już więc zupełną sierotą. Zawalił mi się świat. Wokół panował terror okupanta, a do uczucia żałoby po rodzicach dołączyło pragnienie walki, takiej pomieszanej z rezygnacją desperacji. Pomimo wsparcia rodzeństwa i ciotek czułam, że zostałam zupełnie sama. Pomyślałam sobie: co mam jeszcze do stracenia?

Zanim doszło do wybuchu powstania warszawskiego, musiała pani przeżyć niezwykle mroczną noc okupacji. Jakie wydarzenia z tamtego okresu ukształtowały 15-letnią dziewczynę, która 1 sierpnia, z torbą pełną bandaży i środków medycznych, stanęła na barykadzie gotowa walczyć o życie rannych kolegów?

Strata rodziców była bez dwóch zdań najboleśniejszym z nich, ale niejedynym. Przypominam sobie zdarzenie z końca 1941 r. Trwała mroźna zima, a III Rzesza była już w stanie wojny z ZSRR. Pomimo tych ponurych okoliczności postanowiłyśmy z przyjaciółką – dwie niesforne nastolatki – pojeździć na sankach. Obok dworca zatrzymali nas jednak Niemcy, którzy z jakichś powodów ubzdurali sobie, że podłożyłyśmy miny na tory. Akurat miały przejeżdżać pociągi z zaopatrzeniem wojskowym na wschód. Żandarmi postawili nas pod ścianą i za każdym razem, gdy jeden z oczekiwanych pociągów przejeżdżał, repetowali broń. Dawali nam w ten sposób do zrozumienia, że jeśli którykolwiek z nich wyleci w powietrze – natychmiast zginiemy. Pamiętam, że stałam tam zupełnie zdrętwiała z przerażenia i modliłam się, aby rzeczywiście ktoś z ruchu oporu nie podłożył tam żadnych materiałów wybuchowych. W myślach przepraszałam też żyjącą jeszcze wtedy mamę, że dopiero co straciła męża, a teraz być może będzie musiała pożegnać córkę… na szczęście jednak te feralne pociągi przejechały spokojnie, a mnie i koleżankę puszczono wolno. Jak już się oddalałyśmy, jeden z Niemców jeszcze raz głośno zarepetował broń – zapewne „dla żartu”.

Kolejne pamiętne spotkania z „nadludźmi” miałam już po śmierci mamy i po dołączeniu do konspiracji. Wciągnął mnie do niej Jacek, który w jej szeregach działał praktycznie od samego początku wojny. Chociaż starał się odsuwać ode mnie najbardziej niebezpieczne zadania, nie zawsze mu się to udawało. Pewnego razu dostałam rozkaz dostarczenia komuś z dowództwa przesłany z Londynu schemat budowy określonego rodzaju karabinu. Był to jedyny, niezwykle cenny egzemplarz. Przed wyjściem z domu owinęłam go w biały papier – akurat znowu była zima – i gdyby zbliżali się do mnie Niemcy, planowałam rzucić go w śnieg tak, aby zlał się z nim i pozostał niezauważony. Na szczęście nie doszło do takiej konieczności. Innym razem zostałam zatrzymana w łapance na Saskiej Kępie, z torbą pełną bibuły. Z duszą na ramieniu szłam za innymi nieszczęśnikami do budy, zastanawiając się, jak zniosę przesłuchania i tortury. Na szczęście w ostatniej chwili zatrzymał mnie dyskretnie jeden z Niemców i kazał się wycofać. Oczywiście posłuchałam go, jednocześnie podświadomie czekając na kulkę w plecy za „próbę ucieczki”. Nic jednak takiego nie nastąpiło, a ten człowiek wyraźnie ulitował się nade mną. Dlaczego? Do dzisiaj się zastanawiam.

Jakie inne obowiązki miała pani podczas sierpniowego zrywu i jakie wspomnienia są najsilniejsze z tamtych pamiętnych miesięcy?

Cóż, zanim w ogóle mogłam podjąć się jakichkolwiek obowiązków – czy to łączniczki, czy sanitariuszki, bo pełniłam obie te funkcje – musiałam swoje odczekać. Nie bardzo było mi to w smak, bo tak jak tysiące młodych warszawiaków wprost rwałam się do walki, do wzięcia odwetu za pięć lat straszliwej niewoli! W pierwszych godzinach powstania przyniesiono mi jednak do opieki ranną koleżankę z oddziału, którą niechcący postrzelił w nogę czyszczący broń kolega. Dopiero po kilku dniach, gdy doszła do siebie, przemieściłyśmy się obie do szkoły im. Górskiego przy ul. Hortensji. W piwnicach tej placówki ukrywali się cywile, urządzono tam również powstańczy szpital. Było to też pierwsze miejsce, w którym bezpośrednio ujrzałam z bliska całe okropieństwo wojny. Mój pierwszy ranny powstaniec miał wyrwany z pleców kawał ciała. Opatrując go, byłam w stanie szoku i musiałam całą siłą woli zmuszać się do koncentracji. Po kilku dniach część piwnic uległa zawaleniu podczas bombardowania, a ja o mały włos nie zginęłam. Pełniłam właśnie dyżur, gdy z drugiego końca piwnic podeszła do mnie koleżanka, brzemienna Krysia. Pomimo że była w ciąży, nie chciała słyszeć o żadnej taryfie ulgowej i pracowała równie ciężko jak pozostałe sanitariuszki. Poprosiła mnie, abym przyszła na chwilę popilnować „jej” rannych, gdyż chciała odwiedzić męża. Zgodziłam się, wzięłam torbę sanitarną i poszłam. Ledwie tam dotarłam, usłyszałam ogromny huk i gwizd! Wszystko zaczęło się walić. Okazało się, że cały opuszczony właśnie przeze mnie fragment pomieszczenia zawalił się, a wszyscy, którzy się tam znajdowali, zostali zasypani. Natychmiast rzuciliśmy się ich odkopywać, ale niestety wielu z nich nie przeżyło…Innym bardzo silnym wspomnieniem jest chwila, gdy przyszło mi ratować od śmierci mojego ciężko rannego brata. Jacek był dowódcą plutonu. Musiałam wynieść go z szalenie niebezpiecznego miejsca, z okolic słynnej, nieustannie ostrzeliwanej barykady w Al. Jerozolimskich. Nie miałam nikogo do pomocy. Zdobywszy lejce, przesuwałam się na kolanach wzdłuż barykady, z trudem ciągnąc za sobą brata tym prowizorycznym „uchwytem”. Na szczęście udało się, a gdy dotarłam w bezpieczne miejsce, natychmiast podbiegli koledzy, którzy wzięli Jacka i zanieśli go do szpitala. Pod tym względem miałam zresztą szczęście nie tylko w tej konkretnej sytuacji – cała trójka mojego rodzeństwa przeżyła, a każde z nas walczyło w powstaniu. Takie szczęście niestety nie zdarzało się w każdej rodzinie.

Czytaj więcej

Zofia Rabcewicz i jej fortepiany, które spłonęły w powstaniu warszawskim

Kapitulacja powstania nie oznaczała niestety końca cierpień powstańców i cywilów. Wszyscy musieli opuścić miasto. Jakie losy stały się pani udziałem po zakończeniu walk?

Po kapitulacji postanowiłam iść do niewoli wraz z moim oddziałem. To była naturalna decyzja – nie miałam już rodziców, a rodzeństwo także udawało się do obozów jenieckich. Jaką więc miałam alternatywę? Kiedy milczący i zrozpaczeni opuszczaliśmy miasto, podbiegła do mnie jakaś kobieta. Wręczyła mi klucz do piwnicy i zaproponowała, abym wzięła zgromadzoną tam żywność dla oddziału na drogę, bo jej się ona już nie przyda. Nie mogłam wprost uwierzyć, gdy zobaczyłam wnętrze tej piwnicy! Od podłogi po sufit pomieszczenie nabite było jedzeniem: konserwami, workami z mąką, ziarnem... wystarczyłoby nam tego na całe powstanie, a tymczasem ranni umierali z głodu! A ta kobieta dobrze widziała, co się dzieje, i przez całe dwa miesiące głodowej gehenny stolicy nawet słowem się nie zająknęła o tym skarbie! Wpadłam wtedy w jakiś amok. Chociaż wychowywano mnie na ułożoną panienkę, w tamtej chwili w ogóle jej nie przypominałam. Krzyczałam na tę kobietę, padły też chyba jakieś przekleństwa. Uspokoiłam się dopiero, gdy odciągnęli mnie koledzy.

Trafiliśmy do obozu w Lamsdorfie. Po ponad dwóch miesiącach przeniesiono nas do obozu Zeithain, w którym stwierdzono u mnie szkarlatynę i umieszczono w szpitalu. Zachowałam stamtąd wspomnienie o bardzo ludzkim i sympatycznym niemieckim lekarzu, który wkładał mi pod poduszkę cukierki. Niestety, z powodu choroby musiano ściąć moje długie warkocze. Niby śmieszne zmartwienie w obliczu tylu tragedii, ale cóż… kobieta zawsze pozostaje kobietą. Muszę przyznać, że bardzo przeżyłam utratę włosów.

Uciekłam z tego obozu już po przejęciu go przez Sowietów. Ci dzicy i nieokrzesani ludzie nie budzili w nas zaufania, a w dodatku zabronili komukolwiek opuszczać obóz. A ja już miałam serdecznie dosyć jakichkolwiek zakazów i niewoli! Dlatego nocą wraz z koleżanką przecięłyśmy druty za latryną i uciekłyśmy. Po drodze spotkałyśmy innych Polaków, którzy też zmierzali do swojej ojczyzny. Wędrowaliśmy więc dalej razem, a do pociągu udało nam się dostać dopiero w okolicach Sieradza.

Chociaż członkowie AK byli w zdecydowanej większości bohaterami i patriotami, to niestety władze komunistyczne nie tylko nie traktowały ich stosownie, ale otwarcie prześladowały czy wręcz eksterminowały. Ta smutna rzeczywistość dotknęła również pani. W jaki sposób Polska Ludowa „odwdzięczyła się” pani za heroizm i walkę z nazizmem?

Zaczęło się od przykrości, która spotkała mnie w czasie zdawania egzaminów do wymarzonej szkoły teatralnej. W ich trakcie egzaminator cynicznie stwierdził, że „publiczność nie patrzy na wdzięk kobiecy, ale na realizm socjalistyczny u aktora”. Tym stwierdzeniem zabił mi ćwieka! Co to znaczy realizm socjalistyczny u aktora? Nieopatrznie wypowiedziałam to pytanie na głos i w odpowiedzi usłyszałam, że jeśli nie rozumiem pojęcia realizmu socjalistycznego, to nie mam tutaj czego szukać.

Nosiłam się z zamiarem, aby podejść ponownie do egzaminu, ale życie zweryfikowało te plany. Zaczęłam pracować w Przedsiębiorstwie Budownictwa Przemysłowego, poznałam mojego męża Edwarda… miałam więc czym się zająć i zapomniałam o szkole teatralnej.

Niestety, „realizm socjalistyczny” nie zapomniał o mnie. Zostałam zatrzymana wraz z mężem przez UB już po naszym ślubie. W jakim szoku byłam, gdy okazało się, że ci bandyci wszystko o mnie wiedzieli! Nie tylko zresztą prawdziwe informacje, ale też wyssane z palca bzdury. Ktoś „życzliwy” doniósł im na przykład, że rzekomo byłam kochanką ks. Szafrańskiego, zaangażowanego w ruch oporu przeciwko nowej władzy. Z kolei mojego męża „uczynny” funkcjonariusz przekonywał, iż może mu natychmiast załatwić rozwód, bo pewnie biedak nie miał świadomości, że wiąże się z „kimś takim”. Na szczęście jednak oszczędzono nam bicia i pozwolono odejść. Wiem więc, że mogło się to skończyć dużo gorzej, ale i tak te kilkanaście godzin spędzonych na UB należą do najboleśniejszych w moim życiu. Nie da się bowiem opisać straszliwego uczucia, gdy traktuje cię jak wroga, przesłuchuje i upokarza Polak! Kontakt z Gestapo też był koszmarny, ale wtedy oprawcą nie był rodak. W moim przekonaniu jest to kolosalna różnica.

Czytaj więcej

Sokół na rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego. Powstańcza para żyła 75 lat

Chociaż historia wymazała już Niemcy hitlerowskie i Rosję stalinowską z mapy świata, to nie wyeliminowała całkiem ludzkiego okrucieństwa, bezduszności i pazerności. Jakie uczucia towarzyszą pani – świadkowi i uczestniczce najkrwawszej wojny w historii ludzkości – gdy śledzi pani bieżące doniesienia z ogarniętej konfliktem zbrojnym Ukrainy?

Czuję się wtedy zupełnie jak ta 10-letnia Krysia, która w październiku 1939 r. obserwowała palenie przez Niemców Wielkiej Synagogi we Włocławku. Ze środka dobiegał płacz i lament ginących ludzi. Kiedy moja bona zorientowała się, że na to patrzę, szybko mnie zabrała, ale w mojej dziecięcej głowie nie przestawało kołatać się pytanie: „Dlaczego ci panowie podpalili synagogę?”. Takie to było dla mnie wstrząsające i zupełnie niezrozumiałe.

Dziś, gdy słyszę o cierpieniach ukraińskich cywilów i zbrodniach Rosjan, czuję się podobnie. Chociaż jestem już zdecydowanie stateczną niewiastą, to towarzyszy mi tamto dawne dziecięce uczucie bezradności. Dlaczego po ziemi chodzą istoty o postaci i kształcie człowieka, ale naturze bliższej zwierzętom? Chociaż nawet zwierząt nie chcę w tym miejscu obrazić. Nigdy nie wyobrażałam sobie, że można z zimną krwią zabić człowieka. Nawet w trakcie powstania nie byłam do tego zdolna. Z pomagającym nam w szpitalu niemieckim jeńcem dzieliłam się moją racją żywnościową, a mógł to przecież być mężczyzna mający na sumieniu ciężkie zbrodnie. Nie miało to jednak dla mnie znaczenia – liczył się przede wszystkim człowiek. Jak można świadomie wyrządzać krzywdę bezbronnym kobietom i dzieciom?! W głowie mi się to nie mieści.

Pani Krystyno, przyszła pani na świat w rodzinie inteligenckiej, w sielskim majątku w Wagańcu koło Nieszawy na Kujawach, w którym spędziła pani bezpieczne i szczęśliwe dzieciństwo, brutalnie przerwane przez wybuch II wojny światowej. Jak wyglądała metamorfoza panny z dobrego domu w żołnierza Polski podziemnej?

Przeistoczenie „jaśnie panienki Krysi”, jak zwracano się do mnie w dzieciństwie, w sanitariuszkę AK „Marzenkę” rozpoczęło się wraz z pierwszymi bombami, jakie we wrześniu 1939 r. spadły na moją ojczyznę. Rozbiły one w proch cały mój mały ukochany świat. Strata niezwykle urokliwego dworku, z którego oczywiście natychmiast wyrzucili nas łasi na wszystkie atrakcyjne nieruchomości Polaków Niemcy, stanowiła i tak najmniejszą z nich. Nadal przecież byliśmy razem. Miałam przy sobie rodziców, a także siostrę Janinę i brata Jacka. Brakowało jedynie najstarszego brata Juliana, który znajdował się już wówczas w obozie jenieckim. Wkrótce jednak i nasza pozostająca na wolności rodzina zaczęła się rozpadać…

Pozostało 94% artykułu
2 / 3
artykułów
Czytaj dalej. Subskrybuj
Historia Polski
Polska na światowej liście UNESCO. Podwójny cud w życiu Krzysztofa Pawłowskiego
Historia Polski
Zmarła "Niuśka", ostatnia "dziewczyna z Parasola", weteranka Powstania Warszawskiego
Historia Polski
Nie żyje Zofia Czekalska "Sosenka", bohaterka Powstania Warszawskiego
Historia Polski
Zygmunt II August – ostatni z Jagiellonów
Historia Polski
Przy stoliku w Czytelniku
Materiał Promocyjny
Technologia na etacie. Jak zbudować efektywny HR i skutecznie zarządzać kapitałem ludzkim?