Po raz pierwszy w polskim teatrze ktoś przypomniał atmosferę pierwszych tygodni po wprowadzeniu stanu wojennego – pomyślałem, oglądając „Oskarżonych”, opowieść o grupie młodych antykomunistycznych konspiratorów z początku stanu wojennego. Chodzi o chłopców, którzy podjęli próbę rozbrojenia sierżanta MO Zdzisława Karosa. Postrzelony wówczas milicjant poniósł śmierć.
Miałem wtedy 16 lat i pamiętam upiorną zimę przełomu 1981 i 1982 roku. Wieczory naznaczone godziną milicyjną zachęcały do wielogodzinnych spotkań, podczas których przy litrach mocnej herbaty (kawy w sklepach brakowało) młodzi odreagowywali upokorzenie stanu wojennego. Zastanawiali się, jak walczyć. Świeża pamięć o śmiertelnych ofiarach z kopalni Wujek powodowała, że tak swobodnie mówiono o potrzebie odwetu – nawet z bronią w ręku. To na takie spotkania – jak we wczorajszym przedstawieniu – wkraczały matki, by raz błagać na kolanach, innym razem w histerycznym tonie wykrzykiwać, by nie wciągać ich synów „w cokolwiek”.