Wczoraj Joe Biden oświadczył, że "systematyczne zabójstwa i deportacje setek tysięcy Ormian przez siły Imperium Osmańskiego na początku XX wieku były ludobójstwem".

Użył tym samym słowa, którego przez dziesięciolecia unikali jego poprzednicy, a dodatkowo spełnił jedną ze swoich obietnic wyborczych.

- Naród amerykański składa hołd wszystkim Ormianom, którzy zginęli w ludobójstwie, które rozpoczęło się 106 lat temu - oświadczył prezydent Biden. - Potwierdzamy historię. Robimy to nie po to, aby przypominać winy, ale aby mieć pewność, że to, co się wydarzyło, nigdy się nie powtórzy”.

W reakcji na te słowa w sobotę późnym wieczorem do tureckiego MSZ został wezwany ambasador USA w Ankarze, David Satterfield.

Został przyjęty przez wiceministra spraw zagranicznych Sedata Onala.

W oświadczeniu przekazanym ambasadorowi MSZ przekazało, że "oświadczenie prezydenta USA Bidena, który nie jest prawnie ani moralnie upoważniony do oceniania historii, nie ma żadnej wartości".

"Odrzucamy i potępiamy w najostrzejszych słowach oświadczenie prezydenta USA w sprawie wydarzeń 1915 r., wygłoszone 24 kwietnia pod presją radykalnych kół ormiańskich i ugrupowań antytureckich' - podało ministerstwo w oświadczeniu, dodając, że wydarzenia z 1915 roku nie spełniają "żadnego z warunków używania terminu 'ludobójstwo'", ściśle zdefiniowanego w prawie międzynarodowym.

"Charakter wydarzeń 1915 r. nie zmienia się zgodnie z aktualnymi motywami  polityków ani  uwarunkowaniami politycznymi. Taka postawa służy jedynie wulgarnemu wypaczeniu historii" - czytamy w oświadczeniu.

Ministerstwo podkreśliło, że wypaczające fakty historyczne stwierdzenie nigdy nie zostanie zaakceptowane w sumieniu narodu tureckiego i "otworzy głęboką ranę podważającą wzajemne zaufanie i przyjaźń między oboma krajami".

"Wzywamy prezydenta USA do naprawienia tego poważnego błędu" - napisano.