Amerykanie nie życzyli sobie obecności Europejczyków na zachód od 40 st. szerokości geograficznej zachodniej, a amerykańskie granice kończyły się tam, gdzie znajdował się ostatni amerykański posterunek.
Kiedy James Monroe rozpoczynał swoją prezydenturę (1817), amerykańska Unia liczyła 19 stanów. Pod koniec drugiej kadencji była większa o 5 stanów i 667 672 km kw. – obszar ponad dwukrotnie większy od terytorium współczesnej Polski. Nikt nie zadawał pytania, czy rdzenne narody kontynentu północnoamerykańskiego miały jakąkolwiek podmiotowość prawną. W dobie „ery dobrego samopoczucia” – jak nazwano rządy Monroego – realizację własnych interesów narodowych bez wtrącania się w konflikty europejskie uznano za cel najwyższy. Doktryna Monroego, wzbogacona w 1904 r. przez tzw. Uzupełnienia Theodora Roosevelta (ang.: Roosevelt Corollary), przewidywała możliwość swobodnej interwencji USA w sprawy państw Ameryki Łacińskiej, zwłaszcza w dwóch przypadkach: gdy kraje te były w opinii amerykańskich polityków niestabilne politycznie lub kiedy samodzielnie nie mogły zapobiec interwencjom potęg z półkuli wschodniej. Opierając się na tym uzasadnieniu, USA przeprowadziły liczne interwencje w regionie Ameryki Łacińskiej, które przeszły do historii pod nazwą „wojen bananowych”. W następstwie konfliktu amerykańsko-hiszpańskiego w 1898 r. Kuba uzyskała pozorną niepodległość (w rzeczywistości wyspa była zależna politycznie i gospodarczo od USA), a Portoryko, Guam i Filipiny zostały oficjalnie zaanektowane przez Stany Zjednoczone. W 1903 r. Waszyngton wsparł secesję Panamy oraz dokonał zbrojnej interwencji w Nikaragui, na Haiti i Dominikanie.