Reklama

Prorok Johannes Voorhout?

Rozszyfrowywanie obrazów jest jak czytanie całych bibliotek. W jednym kadrze mieści się więcej treści, ale też domysłów i interpretacji, niż w niejednym filmie czy książce.

Publikacja: 29.08.2025 05:02

Portret młodego Jana Sebastiana Bacha (ok. 1715 r.) namalowany przez Johanna Ernsta Rentscha Starsze

Portret młodego Jana Sebastiana Bacha (ok. 1715 r.) namalowany przez Johanna Ernsta Rentscha Starszego

Foto: Johann Ernst Rentsch the Elder

Obraz, o którym piszę, nie jest arcydziełem, ale niezwykłą „fotografią” swoich czasów. Tak zresztą traktowano zbiorowe portrety, których powstawały w XVII stuleciu tysiące. Miały uwiecznić, niczym metodą fotograficzną, ludzi i ich obyczaje. Zachować ich twarze i sylwetki dla przyszłych pokoleń. Dlatego nie wymagały malarskiego geniuszu, ale zwykłego wprawnego rzemiosła.

„Domowa scena muzyczna”

Namalowane przez Johannesa Voorhouta w 1674 r. dzieło pod tytułem „Domowa scena muzyczna” powstał na zamówienie Johannesa Adama Reineckena, hamburskiego organisty kościoła św. Katarzyny. Przedstawia osiem postaci, spośród których dwie są dobrze znane. Zaczynając od lewej strony, na samym brzegu, na marginesie rozgrywającej się tam sceny, pozostaje osoba nieznana. Na violi gra Dietrich Buxtehude, jest to zresztą jedyny w miarę pewny wizerunek tego kompozytora. Na korzyść takiej interpretacji mają świadczyć dźwięki „d” i „b” grane przez tę postać oraz dedykacja, o której trochę później. Przy klawesynie siedzi Johannes Reinecken, obok niego czarnoskóry paź, będący na tym obrazie symbolem jego statusu; w środku, trochę cofnięte – symboliczne postaci prowadzące spór.

Johannes Voorhout, „Domowa scena muzyczna” (1674)

Johannes Voorhout, „Domowa scena muzyczna” (1674)

Foto: Museum für Hamburgische Geschichte

Po prawej stronie – dwie jasne i będące centrum tej kompozycji osoby. Grająca na lutni personifikacja muzyki i młodzieniec trzymający na kolanach dedykowany Buxthudemu oraz Reineckenowi kanon.

Kim jest ta postać? Nie wiadomo. Interpretowano ją jako portret kompozytora Johanna Thiele albo Johanna Philippa Förtscha. Jednak obie te interpretacje zostały obalone przez historyków sztuki. Jak już wspomniałem, na kolanach młodzieńca leżą nuty z kanonem do pierwszego wersetu psalmu 133, który ma następującą treść: „Oto jak dobrze i jak miło, gdy bracia zgodnie mieszkają”. Na papierze nutowym widnieje dedykacja dla owych dwóch znakomitych muzyków tamtych czasów. Pomimo treści psalmu jest jednak w tej scenie coś niespokojnego, każdy patrzy gdzieś indziej, nie ma na nim tej „braterskiej jedności”, którą wieści psalm. Jest za to zmieszanie, zaskoczenie, które doskonale pasowałoby do obrazu spotkania uczniów ze Zmartwychwstałym, moment, kiedy ta zgoda i przyjaźń dopiero stają się faktem za sprawą kogoś z zewnątrz. Żeby spróbować odczytać profetyczność przesłania tego obrazu, trzeba poznać biografie osób na nim umieszczonych z domieszką geografii. I biogram jeszcze jednej istotnej osoby, której w 1674 r. nie było jeszcze na świecie.

Reklama
Reklama

Kim byli Reinecken i Buxtehude?

Johannes Reinecken urodził się w 1643 r. prawdopodobnie w Niemczech, ale ochrzczono go w holenderskim Deventer. Ta zresztą holendersko-niemiecka tożsamość towarzyszyła mu przez całe życie. To kompozytor i wirtuoz organów, który przez większość swojego życia związany był z Hamburgiem, gdzie pełnił obowiązki organisty w kościele św. Katarzyny aż do swojej śmierci w 1722 r. Z jego spuścizny kompozytorskiej ocalało bardzo niewiele i rzadko jego dzieła są włączane do repertuaru koncertowego. Jednak zachowany dorobek pozwala dostrzec w nim muzyka, który zdecydowanie wyrastał ponad przeciętność swojej epoki.

Drugim znanym bohaterem tego obrazu jest grający na violi Dietrich Buxtehude, z którym historia obeszła się nieco lepiej, zarówno jeśli chodzi o zachowanie jego spuścizny, jak i obecność w repertuarze koncertowym. Duńczyk z pochodzenia, urodzony w 1637 r. w Helsingborgu. Zdecydowaną większość swojego życia spędził w Lubece, będąc organistą Marienkirche. Za swojego życia zasłynął nie tylko mistrzowskim opanowaniem organów, ale tym, że co roku w czasie Adwentu był organizatorem cyklu wielkich i sławnych w całych Niemczech koncertów nazywanych Abendmusik.

Czytaj więcej

Zrabowany przez nazistów obraz ze zbiorów żydowskiego kolekcjonera odnaleziony w Argentynie?

Kilka słów o geografii. Hamburg i Lubeka, z którymi związane są nazwiska muzyków, to miasta hanzeatyckie, które dzieli 64 km. Już w średniowieczu Hamburg był najważniejszym portem Hanzy na Morzu Północnym i służył jako punkt przeładunkowy spławianych Łabą towarów z całych Niemiec. Na marginesie ciekawostka: najpopularniejszym towarem eksportowym Hamburga było piwo, wysyłane głównie do Anglii. Otwarcie w 1558 r. giełdy hamburskiej przyspieszyło rozwój tego miasta i w 1619 r. Hamburg był największym i najbogatszym miastem na ziemiach niemieckich. Już w 1678 r., czyli ledwo cztery lata po namalowaniu obrazu, o którym piszę, w Hamburgu otwarta została jedna z pierwszych w Europie oper. Główny port Niemiec był miastem otwartym, tętniącym życiem, w którym osiedlić się mógł każdy.

Natomiast Lubeka w XVII w. to pogrążająca się w konserwatyzmie, zamknięta wspólnota, z nieufnością traktująca przybyszów. W owym czasie to już zaledwie cień potęgi, jaką była jeszcze przed wiekiem, kiedy nazywano ją „Królową Hanzy”. Mimo to wciąż pozostawała ważnym miejscem zarówno na mapie gospodarczej, jak i kulturalnej północnej Europy – również za sprawą wspomnianych sławnych Abendmusik. Odległość między tymi miastami to zaledwie 14 godzin marszu, ale jest też droga wodna – kanał łączący Bałtyk z Łabą wiodący przez trzecie miasto, o którym również chcę napisać, hanzeatycki Lüneburg.

Z Lüneburga do Lubeki idzie się na piechotę 19 godzin, a do Hamburga już tylko niecałe 12. Był to wyjątkowo ważny ośrodek zarówno dla Hamburga, jak i Lubeki, bo lokalne kopalnie soli dostarczały nie tylko surowiec na eksport, ale produkowały środek konserwujący żywność wysyłaną do portów Morza Północnego i Bałtyku. Lüneburg, choć nie dorównywał wielkością Hamburgowi czy Lubece, był miastem dostatnim, tętniącym życiem – również kulturalnym.

Reklama
Reklama

Na scenę wkracza młody Bach

26 lat po namalowaniu przez Voorhouta „Domowej sceny muzycznej”, kiedy zarówno Buxtehude, jak i Reinecken byli u szczytu swoich karier, w Lüneburgu pojawił się 15-latek. To Jan Sebastian Bach, który po śmierci rodziców, w 1695 r. zamieszkał ze swoim starszym bratem w Ohrdurf. Jego talent i pracowitość zrobiły wielkie wrażenie na Eliasie Herdzie, który stał się jego tutorem. To właśnie za jego namową młody Bach na początku marca 1700 r. w towarzystwie swojego o 3 lata starszego przyjaciela Georga Erdmanna znalazł się w Lünebergu, gdzie podjął dalszą edukację i zaczął zarabiać na swoje w pełni samodzielne życie: najpierw jako chórzysta, a po mutacji jako skrzypek i organista.

Na tym zazwyczaj kończy się to, co jest pewne w tym rozdziale biografii Bacha, a zaczynają się domysły. Lüneburg Bach opuścił w 1703 r. jako w pełni już ukształtowany genialny artysta. Co działo się przez te trzy lata? Lata młodości. To one mają zwykle decydujący wpływ na to, jak potoczy się życie. Możemy się tylko domyślać, układając strzępy informacji z zachowanych rękopisów i przyglądając się mapie.

Jan Sebastian Bach (1685–1750) – kompozytor i organista niemiecki epoki baroku, jeden z najwybitniej

Jan Sebastian Bach (1685–1750) – kompozytor i organista niemiecki epoki baroku, jeden z najwybitniejszych artystów w dziejach muzyki – na obrazie Eliasa Gottloba Haussmanna z 1748 r.

Foto: Elias Gottlob Haussmann

Wróćmy zatem do mapy. Trzy powiązane ze sobą miasta. O ile niemal pewne jest, że Bach w latach 1700–1703 był w Hamburgu, to biografowie kompletnie milczą na temat jego ewentualnych wizyt w Lubece. Jednak naprawdę mało prawdopodobnym jest, aby nie zawitał do Lubeki, tym bardziej że droga tam nie była ani specjalnie trudna, ani długa. Trudno jest sobie wyobrazić, żeby osoba tak skupiona na muzyce nie wykorzystała okazji, aby uczestniczyć w wielkim wydarzeniu, jakim w owym czasie były Abendmusik. Zwłaszcza że kilka lat później Bach potrafił przejść niemal 400 km w jedną stronę, aby wziąć udział w tym wydarzeniu. W takich okolicznościach 80 km to po prostu spacer. Zadajmy więc pytanie, które samo się nasuwa. Czy pomiędzy rokiem 1700 a 1703 Bach spotkał się z Reineckenem i Buxtehudem? Uważam, że tak. Czy scena namalowana w 1674 r. mogła się rozegrać w 1701 r.? To wysoce prawdopodobne. Bo to, że Bach spotkał się z każdym z tych kompozytorów, jest pewne. Udokumentowane spotkania to przede wszystkim wspomniana wyprawa Bacha do Lubeki w 1705 r. Podstawowym źródłem informacji o niej jest opublikowany w 1750 r. nekrolog lipskiego kantora, napisany przez jego syna Carla Philippa: „Tu, w Arnstadt, szczególnie silna potrzeba słuchania dobrej muzyki skłoniła go do pieszej podróży do Lubeki, aby posłuchać słynnego organisty kościoła Mariackiego, Diedricha Buxtehudena. Pozostał tam, nie bez korzyści, przez prawie trzy miesiące, a następnie wrócił do Arnstadt”.

Pamiętajmy, są to słowa napisane po śmierci Jana Sebastiana Bacha nie przez świadka, ale przez syna, który o tych wydarzeniach wcale nie musiał wiedzieć zbyt wiele. Otóż w grudniu 1705 r. koncertom Abendmusik towarzyszyło szczególne wydarzenie. „Castrum doloris” i „Templum honoris”, wykonane 2 i 3 grudnia, poświęcone pamięci zmarłego cesarza Leopolda I, honorowały koronację Józefa I na cesarza. Nie ma wątpliwości, że Bach był jednym z wykonawców zaangażowanych w to wydarzenie.

Bach i Händel na Abendmusik?

Trudno sobie wyobrazić, by w przypadku tak ważnego wydarzenia zaangażowano nikomu nieznanego przybysza z południowych Niemiec, którym był młodzieniec z Eisenach. Jest to z całą pewnością argument za tym, że Buxtehude musiał znać i cenić Jana Sebastiana Bacha już dużo wcześniej. Co więcej, uważam, że Bach został przez niego zaproszony i poproszony o pomoc w organizacji tego wydarzenia, które z całą pewnością było wyzwaniem dla 70-letniego Buxtehudego.

Reklama
Reklama

Jest jeszcze jeden aspekt owego słynnego przedłużonego urlopu Bacha. Od 1704 r. w Hamburgu mieszkał rówieśnik Bacha, Georg Friedrich Händel, który w swoją słynną podróż do Włoch wyruszył z Hamburga w 1706 r. Uważam, że to właśnie wtedy mogło dojść do „Kolacji na cztery ręce”, którą przedstawił w swojej kongenialnej sztuce Paul Barz. Naprawdę trudno uwierzyć, by Händel nie skorzystał z okazji i nie był uczestnikiem wielkiego wydarzenia muzycznego tamtych lat i być może to właśnie owa „kolacja”, która w przypadku dwudziestoparolatków mogła smakować i wyglądać zupełnie inaczej niż wyobrażał ją sobie Barz (umieszczając jej akcję w 1747 r.), była przyczyną przedłużonego o trzy miesiące urlopu Jana Sebastiana Bacha w Arnstad, a być może również wyjazdu do Włoch Georga Händla. Nie ukrywam, że taka hipoteza zachęca również do spekulacji o powodach, dla których Bach nigdy nie napisał opery, a Händel bardzo nieprzychylnie wypowiadał się muzykach w swojej ojczyźnie.

Czytaj więcej

Monety, o których nie śniło się królom

Przejdźmy do spotkań Bacha z Reineckenem. Podobnie jak w przypadku Buxtehudego, źródłem informacji o tych spotkaniach jest nekrolog Jana Sebastiana, w którym napisano: „Z Lüneburga sporadycznie podróżował do Hamburga, aby posłuchać Johanna Adama Reineckena, słynnego wówczas organisty w kościele św. Katarzyny. Miał tam również okazję zapoznać się z francuskim gustem, który był wówczas czymś zupełnie nowym w tamtych czasach”. W 1720 r. Bach złożył podanie o zastąpienie Heinricha Friese na stanowisku organisty w kościele św. Jakuba w Hamburgu. Na koncerty grane przez Bacha przychodził też sędziwy Johann Adam Reinecken. Po raz kolejny czytamy w nekrologu: „W tym czasie udał się do Hamburga i tam, w obecności magistratu i wielu innych znamienitych osobistości miasta, grał, ku powszechnemu zdumieniu, przez ponad dwie godziny na pięknych organach kościoła św. Katarzyny. Stary organista tego kościoła, Johann Adam Reinecken, mający wówczas prawie sto lat, słuchał go ze szczególną przyjemnością i złożył mu komplement, zwłaszcza w odniesieniu do chorału »An Wasserflüssen Babylon«, który nasz Bach, na prośbę obecnych, improwizował, bardzo obszernie i na różne sposoby, przez prawie pół godziny, tak jak niegdyś czynili to zacni hamburscy organiści podczas sobotnich nieszporów: »Myślałem, że ta sztuka umarła, ale widzę, że wciąż w tobie żyje«”.

Kim jest młodzieniec na obrazie?

Ta uwaga Reineckena była tym bardziej nieoczekiwana, że wykonywał ten chorał wiele lat wcześniej. „Reinecken okazywał mu wielką uprzejmość”. Christoph Wolff, biograf i wybitny badacz spuścizny Bacha, dodaje dalszy szczegół: że przy tej samej okazji Bach wykonał swoją fugę organową g-mol BWV 542, której temat opiera się na popularnej niderlandzkiej melodii („Ik ben gegroet van...”), co prawdopodobnie było hołdem dla holenderskiego pochodzenia Reineckena. Nie powinno to dziwić, bo Jan Sebastian Bach był w swojej młodości pod głębokim wrażeniem muzyki Reinckena; zaaranżował nawet kilka utworów z „Hortus musicus” Reineckena.

Z kolei w 2006 r. w Weimarze odkryto najwcześniejszy znany rękopis Bacha. Okazał się on kopią wariacji chorałowych „An Wasserflüssen Babylon” Reinckena, którą Bach wykonał dla swojego ówczesnego nauczyciela Georga Böhma w Lüneburgu w 1700 r. Podobnie jest z dziełami i stylem Buxtehudego, które w wielu przypadkach znamy z bachowskich wersji kompozycji organisty z Lubeki, znacznie przerastającymi wersje oryginalne.

Reklama
Reklama

Czytaj więcej

Wariacje goldbergowskie. Jak Jan Sebastian Bach odkrył porządek świata

Na koniec wróćmy do obrazu. Czy tajemniczym młodzieńcem o niezidentyfikowanej tożsamości, który trzyma nuty, nie jest aby Jan Sebastian Bach? Zdecydowanie nie. Obraz powstał zbyt wcześnie. Są za to na nim wszystkie okoliczności, jakie wiązały Bacha z przedstawionymi na nim postaciami. Jest muzyczny hołd, jest zazdrość i uwielbienie dla wielkiego geniuszu. Jest też zgoda. Właśnie o tę zgodę i dojrzałość chodziło autorowi obrazu. Nie ma wątpliwości, że to m.in. ci dwaj muzycy ukształtowali wielkość lipskiego kantora, oni dali mu fundament, na którym Bach zbudował swoją wielkość.

Bach o tym pamiętał. Malarz – nie mógł wiedzieć. Ale czyż w malarstwo nie może wyprzedzać swoich czasów? Nie może karmić się profetyzmem? Paradoksalnie Johannes Voorhout – rzemieślniczy wyrobnik pędzla i płótna – przewidział i opisał przyszłość. A skoro miał dar proroczy, to może i ów tajemniczy młodzieniec z nutami jest wizją wielkiego Bacha? W sumie, dlaczego nie. Zdajmy się na wyobraźnię.

Obraz, o którym piszę, nie jest arcydziełem, ale niezwykłą „fotografią” swoich czasów. Tak zresztą traktowano zbiorowe portrety, których powstawały w XVII stuleciu tysiące. Miały uwiecznić, niczym metodą fotograficzną, ludzi i ich obyczaje. Zachować ich twarze i sylwetki dla przyszłych pokoleń. Dlatego nie wymagały malarskiego geniuszu, ale zwykłego wprawnego rzemiosła.

„Domowa scena muzyczna”

Pozostało jeszcze 97% artykułu
/
artykułów
Czytaj dalej. Subskrybuj
Reklama
Historia świata
Paweł Łepkowski: Ribbentrop – „zły duch Berghofu”
Materiał Promocyjny
Sieci kampusowe – łączność skrojona dla firm
Historia świata
A więc wojna!
Historia świata
Ostatni sampan na Jangcy
Historia świata
Średniowieczny Manhattan i krzywe wieże Bolonii
Materiał Promocyjny
Bieszczady to region, który wciąż zachowuje aurę dzikości i tajemniczości
Historia świata
Rudolf Valentino, pierwszy amant kina
Materiał Promocyjny
Jak sfinansować rozwój w branży rolno-spożywczej?
Reklama
Reklama