Ta zbrodnia wstrząsnęła Francją. Przeżarła ją jak wystrzelona przez zamachowca ołowiana kula. Coś ważnego zmieniła. Na zawsze, czy tylko na chwilę? Tego nie wiem. Jednak przez te ponad dwa miesiące, kiedy powoli gasła nadzieja, w katedrze Notre Dame w Paryżu paliło się siedem świec i modlili się ludzie. W wielu parafiach odprawiano msze w intencji porwanych. Pisały o nich gazety, interweniowali politycy. Algierskie władze były zarzucane prośbami czy wręcz żądaniami bardziej energicznych działań. Ale po porwanych nie został nawet ślad. Przepadli jak kamień w wodzie. Nie pomogły ani loty śmigłowców, ani oddziały wojska przeczesujące okoliczne góry. Porwani mogli być wszędzie. W tajnych bunkrach terrorystów, w piwnicach, wysoko w przysypanych śniegiem górach albo mogli dawno już nie żyć. Do ich najbliższych zaczęła powoli docierać brutalna prawda. Dostarczone w końcu kwietnia 1996 r. nagranie było ostatnim dowodem, że zakonnicy wciąż żyją. Ale list terrorystów z maja tylko potwierdził dramatyczną intuicję, że morderców, odpowiedzialnych już za tyle zbrodni, nic nie zdołało zatrzymać. Ostatnim akordem dramatu były brutalnie oderżnięte głowy znalezione na zaoranym polu w okolicach Médéi. Tak potwierdziła się najgorsza z prawd.