Szlak pielgrzymkowy wiodący z Jafy do Jerozolimy, via maritima, drogą wzdłuż wybrzeża był pokrytą pyłem nitką wijącą się przez krajobraz. Po pewnym czasie nadbrzeżne równiny przechodziły w pofałdowany tereny wzgórza i doliny, a potem w pasmo gór. Rosły wzdłuż niej dziwne drzewa i suche krzaki, których cierniste gałęzie smagały ubrania i nogi pielgrzymów. Stały przy niej nieliczne porzucone domy; w niektórych rozpadających się pomieszczeniach żyły kozy. Każdą grupę pielgrzymów eskortowało kilku uzbrojonych w łuki i strzały bosonogich mameluków. Pielgrzymi musieli w najprostszych sprawach polegać na tłumaczach, siląc się na uprzejmość. Jechali na powiązanych sznurami w jeden szereg osłach lub plujących wielbłądach, starając się cmoknięciami, zachętami i miotanymi w różnych językach przekleństwami skłonić je do posuwania się naprzód. A za wszystko – spełnienie każdej prośby, łyk rozwodnionego wina – trzeba było płacić. W Jerozolimie nie było nikogo, kto – w duszy czy w sakiewce – nie odnosiłby korzyści ze śmierci Chrystusa.