Dlaczego terroryści z Hamasu znowu zaatakowali Izrael?

W odpowiedzi na bestialski rajd palestyńskich terrorystów na terytorium Izraela rząd Benamina Netanjahu zapowiedział, że „każdy członek Hamasu jest chodzącym trupem”. Historia jednak uczy, że to ugrupowanie jest jak mityczna hydra, której nie sposób zdekapitować.

Publikacja: 02.11.2023 21:00

12 października 2023 r.: izraelski żołnierz w pobliżu kibucu Beeri patroluje miejsce, w którym 7 paź

12 października 2023 r.: izraelski żołnierz w pobliżu kibucu Beeri patroluje miejsce, w którym 7 października terroryści z Hamasu zabili 270 uczestników festiwalu muzycznego Supernova

Foto: Aris MESSINIS/AFP

Błędne koło przemocy na Bliskim Wschodzie nigdy nie było do końca przewidywalne. Ale też były takie momenty, kiedy wszyscy wiedzieli, że lada chwila nastąpi jego kolejny krwawy obrót: emocje, frustracja i poczucie beznadziei sięgało zenitu i wystarczało kilka iskier, by nastąpił wybuch.

„Incydent, który na początku grudnia 1987 r. wywołał lawinę wydarzeń, był tragicznym nieporozumieniem. W Gazie od ciosu nożem zginął Szlomo Sakal, izraelski sprzedawca wyrobów z tworzyw sztucznych – pisze w swojej autobiografii Musab Hasan Jusuf, syn jednego z założycieli Hamasu. – Zaledwie kilka dni później w obozie dla uchodźców Dżabalija w Gazie cztery osoby poniosły śmierć w zwykłym wypadku samochodowym. Rozeszła się jednak pogłoska, że Izraelczycy zabili tych ludzi w odwecie za śmierć Sakala. W Dżabalii wybuchły zamieszki. Jakiś siedemnastolatek rzucił koktajlem Mołotowa i został zastrzelony przez izraelskiego żołnierza. W Gazie i na Zachodnim Brzegu na ulice wyległy tłumy demonstrantów, a Hamas stanął na czele rozruchów, które otworzyły nowy rozdział walki z Izraelem” – opisuje.

To lapidarne streszczenie przyczyn pierwszego tak powszechnego zrywu „zwykłych” Palestyńczyków przeciwko Izraelowi jest dalekie od doskonałości. Można tu przypomnieć choćby, że wspomniany wypadek samochodowy był kraksą, w której furgon pełen palestyńskich robotników wbił się opancerzony wóz izraelskiej armii, prowadzony – jak zaznaczał przed laty izraelski historyk i politolog, weteran tamtejszego ruchu pokojowego, zmarły kilka lat temu Don Peretz w pisanej niemal na gorąco książce „Intifada: The Palestinian Uprising” – przez krewnego Izraelczyka zabitego wcześniej przez Arabów (czy chodziło o wspomnianego sprzedawcę – tego już inne źródła nie precyzują). U Jusufa niewiele też jest o tym, że lata 80. upływały Palestyńczykom w coraz bardziej pogłębiającym się poczuciu beznadziei: o ile w latach 60. powszechnie liczono na wielki arabski zryw w obronie Palestyny, o tyle po klęsce w wojnie Jom Kipur (1973) stało się jasne, że chętnych do takiej walki brakuje. A pokój z Izraelem zawarty przez egipskiego prezydenta Anwara Sadata (1978), stał się wyrazistym symbolem końca złudzeń. Nadzieje wiązano jeszcze z Jaserem Arafatem i jego Organizacją Wyzwolenia Palestyny, ale nie dość, że przyszły noblista wplątał się w wojnę domową w Libanie (a właściwie do pewnego stopnia ją wywołał), to jeszcze jego podwładni coraz częściej uchodzili za symbol paraliżującej Palestynę korupcji i sprzeniewierzenia środków, jakie bogate kraje arabskie dla spokoju własnego sumienia oddawały na „sprawę”.

Palestyńczycy niosą ciało ofiary izraelskiego ataku odwetowego w Rafah, 23 października 2023 r.

Palestyńczycy niosą ciało ofiary izraelskiego ataku odwetowego w Rafah, 23 października 2023 r.

MOHAMMED ABED/AFP

Nie lepiej było w Izraelu. Ruch pacyfistyczny – praktycznie tak jak dzisiaj – wylądował gdzieś na dalekim marginesie izraelskiej polityki. Badania opinii publicznej pokazywały konsekwentnie rosnące poparcie dla konfiskowania i stopniowej aneksji kolejnych terytoriów palestyńskich, przy jednoczesnej odmowie przyznania obywatelstwa niedawnym ich mieszkańcom. W sądach zaczęły zapadać wyroki, które z czasem przyczyniły się do przyklejenia izraelskiej polityce wobec Palestyńczyków łatki „apartheidu”. Ale był też i Orwell: jak wspomina Peretz, w sierpniu 1987 r. na Zachodnim Brzegu była już gotowa komputerowa baza danych, stworzona niebagatelnym wówczas kosztem 8,5 mln dol. – „Dostarczyła ona armii czarne listy, do których zaglądano, podejmując decyzje o wszelakich pozwoleniach, licencjach, dokumentach podróżnych. Nowy system dostarczał obszerne informacje o posiadanych majątkach, powiązaniach rodzinnych, poglądach politycznych, umożliwiających natychmiastowe kontrole służb bezpieczeństwa” – pisze historyk.

Pokłady frustracji, stanowiące podbudowę palestyńskiego zrywu, były zatem gotowe. Ale i tu trzeba zastrzec, że ani Hamas nie stanął na czele intifady, ani też długo nie potrafił odpowiednio politycznie skapitalizować: ledwie kilka lat później, w czasie podpisywania tzw. porozumień z Oslo – gdy konflikt bliskowschodni znalazł się w punkcie, z którego pewnie najbliżej było do jego zakończenia – ruch ten był w olbrzymiej mierze spacyfikowany, zarówno przez izraelskie służby, jak i rywalizujące z nim palestyńskie frakcje, z OWP Arafata na czele. A jednak odradzał się – za każdym razem chyba silniejszy. Co więcej, gdyby przyjrzeć się historii Hamasu, ta umiejętność powstawania z popiołów wcale nie dziwi.

Bractwo Muzułmańskie i ich palestyńscy Bracia

12 lutego 1949 r. na ulicę przed siedzibą Stowarzyszenia Młodzieży Muzułmańskiej w Kairze wyszło dwóch mężczyzn. Przez kilka godzin czekali w gmachu na spotkanie z ministrem Zakim Alim Baszą – ten jednak się nie pojawił. W końcu i oni uznali, że ze spotkania nici. Wychodząc, zapewne myśleli już tylko o złapaniu taksówki; może nie zauważyli, że za ich plecami ustawiają się nieznajomi. Może zorientowali się dopiero wtedy, gdy padły strzały. W popłochu, jaki wybuchł chwilę później, zabójcy się ulotnili, ale wykrwawiający się na chodniku jeszcze przez kilka minut Hasan al-Banna nie miał już żadnych szans na ratunek. Mógł jedynie z goryczą skonkludować, że należało się spodziewać pułapki.

Hasan al-Banna (1906–1949) w 1928 r. założył Bractwo Muzułmańskie

Hasan al-Banna (1906–1949) w 1928 r. założył Bractwo Muzułmańskie

wikipedia

Założone w 1928 r. przez Al-Bannę Bractwo Muzułmańskie stało się alternatywną dla oficjalnych władz polityczną potęgą: po latach szacowano, że już w 1938 r. w Egipcie działało 300 komórek tego ruchu, zrzeszając – jak szacowano w latach 40. XX w. – nawet 450 tys. osób. Bractwo w dosyć mętny sposób łączyło religijność z modernizmem: nowoczesne technologie czy instytucje miały służyć jako narzędzie budowy muzułmańskiego w swej istocie państwa. O ile elity w rodzących się państwach arabskich były zwykle zwesternizowane i zlaicyzowane, o tyle już klasa średnia wciąż była wierząca: dla przedsiębiorców, nauczycieli czy inżynierów Bractwo Muzułmańskie – i jego credo: „islam jest rozwiązaniem” – było opcją idealną.

Od 1937 r. część struktur się zradykalizowała – zaczęły mnożyć się zamachy na brytyjskich urzędników czy żołnierzy, za czasów monarchii na celowniku byli sędziowie i politycy, nawet premierzy. W latach 40. Al-Banna chyba już czuł, że posunął się za daleko. Zaczął powściągać wojowniczy wcześniej ton swoich artykułów, wziął w ryzy zarejestrowanych jako „skauci” uzbrojonych radykałów. Kilka razy aresztowany, wyczekiwał procesu. Nie wytaczano mu go jednak, co uznał – najwyraźniej trafnie – za nieoficjalny wyrok śmierci.

Zostawił po sobie luźną strukturę, która rozsnuła się po całym świecie muzułmańskim: od Sahary Zachodniej po Bangladesz, od Bośni i Hercegowiny po Sahel. Niezbyt wyrafinowana hybryda nowoczesności z religią, ruchu non-violence z koncepcją walki zbrojnej o „państwo wiernych” okazała się na tyle pojemna, że odnajdowali się w niej zarówno umiarkowani politycy i działacze – porównajmy ich, powiedzmy, do chadeków – jak i terroryści czy antyreżimowi bojownicy. W Syrii w 1982 r. Bractwo wywołało wielkie antyreżimowe powstanie, ale już w Jordanii było i jest jednym z partnerów w dialogu z monarchią. W Libii polował na nie Muammar Kaddafi, ale już w Bośni „Mladi Muslimani” Aliji Izetbegovicia otwarcie nawiązywali do egipskiego pierwowzoru.

W Palestynie Bractwo Muzułmańskie pojawiło się wraz z wracającymi ze studiów w Kairze – i innych metropolii regionu – „konserwatywnymi modernistami”. W latach 60. i 70. członkowie palestyńskiej odnogi organizacji trzymali się daleko od polityki. Wyjątkiem był w pewnej mierze niemal całkowicie niewidomy i sparaliżowany od 12. roku życia szejk Ahmad Jasin (1937–2004): choć od dzieciństwa był zdany na fizyczną opiekę otoczenia – najpierw rodziny, a potem coraz liczniejszej grupy zwolenników przyciągniętych jego charyzmą – zadziwiająco dobrze sobie radził. Mimo chorób udało mu się dostać na studia na kairskiej uczelni Al-Azhar (nie skończył ich z powodów zdrowotnych), był nauczycielem szkolnym, a w końcu – w 1973 r. – założył organizację charytatywną Al-Mudżamma al-Islami (Centrum Islamskie). „W krótkim czasie organizacja skupiająca biedaków i uchodźców stała się stowarzyszeniem wykształconych młodych ludzi, mężczyzn i kobiet, biznesmenów i specjalistów różnych zawodów, którzy łożyli na budowę szkół, działalność instytucji charytatywnych i szpitali” – pisze Musab Hasan Jusuf. Taki charytatywno-humanitarny charakter do dziś ma wiele inicjatyw Hamasu – podobnie zresztą, jak w przypadku libańskiego Hezbollahu – co buduje poparcie dla ugrupowania, zapewnia przypływ nowych rekrutów i cichą, mniejszą lub większą, akceptację (jeśli nie poparcie) dla jego działań.

Ożywienie się palestyńskiego odgałęzienia Bractwa postawiło dotychczasowych liderów przed zasadniczym pytaniem o przemoc. Młodzi sympatycy ruchu od lat 70. parli do zbrojnej konfrontacji z Izraelem. Umiarkowani liderzy jednak długo byli górą na tyle, że zwolennicy walki zbrojnej już w 1981 r. dokonali rozłamu, tworząc Palestyński Islamski Dżihad – w zasadzie odrębną strukturę, która jednak dziś współdziała zwykle z Hamasem, przynajmniej jeśli chodzi o akcje terrorystyczne czy ostrzał terytorium Izraela (a niektórzy członkowie Islamskiego Dżihadu wrócili do dawnych towarzyszy, gdy oficjalnie narodził się Hamas).

Ale w końcu Bracia ulegli oddolnej presji. „W 1986 roku w Hebronie pod Betlejem odbyło się tajne spotkanie o historycznym znaczeniu – twierdzi Jusuf. – Na spotkaniu obecnych było, inaczej niż się czasami podaje, siedem osób: szajch Ahmad Jasin (który miał zostać duchowym przywódcą organizacji), Muhammad Dżamal an-Natsza z Hebronu, Dżamal Mansur z Nablusu, szajch Hasan Jusuf (mój ojciec), Mahmud Muslih z Ramallah, Dżamal Hamami z Jerozolimy oraz Ajman Abu Taha z Gazy. Grupa ta była w końcu gotowa podjąć walkę”.

Założycielski mit intifady

Oznacza to, że nieformalne decyzje o militaryzacji struktur Bractwa zapadły wcześniej niż zwykle podawana data powstania Hamasu – czyli początek grudnia 1987 r., w kilka dni po wybuchu intifady. Najprawdopodobniej organizacja powstawała jednak stopniowo: już w 1984 r., gdy Izraelczycy po raz pierwszy zatrzymali szejka Jasina, odnaleziono w administrowanych przez jego sympatyków obiektach arsenał broni. Może niewielki i raczej była to broń ręczna, jednak dowodzi to raczej, że część organizacji od dawna chciała ruszyć do walki.

Ale z perspektywy amatora nie trzeba wiele – na dwa tygodnie przed wybuchem intifady Izrael żył taką chałupniczą palestyńską „operacją”: dwaj bojownicy związani z Ludowym Frontem Wyzwolenia Palestyny – Dowództwem Generalnym Ahmada Dżibrila (czyli jedną z frakcji lewicowych nacjonalistów palestyńskich, słynącą z niewielkich – ale bolesnych – ataków terrorystycznych) podjęli próbę szturmu na północną granicę Izraela od strony Libanu. Jednemu z nich udało się wylądować obok obozu izraelskiej armii i zastrzelić sześciu żołnierzy, zanim dosięgły go kule wojskowych.

W grudniu 1987 r. trzeba było jeszcze mniej – nie bez powodu pierwsza intifada była nazywana Powstaniem Kamieni. „Tłumy Palestyńczyków zaczęły obrzucać kamieniami izraelskich osadników (…). W odwecie Izraelczycy strzelali w tłum, zabijając wiele osób, a gdy na scenę wkroczyły Siły Obronne Izraela, zabitych i rannych było coraz więcej – wspominał Jusuf. – Akty przemocy nasilały się do tego stopnia, że w rzadkich okresach spokoju zaczynałem się nudzić. Wraz z kolegami przyłączyliśmy się do rzucających kamieniami – chcieliśmy odegrać jakąś rolę w zamieszkach i zaimponować innym jako bojownicy ruchu oporu”.

Szejk Ahmad Jasin (1936–2004), przywódca Hamasu, wraz z synem. Izrael, październik 1998 r.

Szejk Ahmad Jasin (1936–2004), przywódca Hamasu, wraz z synem. Izrael, październik 1998 r.

Esaias BAITEL/Gamma-Rapho/Getty Images

Ale powiedzmy sobie szczerze: ówczesna rola Hamasu była znacznie mniejsza niż zwykło się to przypisywać radykałom dziś. Autorzy opasłej monografii „Israel’s Secret Wars. A History of Israel's Intelligence Services”, Ian Black i Benny Morris, cytują statystykę udaremnionych w październiku i listopadzie 1988 r. ataków na Izrael: agenci Szin Bet mieli w tym czasie dopaść 93 „komórki terrorystyczne”, z których 62 działały na Zachodnim Brzegu, a 27 w Strefie Gazy. 29 z nich należało do Fatahu – zbrojnego skrzydła OWP, pięć – do Demokratycznego Frontu Wyzwolenia Palestyny, trzy – do Ludowego Frontu Wyzwolenia Palestyny, pięć – do Hamasu, trzy – do Islamskiego Dżihadu, jedna zaś – do organizacji Abu Nidala. Pozostałe 47 komórek uznano za „lokalne”, innymi słowy – zakładane przez działające lokalnie i w oderwaniu do struktur organizacyjnych „gorące głowy”. Hamas, licząc z Islamskim Dżihadem, nie odpowiada nawet za 10 procent zbrojnych inicjatyw.

Oczywiście, można tu się też doszukiwać drugiego dna. „Jako potencjalny rywal dla OWP na terenie Strefy Gazy ruch szejka Jasina oraz jego charytatywne struktury były przez lata wspierane przez izraelski wywiad” – pisze otwarcie Patrick Tyler, niegdysiejszy korespondent „The New York Times” na Bliskim Wschodzie w książce „Fortress Israel”. I tę wersję czasami można usłyszeć między wierszami: że każde narzędzie osłabiające pozycję Arafata wśród Palestyńczyków było na wagę złota. Tę wersję można uzasadniać choćby zaskakującą bezczynnością izraelskich służb wobec szejka Jasina i innych liderów Hamasu – trafiających od czasu do czasu do więzienia, ale zwykle na krótko. Niewielkie wrażenie zrobiła też początkowo na Izraelu opublikowana w 1988 r. i zawierająca 36 punktów tzw. Karta Hamasu – program polityczny postrzegany jako odpowiedź religijnych radykałów na analogiczny dokument OWP. Mimo że „Karta...” zawiera m.in. wezwanie do globalnego dżihadu, postulat całkowitego zniszczenia Izraela, wprost odnosi się do „Protokołów mędrców Syjonu” (i pośrednio do „Mein Kampf”), powtarza liczne obiegowe spiskowe teorie i dokłada kilka własnych, to w zasadzie mało kogo chyba w swoim czasie obeszła.

Izraelskie służby bezpieczeństwa zaalarmowało dopiero porwanie i zamordowanie dwóch izraelskich żołnierzy wiosną 1989 r., których ciała bojownicy chcieli wymienić na siedzących za kratami izraelskich więzień członków Hamasu. Nagle się okazało, że lekceważona wcześniej banda oszołomów i mułłów ma zęby. I to szybko rosnące: gdzieś u progu lat 90. pierwsze akcje zaczęły przeprowadzać Brygady Izz ad-Dina al-Kassama – formalnie odrębna organizacja zbrojna, której działania Hamas konsekwentnie sławił, a jednocześnie od samej Brygady całkowicie się odcinał. I choć najważniejszym celem – wskazanym też w „Karcie Hamasu” – było storpedowanie porozumienia pokojowego, kampania zamachów terrorystycznych i ataków na „kolaborantów” poniosła porażkę.

Chude lata Hamasu

Po wspomnianym morderstwie izraelskich żołnierzy w 1989 r. Jasin wylądował w izraelskim więzieniu z wyrokiem dożywocia. 300 innych członków ugrupowania dostało nieco łagodniejsze wyroki. Ale to nie przetrąciło organizacji kręgosłupa: opór radykałów przeciw zawieszeniu broni wydłużył intifadę aż do 1993 r. Nowy lider Izraela, premier Icchak Rabin, zastopował pomysły na szeroko zakrojoną akcję wyrzucania hamasowców z terytoriów okupowanych. „Idea zakładała, że w obliczu ataków terrorystycznych wyrzucenie Palestyńczyków nie tylko pełniłoby funkcję odstraszającą, ale wręcz zdekapitowałoby całą strukturę Hamasu (…). Zebranie setek czołowych duchownych, organizatorów i lokalnych liderów, po czym wyrzucenie ich za granicę pośrodku zimy byłoby niszczycielskim ciosem, jak uważał ówczesny szef sztabu izraelskiej armii, Ehud Barak. Niech prześpią się pod gwiazdami na chłodnych plażach Libanu, to miałoby mrożący efekt – dosłownie – dla przyszłej przemocy” – opisuje Tyler.

Ale przeciw planowanej masowej deportacji zaprotestowało ONZ i niektórzy partnerzy Izraela. Rabin i Arafat grali już wówczas na rychłe zawarcie porozumienia pokojowego, do czego zagrzewał ich też z całej siły Biały Dom. Hamas – pomimo wszystkich aktów przemocy – stawał się graczem coraz bardziej marginalnym. Nie był już narzędziem osłabiania OWP, a wręcz stawał się priorytetowym zagrożeniem dla Izraela. W połowie lat 90. zaczęło się polowanie na ludzi związanych z radykalnym religijnym podziemiem palestyńskim: w październiku 1995 r. Mosad dopadł założyciela Islamskiego Dżihadu na Malcie – Fathi Shaqaqi zginął w środku dnia na ulicy przed hotelem. W styczniu 1996 r. ukryta w telefonie komórkowym minibomba zabiła Jahję Ajjasza – bojownika, który budował dla Hamasu bomby i szkolił dziesiątki swoich naśladowców w tej sztuce.

Gdy kilka tygodni później zamachowcy samobójcy z Hamasu wysadzili się w odwecie, zabijając 57 Izraelczyków, do akcji weszli też ludzie Arafata. „Czołowy doradca Fatahu w sprawach Gazy, Mohammed Dahlan, ustawicznie prosił Arafata o pozwolenie, by »wziąć się za Hamas«. I w końcu je dostał – pisał amerykański analityk Jonathan Schanzer w książce „Hamas vs Fatah. The Struggle For Palestine”. – Jego ludzie urządzali częste rajdy na domy członków Brygad Izz ad-Dina al-Kassama. Jak opisywał to jeden z członków Hamasu, kampania obejmowała »pościgi, aresztowania, zabójstwa, rozbijanie instytucji i tak dalej«. Służby Autonomii Palestyńskiej, z pomocą izraelskiego i amerykańskiego wywiadu, osaczyły i uwięziły setki hamasowców”.

Ale nie wszystko szło zgodnie z planem. W porównaniu z koronkowo przeprowadzonymi operacjami na Malcie i w Gazie, komando zabójców Mosadu wysłane do jordańskiego Ammanu, by wyeliminować jednego z liderów Hamasu – zyskującego szybko na popularności Chaleda Meszala – spaprało sprawę. Agenci zaplanowali wstrzyknięcie trucizny do ucha Meszala, co nie tylko było mało dyskretną metodą uśmiercenia wroga, ale też trudną do przeprowadzenia. Zamiast egzekucji skończyło się na bijatyce z ochroniarzami przed jordańskim biurem Hamasu. Meszal został podtruty, ale na czas odstawiono go do szpitala. A król Jordanii zażądał od rządu w Tel Awiwie (po raz pierwszy swój gabinet sformował wówczas dzisiejszy premier Beniamin Netanjahu) antidotum, a w dalszej perspektywie – zwolnienia z więzień liderów grupy, w tym Ahmada Jasina. Meszal przeżył i choć w 2017 r. ogłosił, że ustępuje miejsca w strukturach organizacji, wciąż uchodzi za jednego z mentorów nowego pokolenia bojowników.

Po próbie zgładzenia Meszala przez kilka lat Hamas cieszył się względnym spokojem, co wykorzystał do zorganizowania kampanii zamachów samobójczych. Od 2001 r. Izrael wrócił więc do wcześniejszych metod: ginęli kolejno Mahmud Adani, Dżamil Dżadallah i Mahmud Abu Hanud (w 2001 r.), Salah Szahade (2002), Ibrahim al-Makadame i Ismail Abu Szanab (2003), a w końcu sam Ahmad Jasin i jego następca, zwany Lwem Palestyny, Abdel Aziz al-Rantisi (obaj wyeliminowani przy użyciu wystrzelonych z helikoptera rakiet). O ile jednak zwykle oczekuje się, że eliminacja liderów pozbawi jakąś organizację przywództwa, osłabi ją lub zdezintegruje – w przypadku Hamasu zdawać się może, że każda kolejna generacja liderów ugrupowania jest sprytniejsza, bardziej pragmatyczna, a zarazem brutalniejsza od poprzedniej.

Tłuste dekady Hamasu

Wkrótce później dobitnie przekonał się o tym Waszyngton. Ambicją prezydenta George’a W. Busha miało być ostateczne zaprowadzenie pokoju na Bliskim Wschodzie – rodzaj rekompensaty za wizerunkową porażkę w Iraku i niezbyt przekonujące zwycięstwo w Afganistanie. Jak narzekał „najbardziej znienawidzony przez Hamas człowiek w historii” – Mohammed Dahlan – w 2005 r. Biały Dom zachęcił Tel Awiw do zakończenia okupacji Strefy Gazy, a potem zaczął naciskać na Autonomię Palestyńską, kierowaną przez następcę Arafata, Mahmuda Abbasa, na przeprowadzenie pierwszych w pełni demokratycznych wyborów w całej Palestynie. Amerykanie zakładali, że spacyfikowany Hamas ulegnie w wyborach Abbasowi i jego Fatahowi, a zwycięzca i Izrael zawrą wreszcie trwałe porozumienie pokojowe.

Stało się inaczej: w styczniu 2006 r. Hamas wygrał z Fatahem zaledwie o kilka procent (44,45 proc. do 41,43 proc.), ale wskutek skomplikowanego systemu wyborczego, mieszającego rozmaite schematy podziału głosów, prowadzeni przez kolejnego lidera, Ismaila Haniję, radykałowie zgarnęli 74 miejsca w 132-osobowym palestyńskim parlamencie. Korupcja, stagnacja, bezsilność wobec działań Izraela i pewnie też chęć zobaczenia nowych twarzy u sterów Autonomii przeważyły.

Bolesna kohabitacja prezydenta Abbasa i premiera Hanii skończyła się szybko i krwawo. Fatah praktycznie oddał Hamasowi niewiele władzy w Zachodnim Brzegu i usiłował utrzymać wpływy w Strefie Gazy. Po niespełna roku od głosowania – pod naciskiem Białego Domu, jak ujawnił w obszernym reportażu na łamach „Vanity Fair” brytyjski reporter śledczy David Rose – administracja Abbasa podjęła próbę odsunięcia od władzy rządu Hanii, organizując nieporadny instytucjonalny pucz. Raz jeszcze sprawy potoczyły się wbrew intencjom jego autorów: Hamas otwarcie i gwałtownie wystąpił przeciw Fatahowi – rząd przeniósł się do Gazy, w Strefie zaczęło się polowanie na członków i sympatyków Fatahu, zbrojne frakcje obu ugrupowań skoczyły sobie do oczu. Przez kilka miesięcy radykałowie brali brutalny odwet na swoich laickich pobratymcach, nie szczędząc im upokorzeń, tortur i egzekucji, jakie Dahlan zafundował im dekadę wcześniej. Rok po wybuchu przemocy Hamas niepodzielnie rządził Strefą Gazy, zachowywał pewne wpływy na Zachodnim Brzegu i szedł na konfrontację z Izraelem.

I tak miało wyglądać kolejne kilkanaście lat, aż do dziś. Z jednej strony Hamas okazał się dosyć pragmatyczną siłą polityczną, która – gdy uznaje, że przyniesie jej to korzyść – jest w stanie chadzać na kompromisy, zawierać przejściowe sojusze, a czasami spełniać złożone obietnice. Z drugiej strony to ugrupowanie żywiące się frustracją, gniewem i radykalizmem – dba i zagospodarowuje te emocje, a bezwład, w jakim znalazł się proces pokojowy w ostatnich dwóch dekadach, stanowi dla nich doskonałą pożywkę. Kolejne gabinety Beniamina Netanjahu zaś skupiały się przez ostatnie kilkanaście lat na rozbudowie żydowskich osiedli na odrywanych po kawałku terytoriach palestyńskich, zupełnie ignorując – coraz rzadsze zresztą – nagabywania o proces pokojowy.

I najważniejsze: radykałowie wrośli w Palestynę – opletli instytucje, siły mundurowe, klany i lokalne struktury szejków, fundacje dobroczynne i placówki służby zdrowia czy edukacyjne. Tylko uzbrojonych bojówkarzy może być kilkanaście tysięcy, członków politycznego odgałęzienia zapewne trzeba będzie liczyć w dziesiątkach tysięcy, a sympatyków – może i w setkach tysięcy. Wytwarzana przez lata wokół zamachowców samobójców aura męczeństwa i świętości jest dziś jedną z najatrakcyjniejszych dróg kariery młodego Palestyńczyka, bo trudno mówić o jakichkolwiek perspektywach mieszkańców Strefy Gazy (Zachodniego Brzegu zresztą też, choć tam zapewne żyje się odrobinę lżej). Dlatego też na miejsce każdego zabitego przez Izraelczyków lidera czy ważnego członka Hamasu będzie spory tłum chętnych. Wcześniej czy później historia znowu zatoczy koło, a Islamski Ruch Oporu (bo tak też brzmi rozwinięcie nazwy „Hamas”) będzie wracać jak zły sen. Ale być może, o ironio, za wiele lat to z jego kręgów może wyjść jakaś konstruktywna propozycja.

Błędne koło przemocy na Bliskim Wschodzie nigdy nie było do końca przewidywalne. Ale też były takie momenty, kiedy wszyscy wiedzieli, że lada chwila nastąpi jego kolejny krwawy obrót: emocje, frustracja i poczucie beznadziei sięgało zenitu i wystarczało kilka iskier, by nastąpił wybuch.

„Incydent, który na początku grudnia 1987 r. wywołał lawinę wydarzeń, był tragicznym nieporozumieniem. W Gazie od ciosu nożem zginął Szlomo Sakal, izraelski sprzedawca wyrobów z tworzyw sztucznych – pisze w swojej autobiografii Musab Hasan Jusuf, syn jednego z założycieli Hamasu. – Zaledwie kilka dni później w obozie dla uchodźców Dżabalija w Gazie cztery osoby poniosły śmierć w zwykłym wypadku samochodowym. Rozeszła się jednak pogłoska, że Izraelczycy zabili tych ludzi w odwecie za śmierć Sakala. W Dżabalii wybuchły zamieszki. Jakiś siedemnastolatek rzucił koktajlem Mołotowa i został zastrzelony przez izraelskiego żołnierza. W Gazie i na Zachodnim Brzegu na ulice wyległy tłumy demonstrantów, a Hamas stanął na czele rozruchów, które otworzyły nowy rozdział walki z Izraelem” – opisuje.

Pozostało 95% artykułu
2 / 3
artykułów
Czytaj dalej. Subskrybuj
Historia świata
Krwawiący czarnoziem. Lwów, spleciona historia Ukraińców i Polaków
Historia świata
Zdobycie Bastylii. Rewolucja pożera własne dzieci
Historia świata
Skomplikowane drogi Polaków do niemieckich oddziałów Schutza. Tak chcieli bronić Wołynia
Historia świata
Sentinelczycy, najbardziej izolowana populacja na świecie
Materiał Promocyjny
Mazda CX-5 – wszystko, co dobre, ma swój koniec
Historia świata
III Rzesza: rasowe i cywilizacyjne „wyniesienie” niemieckiego narodu
Materiał Promocyjny
Branża bankowa gorszy okres ma za sobą