Trupi synod

Historia dowodzi, że szukając zemsty na swoim politycznym przeciwniku, można się często bardzo oszukać i zniszczyć własną reputację.

Publikacja: 16.03.2023 22:00

„Trupi synod”, czyli pośmiertny sąd nad papieżem Formozusem zwołany w 897 r. w Rzymie przez papieża

„Trupi synod”, czyli pośmiertny sąd nad papieżem Formozusem zwołany w 897 r. w Rzymie przez papieża Stefana VI, obraz Jeana- -Paula Laurensa z 1870 r.

Foto: Musée des Beaux-Arts, Nantes / Aputró / wikipedia / domena publiczna

Szczególnie kiedy dotyczy to tak kontrowersyjnego procederu, jakim jest proces nad człowiekiem, który nie może się już bronić. Bywa, że dowody winy są bezsprzeczne. Nie ma wówczas wątpliwości, że wyrażanie opinii o czyjejś odpowiedzialności opiera się na twardym materiale dowodowym, którego nikt nie jest w stanie zdeprecjonować. Tak mamy w przypadku wielu wielkich zbrodniarzy wojennych.

Ludzie, którzy na przykład zaprzeczają udokumentowanemu ludobójstwu, są zwyczajnie oszustami i z zawodem historyka nie mają wiele wspólnego. Kto twierdzi, że nie było KL Auschwitz, zbrodni katyńskiej, masakry nankińskiej, cierpienia Ormian czy rzezi wołyńskiej jest po prostu oszustem. Takich ulepszaczy historii znam wielu.

Istnieje też inna forma rozliczeń z przeszłością, która u mnie budzi wstręt i niepokój. Sztandarowym przykładem takiego niezwykle obrzydliwego widowiska był „trupi synod” zwołany w 897 r. w Rzymie przez papieża Stefana VI.

Opętany żądzą zemsty biskup Rzymu nakazał wyjąć z grobu zwłoki swojego poprzednika papieża Formozusa, ubrać je w szaty pontyfikalne i posadzić na papieskim tronie. Wokół rozkładającego się trupa toczył się jeden z najbardziej groteskowych, a jednocześnie ponurych procesów w historii świata. Pozbawiony prawa do obrony papież Formozus został pośmiertnie oskarżony o apostazję. Szczytem absurdu był wyrok skazujący go na śmierć. Z oczywistych powodów nie mógł zostać wykonany, ale ogarnięty żądzą zemsty papież Stefan VI kazał wrzucić truchło swojego poprzednika do Tybru. Zanim to jednak uczyniono, Stefan VI odciął zwłokom Formozusa trzy palce prawej ręki – te, „którymi błogosławił, namaszczał i składał przysięgę”.

„Trupi synod” wcale nie zdeprecjonował pontyfikatu Formozusa, a jedynie ośmieszył obłędnie mściwego papieża Stefana VI. Przez wieki proces ten był uważany za jedno z najbardziej wstydliwych wydarzeń w historii Kościoła. Nikt z następców Stefana VI nie zastanawiał się, czy miał on rację, oskarżając Formozusa. To nie proces był ważny, ale sposób jego przeprowadzenia. Uczynił on ze Stefana VI największego błazna w historii chrześcijaństwa, a z Formozusa najsmutniejszą ofiarę ludzkiej nienawiści. „Trupi synod” wbrew zamiarom jego organizatora dowiódł, że historia nie znosi poprawek. Żadna pośmiertna degradacja, próba odebrania tytułu czy godności nie jest niczym innym jak tylko ośmieszeniem i całkowitą kompromitacją osoby, która postuluje takie działanie.

Istnieje wielka różnica pomiędzy całkowicie obiektywnym dochodzeniem prawdy historycznej a próbą celowego przedstawienia zmarłej osoby publicznej w określonym świetle. Kiedy nie mamy niepodważalnych dokumentów i dowodów czyjejś winy, to każde sugerowanie tej winy jest prostackim i w ostateczności bardzo głupim szkalowaniem i pomówieniem. Próba zmiany wizerunku postaci historycznej wymaga bezbłędnego przygotowania, ogromnej znajomości epoki, w której żył ten człowiek. Bez takiego merytorycznego uzbrojenia zawsze oskarżycielowi grozi degradacja do poziomu zwykłej hieny cmentarnej.

Historią nie powinni zajmować się ludzie o mentalności inkwizytorów ani ludzie emocjonalnie związani z określoną grupą polityczną, religijną czy zawodową. Historyk to nie sędzia ani prokurator, ale neutralny narrator opisujący jedynie fakty, zawsze z zastrzeżeniem, że może dysponować niepełnym materiałem dowodowym. Tym bardziej zasady te powinny dotyczyć dziennikarzy rozliczających przeszłość.

Tylko bezsprzeczne dowody pozwalają na wyciąganie bezsprzecznych wniosków. A i w takim wypadku zawsze historyk powinien brać pod uwagę cały szereg uwarunkowań, które w jego czasach mogą być zupełnie inne niż w czasach, kiedy żyła osoba, której działalność badamy. Jak na przykład możemy oceniać niektóre postawy moralne w czasach hitlerowskiego lub sowieckiego terroru w okupowanej Polsce? Czy wolno nam stosować tę samą miarę norm moralnych, na jaką możemy sobie dzisiaj pozwolić w czasach absolutnej swobody wypowiedzi? Tylko ktoś, kto żył w określonej epoce, może z perspektywy własnych wspomnień pozwolić sobie na bardzo ostrożne oceny moralne ludzi żyjących w tamtych czasach. A i tak ryzyko błędnej oceny jest zawsze olbrzymie.

Szczególnie kiedy dotyczy to tak kontrowersyjnego procederu, jakim jest proces nad człowiekiem, który nie może się już bronić. Bywa, że dowody winy są bezsprzeczne. Nie ma wówczas wątpliwości, że wyrażanie opinii o czyjejś odpowiedzialności opiera się na twardym materiale dowodowym, którego nikt nie jest w stanie zdeprecjonować. Tak mamy w przypadku wielu wielkich zbrodniarzy wojennych.

Ludzie, którzy na przykład zaprzeczają udokumentowanemu ludobójstwu, są zwyczajnie oszustami i z zawodem historyka nie mają wiele wspólnego. Kto twierdzi, że nie było KL Auschwitz, zbrodni katyńskiej, masakry nankińskiej, cierpienia Ormian czy rzezi wołyńskiej jest po prostu oszustem. Takich ulepszaczy historii znam wielu.

Pozostało 84% artykułu
2 / 3
artykułów
Czytaj dalej. Subskrybuj
Historia świata
„2001: Odyseja kosmiczna”: Horyzont marzeń
Historia świata
Marek Aureliusz. Życiowe drogowskazy cesarza filozofa
Historia świata
Czy Mikołaj Kopernik był Polakiem? Trzy nieścisłości w jednym zdaniu
Historia świata
Niezwykła Toskania: Lukka
Akcje Specjalne
Naszym celem jest osiągnięcie 9 GW mocy OZE do 2030 roku
Historia świata
Rocznica D-Day. Joe Biden: 80 lat temu żołnierze przeszli próbę stuleci
Historia świata
Czy Ameryce grozi rozpad?