Tego dnia mój szef, który był z pochodzenia Włochem, poznał mnie z legendarnym amerykańskim radiowcem Bobem Grantem, ikoną nowojorskiego dziennikarstwa, którego Larry King nazywał „gniewnym człowiekiem radia”. Bob miał niesamowitą osobowość. Dla mnie był kwintesencją Nowego Jorku, człowiekiem o wyraźnie konserwatywnych poglądach, wrogiem komunizmu we wszystkich jego odmianach, przyjacielem Richarda Nixona, Nelsona Rockefellera, Geralda Forda, Ronalda Reagana i wielu innych republikańskich polityków. Demokratów nie znosił tak jak Sowietów. Z jednym jednak wyjątkiem. Miał wielki szacunek dla poglądów profesora Zbigniewa Brzezińskiego.
Powiedział mi wtedy, że z przyczyn językowych nie rozumie, o czym mówię w moich audycjach, ale ma nadzieję, że myślę tak jak rodak „Big Zbig”.
Rosja może być albo imperium, albo demokracją, ale nie może być jednocześnie i jednym, i drugim
Wtedy od niedawna prezydentem Rosji był hołubiony przez Billa Clintona, jowialny, wiecznie podpity, ale dający się lubić Borys Jelcyn. Poglądy Brzezińskiego były więc uważane za przesadnie rusofobiczne. Nawet Jan Nowak-Jeziorański sugerował mi w rozmowie, że są one w stosunku do Rosji „mało elastyczne”.
Wszystko wskazywało, że Rosja – choć przechodzi trudny okres chaosu – wkrótce stanie się jedną z największych demokracji świata. Tylko Zbigniew Brzeziński studził ten entuzjazm, powtarzając w różnych wariantach tę swoją słynną maksymę: „Rosja może być albo imperium, albo demokracją, ale nie może być jednocześnie i jednym, i drugim”.