W słoneczny poranek 13 grudnia naprawdę nie było „Teleranka”, za to od rana po Hucie jeździły milicyjne furgonetki i zabierały różnych panów na komendę. Jeden z nich wyskoczył z balkonu prosto w śnieg w samych kalesonach i przepadł gdzieś „na ogródkach działkowych”. Po latach dowiedziałem się, że był to Mieczysław Gil, bliski współpracownik Wałęsy. Inny, kiedy po niego przyszli, siedział akurat w samochodzie marki Syrena i próbował odpalić silnik. Miał z tym problem, poprosił więc o pomoc panów w mundurach. Ci grzecznie, nie mając pojęcia, komu pomagają, wsparli jego wysiłek ucieczki przed obławą.