16 grudnia 2004 r. w związku z wypowiedzią Wałęsy dla TVP3 gen. Siwicki i Kiszczak napisali do Wałęsy list, w którym pisali, że skoro „jacyś generałowie” dzwonili do niego w pierwszych dniach stanu wojennego i mówili, że „musi kilku zginąć”, to proszą, by ujawnił nazwiska owych generałów, bo oni nie przypominają sobie takich rozmów (Wałęsa twierdził, że przed masakrą w kopalni Wujek dzwonili do niego generałowie, z których jeden mówił, że "kilku musi zginąć, żeby zastraszyć").
Czytaj także: Archiwum generała Kiszczaka - część 2. Reprymenda
Wałęsa na Twitterze przekonuje, że listy o których pisze "Rzeczpospolita" "pojawiły się stosunkowo niedawno i nie pisał ich Kiszczak".
"Powstają na zamówienie pod zasłyszane niedokładne informacje. Autorzy są znani i po zebraniu dowodów będą ujawnieni" - przekonuje były prezydent.
Następnie Wałęsa relacjonuje, że kiedy 13 grudnia 1981 r. został internowany trafił do willi w Konstancinie. "Po przespaniu się podniosłem słuchawkę telefon. Zgłosił się generał, nazwiska nie pamiętam. Powiedziałem generałowi, by przekazał gdzie należy, że jeśli gdziekolwiek dochodzić będzie do niebezpiecznych zdarzeń, jestem gotów tam jechać i rozładować napięcie by nie doszło do przemocy" - relacjonuje były prezydent.
"Generał odpowiedział ze jest wojna i ludzie muszą w to uwierzyć i jeszcze mówił ale rzuciłem słuchawkę" - wspomina.
Wałęsa dodaje następnie, że jego rozmówca przekonywał go, iż "muszą strzelać by przestraszyć".
"Następnego dnia przyjechał (Mieczysław) Rakowski. Odmówiłem i kazałem pilnującym by go zrzucili ze schodów. Świadkiem jest biskup (Alojzy) Orszulik".