Niewiele rysują o Kolumbie komiksów, niewiele wydają inspirujących powieści dla dorastającej młodzieży płci męskiej (i pomyśleć, że jeszcze niedawno, w Dwudziestoleciu pisali o Kolumbie książki dla chłopców i Tadeusz Peiper, i Wanda Wasilewska!). Uznani intelektualiści urągają wysłannikowi Ich Katolickich Mości od lat. Najgłośniejszy Noam Chomsky jak w roku obchodów Pięćsetlecia zaczął publikować pamflety na wielki podbój Ameryk, tak nie może przestać. Ale przecież i wielu innych historyków, od Kirkpatricka Sale po Raya Gonzáleza twierdzi stanowczo, że rok 1492 powinniśmy postrzegać wyłącznie w kategoriach bezprawia, uzurpacji i imperialnej przygody białych ludzi.
Coś jest na rzeczy. „Komunizm wykończył sto milionów osób – podsumowuje groteskowy, wzruszający bohater filmowej »Inwazji barbarzyńców«, broniąc swojej mizantropii. – Ale przecież uczniowie Kolumba, konkwistadorzy, zniszczyli w XVI wieku sto kilkadziesiąt milionów. I to prostymi, ręcznymi środkami: rapierem i ogniem. Co za determinacja!”.
Jest w tym prawda, którą nieczęsto dostrzegamy w Polsce, sami czując się po trosze (i niebezzasadnie) jednym z przypisów do „Czarnej księgi komunizmu”. Do nieopłakanych cywilizacji, po których nie ostało się ani słowo, ani grot, ani rzemyk, wypada nam liczyć i wszystkie ludy szczęśliwych Indian, wycięte w pień albo spisane na straty drobnym pismem ospy.
Tylko czy Kolumbowa to wina, a choćby i współodpowiedzialność?
Niewiele o nim wiemy, ale z kilku zapleśniałych kronik i pamfletów dedukujemy kilka rysów. Przede wszystkim może męską wytrwałość i zarazem chłopięcą fantazję. Ta pierwsza była potrzebna, by przekonać uczonych i dwory, narzucić swoją wolę marynarzom, ta druga – żeby szukać Indii, legendarnych Indii, chociaż w Lizbonie czekała intratna posada kartografa. Chyba właśnie te dwie cnoty tak zachwycają wszystkich nastoletnich bohaterów marzących o żegludze w pięknym wieku dziewiętnastym – od Tomka Sawyera, przez piętnastoletnich kapitanów Verne’a, aż po dwóch uczniów w gubernialnym mieście z humoreski Czechowa. Nie najgorszy to był może mit i inspiracja – można dziś westchnąć, przysłuchując się mimo woli na przystanku uczniom Technikum Samochodowego.
Ale jest jeszcze jeden talent kolumbowy, który warto przywołać i który ostał się w języku potocznym. Zwykle nie pamiętamy wszystkich periculów, zatok i zwrotów fortuny Genueńczyka, ale każdy ma w pamięci tą obturlaną w niezliczonych zbiorach anegdot, brodatą opowieść o „jajku Kolumba”, które Nawigator zdołał podczas jednej z dysput postawić na sztorc, nadtłukując o kamienny blat stołu podstawę skorupki.
Nieważne, że anegdota jest starsza od Kolumba – znały ją od zawsze ludy romańskie, a Giorgio Vasari na przykład przytaczał ją, chwaląc włoskich architektów. Ważne, że dla nas zrosła się już na zawsze z postacią Nawigatora. Pokrewna historii o węźle gordyjskim, jajeczna anegdota mówi o odkrywaniu rozwiązań tak oczywistych, że dla nikogo niezauważalnych, o możliwości, która jest na wyciągnięcie ręki, o otwierającym się nagle szlaku. Choćby prowadzącym do Indii, tyle, że na zachód. I o tym, że ujrzawszy go, warto wytrwale nim żeglować.
Wojciech Stanisławski, historyk, dziennikarz „Rzeczpospolitej”, redaktor cyklu „Odkrywcy i Wynalazcy”