Pijak zajął miejsce, ledwie co widzi i słyszy, więc pyta sąsiada:
– Panie, kto to tam siedzi przy czarnym pudle i bębni?
– To pan nie wie? To wielki artysta, pianista światowej sławy Artur Rubinstein!
– A te białe klocki, w które wali?
– No przecież to są klawisze fortepianu...
– A z czego one są?
– Klawisze tej klasy instrumentu są wykonane z kości słoniowej.
– Patrz pan, co te Żydy ze słoniami wyprawiają!
Dowcip raczej niewybredny, ale w jakimś stopniu oddaje prymitywizm nastawień antysemickich, obcych może bywalcom filharmonii, ale pojawiających się jeszcze tu i ówdzie, zwłaszcza po spożyciu wody ognistej. Chociaż we wspomnianej przez autora tego zeszytu, prof. Mariana Fuchsa, polsko-żydowskiej wojnie z połowy XIX wieku właśnie melomani z obu stron obrzucali się inwektywami z gatunku „słoń a sprawa żydowska”. Szczęśliwie, jak pisze profesor, awantura zmieniła się w „sielankę polsko-żydowskiego zbratania”.
„Wojna” przypomniała dowcip, ale „sielanka” przyszła mi na myśl, kiedy wieczorem poprzedniej niedzieli oglądałem transmisję telewizyjną krakowskiego koncertu „Szalom na Szerokiej”.
Pokolenia wielkich kantorów, o których też czytamy w niniejszym zeszycie, słychać było w śpiewie ich znakomitego spadkobiercy. Z kolei w zabawnych występach klezmerów jakby brzmiało echo Mordechaja Gebirtiga – Trubadura Galicji, jak go przedstawia na sąsiedniej stronie prof. Szewach Weiss. Krakowską młodzież, śpiewającą oraz tańczącą razem z wykonawcami, i uśmiechniętych ludzi w oświetlonych oknach powinni zobaczyć ci wszyscy, którzy skłonni są przypisywać nam złe skłonności wyssane rzekomo z mlekiem matki...
O żydowskim zamiłowaniu do ksiąg i do nauki mieliśmy okazję już pisać w tym cyklu (patrz np. zeszyt 4 „Jerozolima północy”). O mądrości podniesionej do rangi świętości. O tym tak charakterystycznym powiązaniu wpojonym już nie dziesiątkom, lecz setkom pokoleń... Z tej gleby wyrośli znakomici wydawcy, antykwariusze, tłumacze i literaci, bez których trudno sobie wyobrazić kształt polskiej kultury. Owi Orgelbrandowie i inni, o których tak ciekawie pisze prof. Fuchs.
Na koniec będzie wspomnienie ze stanu wojennego. Gdy leżałem w domu z nogą w gipsie (skutek braku zimowych butów, a nie na przykład uderzenia zomowca, prawdę mówiąc), przychodzili w odwiedziny różni przyjaciele, znajomi i sąsiedzi. Niektórzy przynosili wiadomości, inni bibułę, a jeszcze inni samogon. Ale szczególnie wzruszył mnie szkolny kolega, który przyniósł wielką torbę wypchaną książkami i powiada:
– To najlepsze książki, jakie mam. Pomyślałem, że masz teraz dużo czasu, więc wybierz, czego jeszcze nie czytałeś.
I tak poznałem hobbitów Tolkiena. A teraz Jurka oraz władcę pierścieni przypomniał mi Orgelbrand.