Dwóch chasydów
dyskutuje o popularności swoich cadyków. Jeden z nich mówi:
– Kiedy mój rebe, cadyk z Berdyczowa, przyjeżdża do Warszawy, to całe miasto jest podniecone i gdziekolwiek się pojawi, ludzie pokazują go, mówiąc: „Patrzcie, patrzcie, to jest ten wielki cadyk z Berdyczowa”.
– Phi, też popularność – mówi drugi. – Kiedy mój cadyk, rabin z Góry Kalwarii, był w Rzymie, udał się z wizytą do papieża. Kiedy papież odwoził go lektyką do hotelu, wszyscy rzymianie pytali się: „Kto to jest ten goj ubrany na biało, co siedzi koło cadyka z Góry Kalwarii?”.
U lekarza
zjawił się pewien Żyd.
– Doktorze, potrzebuję pomocy – stwierdził. – Niech pan coś poradzi, bo ja ciągle do siebie mówię.
– Czy odczuwa pan jakieś bóle? – spytał lekarz.
– Nie.
– Nie ma się pan czym martwić – powiedział lekarz. – Widzi pan, miliony ludzi mówią do siebie…
– Tak, panie doktorze – rzekł pacjent. – Ale pan nie ma pojęcia, jaki ze mnie nudziarz.
Spotyka się
dwóch Żydów, jeden z Warszawy, drugi z Berdyczowa. Warszawski zainteresował się małym miasteczkiem. Przedstawiciel Berdyczowa opowiada o nim:
– W naszym miasteczku mieszka 2 tysiące Żydów i 100 gojów. A u was?
– U nas w Warszawie mieszka jakieś ćwierć miliona Żydów.
– Ho, ho, ho, a ilu gojów jest u was? – pyta berdyczowianin.
– Chyba z milion – odpowiada warszawiak.
– To po co wam tylu gojów?
(na podst. „Mądrości żydowskich”, zebrał, tłumaczył i opracował Aleksander Drożdżyński, Warszawa 1960)