Jaki jest żołnierz polski? Żołnierz polski walczy zaciekle i rzadko poddaje się do niewoli. Najpierw trzeba tego żołnierza potężnie uderzyć, żeby wreszcie propaganda rewolucyjna do niego dotarła" – pisał Jerzy Bordziłowski, polski komunista i żołnierz Armii Czerwonej.

Rzeczywiście, polscy żołnierze rzadziej niż przeciwnicy poddawali się i szli do niewoli. Słabość obu armii stanowiła dyscyplina, ale w wojsku polskim była ona lepsza niż w armii przeciwnej. W obu armiach dominowali żołnierze pochodzenia chłopskiego, niemniej różniła się ich świadomość obywatelska, przywiązanie do tradycyjnych wartości takich jak wiara religijna, obyczaje. Polscy żołnierze identyfikowali się z wojskiem polskim, powiadając, że służą w „polskiej armii" lub w „naszej armii". Takiego stopnia identyfikacji nie było w Armii Czerwonej. Między innymi na skutek tego żołnierzy bolszewickich częściej niż polskich nachodziła ochota, aby zdezerterować, a także poddać się i iść do niewoli.

Rozkaz, którego nie było

W 1919 roku w obozach polskich umieszczono około siedmiu tysięcy jeńców – żołnierzy Armii Czerwonej. Podczas wyprawy kijowskiej do niewoli trafiło mniej więcej 20 tysięcy, ale część spośród nich odbili kawalerzyści Budionnego. Ostatecznie szacuje się, że po zakończeniu wojny w polskiej niewoli znalazło się około 80–85 tysięcy jeńców. Według ustaleń Zbigniewa Karpusa do Rosji powróciło 65 tysięcy jeńców, co oznacza, że w obozach jenieckich zmarło 16–17 tysięcy. Najwięcej w Strzałkowie i w Tucholi. Według rosyjskiego badacza Giennadija Matwiejewa zmarło 18–20 tysięcy. Badacze rosyjscy stale poszukiwali rozkazu Józefa Piłsudskiego, który jakoby nakazał rozstrzeliwać jeńców w obozach – ale takiego nie znaleźli, gdyż nigdy nie został wydany.

Profesorowie Zbigniew Karpus i Stanisław Alexandrowicz ustalili, że w kilkudziesięciu obozach sowieckich (i litewskich) przebywało około 51 tysięcy polskich jeńców, z czego zmarło 20 tysięcy, a powróciło ponad 26 tysięcy, w tym jedynie czterystu osiemnastu oficerów. Czyli więcej zmarło w obozach w Rosji niż w Polsce, a procentowo w stosunku do ogółu jeszcze więcej, gdyż ponad czterdzieści procent. Tytułem porównania trzeba podkreślić, że podczas Wielkiej Wojny w obozach jenieckich we Francji i we Włoszech śmiertelność sięgała od pięciu do dziesięciu procent, a w osmańskich przekraczała trzydzieści procent.

Jeńcy, żołnierze Wojska Polskiego, byli niejednokrotnie kierowani do tych samych obozów w Rosji, w których przed 1918 rokiem przetrzymywano żołnierzy państw centralnych. Od tego czasu ich wyposażenie znacznie się pogorszyło, podobnie jak jakość wyżywienia, choć nie było to następstwem świadomej polityki władz bolszewickich, lecz beznadziejnego stanu aprowizacji w Rosji, chaosu i bałaganu. O wyjątkowym szczęściu mogli mówić ci, którzy otrzymali paczki za pośrednictwem PCK. Jeńcy spali często na ziemi, pozbawieni sienników i koców. Masowo chorowali i szybko umierali, gdyż często wybuchały epidemie chorób zakaźnych. Problemem były odmrożenia. W Krasnojarsku „lekarstw nie dawano i najprymitywniejszych wygód dla chorych nie uwzględniano [...] w ścisku i zaduchu zaraza się szerzyła" – pisał jeden z polskich jeńców. Zatrzymani musieli pracować – i to bez wynagrodzenia, gdyż władze bolszewickie uznały, że nie obowiązują ich konwencje haskie jako burżuazyjne.

W obozach prowadzono intensywną działalność agitacyjną i propagandową, zakładano biblioteki i bufety, a analfabetom propagandyści czytali teksty między innymi z pisma „Głos Komunisty", wydawanego w Kijowie. Wszystko to czyniono w celu pozyskania jeńców dla rewolucyjnej idei. Niejeden dał się skusić i w nagrodę otrzymał ofertę pracy w Polsce w charakterze szpiega lub agitatora. Polski kontrwywiad doskonale zdawał sobie z tego sprawę i próbował się zabezpieczyć przed wrogą infiltracją. Z kolei inni pozyskani zostali wcieleni do powstającej Polskiej Armii Czerwonej.

Zadawniona nienawiść

Los oficerów był znacznie gorszy niż szeregowców. Byli torturowani, bici i wzywani na całonocne przesłuchania. Otrzymywali jeszcze mniej pożywienia niż szeregowi żołnierze, ciężej pracowali i szybciej umierali. Ale i tak mogli mówić o szczęściu, że trafili do obozu, a nie zostali natychmiast zabici po dostaniu się do niewoli. Wrogość bolszewików do oficerów sięgała roku 1917, kiedy to zbuntowani żołnierze komuniści zabijali oficerów wiernych Rządowi Tymczasowemu, a podobnie postępowali później z białymi oficerami. Dlatego nie może dziwić, że oficer, synonim pana, był śmiertelnym wrogiem robotniczo-chłopskiej armii.

Najczęściej zabijano tych, którzy długo i dzielnie się bronili. Ci, co się szybko poddawali, byli oszczędzani. „Wszyscy byli rąbani lub strzelani na miejscu. Leżeli w tych strasznych, dziwacznie pokręconych pozach, w tym strasznym, nieraz zamarłym w oczach przerażeniu, jakie pozostawia na trupach ślad śmierci zadanej z broni białej lub z bezpośredniej bliskości. Ten widok o świtaniu dnia następnego był wstrząsający" – pisał jeden z polskich oficerów.

Zabijanie oficerów miało osłabić opór. Dlatego zdarzały się sytuacje, że już na samą wieść, iż atakują bolszewicy, oficerowie pierzchali z pola walki, a inni zdzierali dystynkcje lub zmieniali mundury, chcąc się upodobnić do żołnierzy.

Bolszewicy zabijali jeńców także ze względów praktycznych, aby nie wstrzymywać tempa natarcia własnych wojsk. Jeńcy stanowili przecież tylko obciążenie. Należało ich przetransportować, opiekować się nimi, udzielać im pomocy medycznej, karmić ich. To było kosztowne, a ponadto część żołnierzy, która mogła być na froncie, musiałaby zostać skierowana do transportu jeńców. Stale praktykowanym procederem było także dobijanie rannych kolbami i bagnetami. Niejednokrotnie także bezcześcili ich ciała, jak choćby pod Zadwórzem, gdzie po bitwie udało się zidentyfikować jedynie trzydzieści procent ogółu zabitych.

Ręka ponad ziemią

W tym haniebnym procederze przodowali żołnierze dywizji kawaleryjskich Siemiona Budionnego i Gaj-Chana. W polskim raporcie z 4 września 1920 roku mogliśmy przeczytać: „Stwierdzono rozstrzeliwanie rannych oficerów oraz znęcanie się nad jeńcami przez bolszewików". Bolszewicy chętnie też zakopywali żywcem, pozostawiając jedną rękę wytkniętą ponad ziemię, aby można było oglądać, czy zakopany jeszcze żyje, czy już wyzionął ducha, i dla sadystycznej przyjemności. W ludowej tradycji rosyjskiej i ukraińskiej takie przypadki karania były praktykowane od wieków i to na dużą skalę i nie traktowano tego jako czegoś gorszącego.

Wojskowe władze bolszewickie zachęcały do zabijania jeńców. W świetle tego, co wyżej, zbrodnia katyńska z 1940 roku nie mogła być niespodzianką. W nagrodę zabójca mógł przywdziać sobie mundur i buty zabitego, a nieraz jak miał szczęście, to i wyrwać jego złote zęby, by później je sprzedać. Jeńców zamordowano między innymi w Lidzie, Ostrołęce, Berdyczowie, Białymstoku, Wilnie, Chorzelach, Zwiahelu (Nowogrodzie Wołyńskim), Kolnie, Klekotowie, Płocku, Szydłowie, Zadwórzu.

Według polskich szacunków bojcy Budionnego, podobnie jak Gaj-Chana, zabili ponad tysiąc jeńców. Ale bywało, że i piechurzy mordowali. Jerzy Konrad Maciejewski pisał w dzienniku: „Dosyć tych mordów! [...] straszna wojna, w której dobijają rannych, mordują jeńców". Budionny spalił dwa szpitale, w tym jeden w Berdyczowie, z 600 rannymi i chorymi. Tylko niektórzy zdołali ujść z życiem. Zgodnie z zarządzeniem o oszczędzaniu naboi żołnierze zabijali bronią białą.

Nie inaczej postępowali żołnierze Gaj-Chana, jak choćby w Chorzelach, gdzie zamordowali polskich jeńców. Jeden z polskich oficerów pisał: „Widok pola robił przykre wrażenie. Leżała na nim wielka ilość trupów [...] żołnierze i oficerowie, nie tyle ranni i zabici w czasie walki, ile pozabijani już po walce, jako jeńcy wzięci do niewoli bolszewickiej. Całe długie szeregi trupów w bieliźnie tylko i bez butów, leżały wzdłuż płotów i w pobliskich krzakach. Byli pokłuci szablami i bagnetami, mieli zmasakrowane twarze i powykłuwane oczy".

Przypadki mordowania jeńców potwierdzili brytyjscy i francuscy oficerowie, którzy wizytowali pola walki. 6 maja 1919 roku dyplomatom i wojskowym zachodnim akredytowanym w Warszawie oraz członkom misji wojskowych zaprezentowano film dokumentujący sowieckie zbrodnie na jeńcach i cywilach. Gibson zapisał w dzienniku, że było „to interesujące, chociaż makabryczne przedstawienie okrucieństw popełnianych przez bolszewików".

Koło Kolna w sierpniu 1920 roku bolszewiccy żołnierze puścili wolno kolumnę składającą się z około stu jeńców z rękoma związanymi na plecach, po czym użyli ich do ćwiczeń jako żywych manekinów. Dobrze znane i często cytowane są teksty Izaaka Babla, komisarza politycznego na froncie ukraińskim, który co kilkanaście dni w swoim dzienniku zapisywał podobne sceny: „Żyć się odechciewa, mordercy, niesłychana podłość, przestępstwo [...]. Pędzą jeńców, zrywają z nich mundury, buty [...] błagam [...], żeby nie zabijać jeńców [...] Nie patrzyłem im w twarze, przebijali jeńców pałaszami, dostrzeliwali trupy na trupach, jednego jeszcze obdzierają, drugiego dobijają, jęki, krzyki, charkot [...] Piekło. Jakąż to wolność przynosimy, okropieństwo". Budionny oskarżał Babla o „grzebanie w śmieciach na placyku od podwórza jego armii".

Wet za wet

Zdaniem bolszewickiej propagandy zabijanie jeńców miało być odwetem za polskie zbrodnie na sowieckich jeńcach, o czym między innymi opowiadał Lew Trocki. Czy rzeczywiście zdarzały się sytuacje, że Polacy zabijali jeńców bolszewickich? Tak, dochodziło do nich. Najczęściej ofiarą polskich plutonów egzekucyjnych padali jeńcy komisarze polityczni i czekiści, czyli ci sami, którzy byli inicjatorami zabijania polskich jeńców oraz dobijania rannych.

Kazimierz Świtalski, przyszły premier, pisał: „Demoralizowanie armii bolszewickiej przez dezercję na naszą stronę jest utrudnione na skutek zaciętego i bezwzględnego wyrzynania przez naszych żołnierzy jeńców". Podobne uwagi poczynił Kukiel w rozkazie z 26 sierpnia: „Każdy wypadek okrutnego obchodzenia się z jeńcem, zabijanie go, męczenie, bicie, może tylko radować przywódców bolszewickich, gdyż przyczynia się do utrzymania w całości rozpadającego się wojska [...]. Pamiętajcie, że jeśli z dziczą walczymy, należy nam tem bardziej strzec nieskalanej czystości naszego żołnierskiego honoru".

Kiedy Sikorski dowiedział się o brutalnym zamordowaniu polskich jeńców przez kozaków Gaj-Chana, wydał 22 sierpnia ostrzeżenie, że „każdy przyłapany na rabunku czy walce z bezbronną ludnością będzie na miejscu rozstrzelany", a dwa dni później generał Krajowski nakazał rozstrzelać kilkudziesięciu kozaków, którym udowodniono znęcanie się i zamordowanie polskich jeńców z 49 Pułku Piechoty 18 Dywizji Piechoty (DP). Egzekucję w ramach polityki odwetowej przeprowadzili żołnierze tego samego pułku. W późniejszym czasie niejeden raz wypominano to Krajowskiemu i Sikorskiemu. Jednak w sumie z polskiej strony przypadki mordowania jeńców sowieckich miały charakter incydentalny, a częstszy – ich rabowania.

Obozy po zaborcach

Większość spośród jeńców bolszewickich trafiła do obozów zlokalizowanych w centralnej i zachodniej części Polski, między innymi w Tucholi, Strzałkowie, Wadowicach, Pikulicach, Szczypiornie, Dęblinie, Kaliszu, Łańcucie. Wcześniej obozy te służyły armiom zaborczym. Nowych, poza Rembertowem, nie budowano, a jedynie niektóre, tak jak obóz w Tucholi, rozbudowano. Na wznoszenie nowych obiektów nie było ani czasu, ani środków finansowych.

Lord D'Abernon po wizycie w Rembertowie pisał, że rząd polski ma poważne trudności z wyżywieniem jeńców, co było następstwem kłopotów aprowizacyjnych, niemniej oceniał, że „traktowanie jeńców jest najzupełniej zadowalające. Nie dostrzegłem żadnego śladu znęcania się nad bezbronnymi. Jeńcy uważani są przez Polaków raczej za nieszczęśliwe ofiary niż za znienawidzonych wrogów. Widziałem, że są zdrowo i dobrze karmieni, a większość z nich robi wrażenie uszczęśliwionych z tego, że oto żyje sobie bezpiecznie i daleko od linii frontu".

Ale nie we wszystkich obozach było tak pięknie. Panowały w nich z reguły znacznie gorsze warunki, co stanowiło między innymi następstwo zagęszczenia, bowiem oprócz żołnierzy sowieckich przez pewien przynajmniej czas byli w nich przetrzymywani żołnierze z Zachodnioukraińskiej Republiki Ludowej (ZURL) i Ukraińskiej Republiki Ludowej (URL), a także żołnierze białych formacji rosyjskich, które zostały internowane, przede wszystkim z formacji generała Nikołaja Bredowa. Polska nie była przygotowana na przyjęcie tak licznych jeńców, dlatego w barakach i budynkach obozowych przebywało ich kilkakrotnie więcej niż przewidywały limity.

Po przybyciu do obozów chorych, w tym choleryków i tyfuśników, kierowano – jeśli to było możliwe – do ambulatoriów i więziennych szpitali, a zdrowych do punktów dezynfekcyjnych, gdyż powszechnie byli zawszeni. Po czternastodniowej kwarantannie trafiali na oddziały. Warunki, jakie w nich panowały, najczęściej nie były najlepsze, a niekiedy bardzo złe. Często brakowało w nich koców, sienników, ciepłej odzieży. Niska była wartość kaloryczna posiłków.

Kiedy w grudniu 1920 roku obóz w Wadowicach odwiedził przedstawiciel Ligi Narodów, napisał: „Uważam ten obóz za jedną z najstraszniejszych rzeczy, jakie widziałem w życiu", ale w innych obozach warunki wcale nie prezentowały się lepiej. Dopiero z czasem zaczęły się poprawiać, głównie w następstwie interwencji polskich polityków i wojskowych. Lecz nie wszędzie i nie zawsze warunki uległy zmianie na lepsze, co potwierdzały komisje MSWojsk. odwiedzające obozy. W raporcie z wizytacji w grudniu 1920 roku w Tucholi pisano: „W jednej ziemiance około dwustu sześćdziesięciu jeńców leżało na ziemi, bez pieców, drzwi i okien, z odmrożonymi nogami, bez bielizny i obuwia".

Problemy obozów jenieckich były następstwem głównie dramatycznej sytuacji aprowizacyjnej w Polsce. Powszechnie brakowało lekarstw, a okresowo żywności dla ludności cywilnej, ale też dla żołnierzy. W takiej sytuacji uznano, że jeńcy bolszewiccy są na dalszej liście potrzeb, pierwszeństwo zaś w dostawach żywności i medykamentów mają polscy żołnierze. Czyli nie była to celowa polityka władz polskich głodzenia jeńców, która miała doprowadzić do ich szybkiej śmierci, jak sugerowała historiografia sowiecka i rosyjska. Najlepiej wiodło się jeńcom pracującym, gdyż mieli prawo do otrzymania wyżywienia równego normom polskich żołnierzy w garnizonach.

Problem opłakanych warunków, w jakich przebywali jeńcy bolszewiccy, stał się przedmiotem między innymi debat rządu, prasy i Sejmu. 23 lutego 1920 roku w Sejmie posłowie tak to oceniali: „Stosunki w aresztach są gorsze niż w czasach rosyjskich, więźniowie bywają bici i katowani głodem, przebywają w kazamatach nieogrzewanych i zapadają na zdrowiu". Szczególnie na cenzurowanym znaleźli się strażnicy więzienni, których zresztą władze zwierzchnie niejednokrotnie karały. O wielu z nich powiadano, że to „rozbestwieni siepacze", „mafia więzienna".

Temat wymiany jeńców wojennych podjęto już wczesną wiosną 1920 roku, ale rozmowy zostały zawieszone. Powrócono do nich pod koniec sierpnia, a pierwsze porozumienie o wymianie jeńców między czerwonymi krzyżami zawarto w Berlinie 6 września tego roku. 2 listopada Stefania Sempołowska, reprezentująca stronę rosyjską, odwiedziła obozy jenieckie w Polsce. Z kolei PCK w Rosji reprezentowała Katarzyna Pieszkowa, żona Maksyma Gorkiego. Podczas konferencji pokojowej w Rydze uściślono zasady wymiany jeńców, także cywilnych i zakładników, ale ich powroty trwały kolejne miesiące. ©?

Prof. Andrzej Chwalba jest historykiem, wykładowcą na Uniwersytecie Jagiellońskim, autorem wielu książek i opracowań m.in. na temat stosunków polsko-rosyjskich, historii powszechnej XIX wieku czy dziejów Krakowa. Jego najnowsza książka „Przegrane zwycięstwo. Wojna polsko-bolszewicka 1918–1920" ukazała się w Wydawnictwie Czarne Tytuł i śródtytuły od redakcji