Indyjscy „wyklęci” wracają do łask

Kto kontroluje przeszłość, kontroluje też przyszłość. Rządząca subkontynentem prawica od pewnego czasu przetasowuje panteon autorów niepodległości Indii, wprowadzając do niego tych, którzy z Gandhim i jego ruchem non violence mieli niewiele wspólnego.

Publikacja: 04.07.2024 21:00

Mahatma Gandhi (1869–1948)

Mahatma Gandhi (1869–1948)

Foto: wikipedia

„Proszę mi powiedzieć jedno: kiedy uzyskaliśmy niepodległość, gdzie pojechał pierwszy premier Indii, Subhas Chandra Bose?” – rzuciła kilkanaście tygodni temu w wywiadzie telewizyjnym kandydatka rządzącej Indyjskiej Partii Ludowej (BJP) do parlamentu, była już gwiazda Bollywood Kangana Ranaut, ripostując na jakieś banalne pytanie. Równie dobrze mogła rzucić granatem, bo nazwanie jednego z politycznych adwersarzy Gandhiego i Nehru „pierwszym premierem Indii” w uszach tych, którzy przez minione siedem dekad kształtowali wiedzę Indusów o historii, brzmi równie przeraźliwie.

Nie ma miesiąca, a czasem nawet tygodnia, żeby przez tradycyjne lub społecznościowe media nie przetaczała się jakaś dyskusja na temat postaci czy wydarzeń historycznych. Bohaterowie ruchu nacjonalistycznego – zwłaszcza ci z okresu walki o niepodległość – za sprawą przychylności BJP przeżywają dziś renesans. Wydawane są ich pisma lub biografie, Bollywood kręci o nich dramaty historyczne, ich portrety trafiają na ściany parlamentu czy siedziby prezydenta.

„W jakiś sposób oficjalna narracja o historii walki o wolność Indii nie wyjaśniała tego, co słyszałem nieoficjalnie od dzieciństwa – pisze w opublikowanej w zeszłym roku książce „Revolutionaries. The Other Story of How India Won Its Freedom” Sanjeev Sanyal, skądinąd potomek rodziny, która odcisnęła swoje piętno na ruchu narodowowyzwoleńczym. – Subhas Bose był bardzo szanowany w Kalkucie, gdzie dorastałem w latach 80., ale rozmowom o wydarzeniach z jego życia zawsze towarzyszyło wiele obaw. Potem często natykałem się na takie okruchy historii, które wydawały się ważne, a jednak nikt nie chciał o nich rozmawiać”.

O historii walki o niepodległość subkontynentu zwykle rzeczywiście mówi się z perspektywy ruchu non violence oraz Indyjskiego Kongresu Narodowego. „Taka narracja jest powtarzana w podręcznikach, oficjalnych dokumentach, a także kopiowana przez resztę świata” – utyskuje Sanyal. To historia Kongresu i jego liderzy zajmowali dotąd historyków, podczas gdy ikony ruchu nacjonalistycznego – od tworzących jego filozofię myślicieli, przez zamachowców, po tych, którzy walczyli z Brytyjczykami w czasie II wojny światowej – zostały zepchnięte do przypisów. Tymczasem w oczach Sanyala, innych historyków, a przede wszystkim politycznych spadkobierców indyjskiej preprawicy „narodowcy” tworzyli równie rozbudowaną strukturę organizacyjną, tak na subkontynencie, jak na całym świecie, mieli swoją strategię wywalczenia niepodległości, a nawet – za sprawą „wewnętrznej dynamiki Indyjskiego Kongresu Narodowego” – ponaglali Gandhiego i Nehru w ich zabiegach. Trudno się zatem dziwić, że dziś mają oni swoje pięć minut, a właściwie – już dobre dziesięć lat.

Terroryści: bracia Chapekarowie i inni

To był diamentowy jubileusz rządów królowej Wiktorii, 22 czerwca 1897 r. W wieczornym zmroku dwaj bracia Chapekarowie, Damodar i Balakriszna, zaczaili się przy Ganeshkhind Road, ulicy prowadzącej z siedziby brytyjskich władz w mieście Pune do rezydencji rządzącego miastem komisarza Waltera Randa. Urzędnik był w mieście znienawidzony: odkąd na subkontynencie znów rozprzestrzeniała się dżuma, Rand wprowadził w Pune drakońskie metody rządów. „Żołnierze plądrowali i palili domy, molestowali kobiety i profanowali świątynie. Ofiary epidemii przymusowo wywożono do ośrodków kwarantanny, w których brakowało jedzenia i schronienia” – pisze Sanyal. Chapekarowie postanowili położyć kres rządom Randa.

Panowały już głębokie ciemności, gdy pojawił się powóz zmierzający do rezydencji Randa. Balakriszna dobiegł do niego, wskoczył na ramę i z bliskiej odległości strzelił do pasażera. Ledwie to zrobił, zdał sobie jednak sprawę, że w powozie siedział tylko adiutant Randa, porucznik Charles Ayerst. Tyle że w tym samym czasie z ciemności wyłonił się drugi pojazd – w jego stronę skierował się Damodar, strzelając do siedzącej w nim sylwetki. Tym razem to był Rand, a kula Chapekara zraniła go tak dotkliwie, że mimo kilkudniowej walki lekarzy ze szpitala w Pune brytyjski komisarz zmarł.

Czytaj więcej

75 lat niepodległości Indii

Dla kolonialnych władz na subkontynencie zamach był niemałym wstrząsem: na Brytyjczyków nie podniesiono w tym kraju ręki od czasów antykolonialnych powstań w połowie XIX w. Wyznaczono nagrodę w wysokości 20 tys. rupii za głowy sprawców – co wówczas było sumą oszałamiającą – i rychło znaleźli się ich dawni współtowarzysze, którzy wystawili braci Chapekarów. Damodar i Balakriszna zostali powieszeni wkrótce po pojmaniu, a trzeci z braci – Vasudev – rychło po tym, jak dopadł donosicieli, również trafił na szubienicę. Przez Pune przetoczyła się kolejna fala represji, tym razem szerokim łukiem obejmując wszystkich tych, którzy publicznie krytykowali poczynania brytyjskich urzędników.

„Część historyków uważa, że czyn braci Chapekar wyznaczył początek ruchu rewolucyjnego w Indiach” – kwituje Sanyal, zaznaczając jednak swoje obiekcje: zamachowcy nie byli częścią jakiejś organizacji, a ich akcja nie wynikała z ideologii, tylko była odosobnionym aktem buntu. „Tak czy inaczej zainspirowali oni nowe pokolenie Indusów do chwycenia za broń” – twierdzi autor „Rewolucjonistów”.

Można mówić zapewne o efekcie kuli śnieżnej. Inspiracją braci Chapekar mogły być też żarliwe artykuły B.G. Tilaka – aktywisty, który nieco wcześniej zaczął organizować kult Śiwadźiego, a dzięki datkom organizował uroczystości i spotkania wyznawców oraz sieć towarzystw, powiedzmy, gimnastycznych (przy czym ćwiczenia łączyły się tu z edukacją oraz protestami przeciw polityce Brytyjczyków i drakońskimi metodami walki z epidemiami i głodem w Indiach). Po zastrzeleniu Randa Tilak został aresztowany i ponad rok spędził za kratami. Co prawda po odzyskaniu wolności nieco stonował swoje publiczne wystąpienia, ale nadal przekonywał swoich współtowarzyszy o konieczności porzucenia polityki współpracy. Podobnie zresztą jak kilku innych ideologów „obozu narodowego”, dzięki którym już w 1900 r. zaczęły powstawać struktury gromadzące broń i materiały wybuchowe. Wybranych członków wysyłano na studia i staże do różnych krajów. Nacjonalistów napędzały też wydarzenia na świecie: walka Garibaldiego we Włoszech, antybrytyjskie pospolite ruszenie Irlandczyków czy opieranie się potęgom przez cesarską Japonię.

Czytaj więcej

Nasi indyjscy przyjaciele

Kilka lat później „w łonie Kongresu (Indyjski Kongres Narodowy istniał już od 1885 r. – przyp. red.) dojrzewał podział na umiarkowanych zwolenników akcji legalnych i ekstremistów skłaniających się do stosowania przemocy. W 1907 r. ekstremiści chcieli wymusić na Anglikach przyznanie prawa do samorządu, które umiarkowani myśleli uzyskać w dowód uznania dojrzałości politycznej” – pisał Jan Kieniewicz w swojej monumentalnej „Historii Indii”. Zresztą narracja polskiego historyka jest dobrym wytłumaczeniem tego, czemu w późniejszych latach Indusi niechętnie eksponowali „bojowców” z ruchu nacjonalistycznego – Kieniewicz na zmianę używa terminów „ekstremiści” i „terroryści”. Nawet jeśli kilka dekad temu słowo „terroryzm” mogło mieć bardziej „techniczny” charakter, służąc do opisu metod walki, o tyle nawet wtedy trudno było je uznać za niepejoratywne.

Jeszcze w 1907 r. struktury narodowe w Pendżabie wywołały powstanie w Rawalpindi. Na przeciwległym krańcu Indii nacjonaliści demolowali na bazarach Kalkuty brytyjskie towary, organizowali strajk kolejarzy i próbowali blokować podział Bengalu na zachodnią i wschodnią część (ta druga to dziś Bangladesz), w grudniu zorganizowali nawet zamach na gubernatora Andrew Frasera. Rok później pierwsza fala terroryzmu na subkontynencie osiągnęła apogeum, po czym opadła. Terroryści – trzymając się narracji Kieniewicza – zakładali teoretycznie, że zasada „życie za życie” doprowadzi do wyrugowania Brytyjczyków z ich ojczyzny. Jednocześnie realiści przyjmowali, że zamachy może nie przyniosą wolności, ale będą mobilizować rodaków do walki. Jedni i drudzy zderzyli się przede wszystkim z obojętnością ogółu społeczeństwa, a także niechęcią co bardziej umiarkowanych liderów Kongresu, którzy uznawali, że „po dobroci” uda się Brytyjczyków zmusić do większych ustępstw, niż prowokując ich do brutalnych represji.

Ci drudzy byli górą, ale tych pierwszych też nigdy nie brakowało. W 1912 r. podjęli choćby (nieudaną) próbę zabicia wicekróla i gubernatora generalnego Indii, lorda Hardinge’a. Kluczowy spiskowiec Rash Behari Bose zdołał zbiec z miejsca ataku i przez kolejne trzy lata z sukcesem ukrywał się przed tropiącymi go Brytyjczykami. Dopiero rozbicie struktur całej organizacji zmusiło go do ucieczki z kraju w 1915 r. – wylądował w Indiach i przez kolejne 30 lat był tam czołowym antybrytyjskim aktywistą, który dziś także trafia na sztandary – oraz portrety i kinowe ekrany – fundowane przez polityków BJP. Wiosną br. na indyjskim rynku pojawiła się pierwsza obszerna biografia tego działacza, „The Other Bose” (w nawiązaniu do bardziej znanego Subhasa Czandry Bose).

Gdy w Europie wybuchła wielka wojna, konfidenci kolonialnych władz pomagali rozmontować też spisek zmierzający do wywołania w Pendżabie – a w ślad za nim w całych Indiach – antybrytyjskiego powstania. Oparta w sporej mierze na wspólnocie sikhów organizacja miała swoje komórki w szeregach żołnierzy czy na wsiach w całym kraju, ale gdy w 1915 r. doszło do wpadki, sympatycy spiskowców w większości położyli uszy po sobie i odcięli się od niedoszłych powstańców. Skądinąd niewielka grupka, która zdołała uciec do Kabulu, powołała tam Tymczasowy Rząd Indyjski, którym kierował Raj Mahendra Pratap i – na upartego – to jego można by nazywać „pierwszym premierem Indii”, choć „gabinet” nie przetrwał nawet dwóch lat.

Nieoczywista postawa Mahatmy Gandhiego

Załamanie się zbrojnego ramienia ruchu nacjonalistycznego zbiegło się z innym ważnym wydarzeniem: oto w 1915 r. w Indiach zaczyna swoją działalność – znany wcześniej z walki o prawa obywatelskie w Południowej Afryce – Mahatma Gandhi. Jego energia, charyzma i poglądy porwą masy na dobrą dekadę, choć zarazem obudzą w Indusach chęć działania na rzecz swaradź (niepodległości) w rozmaitej formule – związków zawodowych, stowarzyszeń, partii, publicystyki – którą to falę aktywności z czasem Brytyjczycy będą chcieli zgnieść. Represje, jakie spadły na ruch narodowy w drugiej połowie lat 20. XX w., pod koniec tejże dekady ożywiły urok radykalizmu.

Nowa generacja terrorystów wywodziła się „z kręgów wykształconej młodzieży, dzieci drobnej burżuazji i urzędników, ze środowisk, w których dostrzegano boleśnie zarówno ciężką sytuację kraju, jak i brak osobistych perspektyw” – pisze Kieniewicz. I tu pojawiają się kolejni bohaterowie z nowego panteonu Indii, np. Bhagat Singh czy jeden z jego towarzyszy broni Chandra Shekhar Azad. Pierwszy zasłynął najpierw z udanego zamachu na szefa brytyjskiej administracji w Pendżabie, a następnie z rzucenia bomb w indyjskim Zgromadzeniu Centralnym. Drugi zamach miał przede wszystkim symboliczne znaczenie: sprawcy, z Singhem na czele, nie mieli zamiaru uciekać i oddali się w ręce aresztujących ich Brytyjczyków, co doprowadziło wkrótce do rozbicia całej organizacji. Przez kilka miesięcy działał już tylko Azad, który wymknął się z obławy i próbował zaatakować jeszcze pociąg wiozący wicekróla Indii.

Czytaj więcej

Fortuna za okulary Mahatmy Gandhiego

Kilka tygodni po śmierci Azada Singh został powieszony. To zresztą kolejny sporny punkt indyjskiej historii, ponieważ w biografiach Gandhiego zaznacza się jego wstawiennictwo w sprawie złagodzenia wyroku śmierci dla aktywisty. Sanyal natomiast bez ogródek przekonuje, że Mahatma nie naciskał zbytnio na darowanie życia terroryście – a właściwie nie jest nawet pewne, czy rzeczywiście poruszał ten temat w rozmowach z Brytyjczykami. Może zresztą tak też było: zaczynały się lata 30., radykalny nacjonalizm znowu słabł, tym razem pod wpływem nowych trendów – promieniującego z Rosji komunizmu, który przesuwał akcenty na niedolę najbiedniejszych, ruch robotniczy i los wsi czy pojawiających się podziałów religijnych, które podsyciła rosnąca popularność (istniejącej co prawda już od 1906 r.) Ligi Muzułmańskiej. Z perspektywy Gandhiego walka o życie Singha mogła nie być warta narażania na szwank prowadzonej od kilkunastu lat kampanii na rzecz swaradźi.

Tej obojętności indyjska prawica Mahatmie nie wybaczyła chyba do dziś. Gandhi nie tylko spychał radykałów na margines, ale był też gotowy na koncesje zarówno wobec Brytyjczyków, jak i muzułmanów, którym wszak dał zielone światło na oderwanie się od Indii. Gdy Subhas Czandra Bose sięgnął po władzę w Kongresie, Gandhi i Nehru przeprowadzili wewnętrzny „zamach stanu” w organizacji, który doprowadził do usunięcia Bose ze stanowiska. Na tyle, na ile było to możliwe, Mahatma blokował też rozwój ruchu Rasztrija Swajamsevak Sangh (RSS), Narodowej Organizacji Ochotniczej, która jako pierwsza podniosła szafranowe sztandary i z której miała w przyszłości wypączkować rządząca dziś BJP (i o którą otarł się zabójca Gandhiego Nathuram Godse). Rządy Kongresu kilkakrotnie też delegalizowały RSS lub ograniczały jego działalność po uzyskaniu niepodległości. Innymi słowy, dzisiejsze kampanie na rzecz indyjskich „wyklętych” mają posmak nie tylko odkrywania nieznanych kart z historii ojczyzny, ale też politycznego rewanżu za lata upokorzeń, żeby nie powiedzieć – prześladowań.

Filozofowie: Vinayak Damodar Savarkar i Śri Aurobindo Ghose

Dzisiejsi adwersarze Gandhiego i Kongresu za guru uważają raczej Vinayaka Damodara Savarkara, twórcę Hindutvy – „hinduskości” w nacjonalistycznym, „szafranowym” wydaniu – kilka miesięcy temu uhonorowanego bollywoodzką, rozbuchaną filmową biografią. Thomas Blom Hansen, politolog i historyk, w swojej książce „Szafranowa fala” (o rozkwicie indyjskiej prawicy w ostatnich latach) dowodzi, że nowoczesny koncept „hinduskiego narodu” narodził się w Pendżabie, w szeregach założonej w 1907 r. organizacji Hindu Sabha (przemianowanej w 1915 r. na Hindu Mahasabha), niejako w opozycji do polityki ustępstw wobec indyjskich muzułmanów.

„Walka o hinduską asertywność i męskość, tak jak obawy przed muzułmańską agresją i korporacyjną potęgą, znalazły elokwentne odzwierciedlenie w twórczości Savarkara” – uważa Hansen. – „Otwarcie wskazywał on na braki Hindusów, próbując podsuwać lekarstwo: koncepcję Hindutvy, hinduskości dla wszystkich Hindusów”. W licznych pismach Savarkar sufluje opowieść o hinduskim narodzie, który jakoby miał istnieć od czterech tysięcy lat w formule, którą w XIX i XX w. zaczęła odkrywać reszta świata, zwłaszcza Europa: jednolitego terytorialnie, rasowo i religijnie organizmu. O ile z pewną tolerancją spogląda na „braci mniejszych” Hindutvy – m.in. buddystów, dżinistów czy sikhów – to już w przypadku chrześcijan i muzułmanów przestrzega, że ich lojalność może mieć charakter „zewnętrzny”, bo ich najważniejsze sanktuaria leżą poza Indiami. „Nie mogą być prawdziwymi Hindusami, bo nigdy w pełni nie oddali się Indiom, wybierając inne święte miejsca. Mogliby zostać przyjęci do wspólnoty, gdyby porzucili obcą wiarę” – streszcza wywody Savarkara Hansen. O ile Gandhi widział w hinduizmie duchowe antidotum na materializm Zachodu, jego uzupełnienie o brakujące pierwiastki, o tyle Savarkar widział Zachód jako rywala, którego można podziwiać, ale z którym rywalizuje się o dominację.

W tej twardości poglądów być może odbijały się też cechy charakteru twórcy Hindutvy – Savarkar co rusz za brytyjskich rządów trafiał za kraty. Stafford Cripps, który w 1942 r. udał się na subkontynent z misją zapewnienia Londynowi pełnego poparcia Indusów w walce z III Rzeszą, zapamiętał spotkanie z delegacją Hindu Mahasabha jako jedno z najtrudniejszych. „Savarkar (…) większość czasu poświęcił na wykładanie mi reguł dyktowanych przez większość i słabości proponowanych przeze mnie dokumentów. Obawiam się, że nie zrobiłem na nim i jego kolegach większego wrażenia” – cytuje zapiski dyplomaty historyk Stanley Wolpert w pracy „The Shameful Flight. The Last Years of The British Empire In India”.

Nieustanna krytyka poczynań Kongresu – m.in. odcięcie się od antybrytyjskiej kampanii Quit India – zemściła się na nacjonalistycznym myślicielu tuż po śmierci Gandhiego. Rozwścieczony tłum pojawił się pod domem osób związanych z morderstwem Mahatmy, a nazwisko Savarkara jako inspiratora zbrodni pojawiło się w śledztwie dosyć szybko. Być może lidera nacjonalistów nawet by zlinczowano, gdyby nie fakt, że został on aresztowany nieco wcześniej w ramach pościgu za współtowarzyszami Nathurama Godse. I choć nigdy nie znaleziono choćby luźnego śladu łączącego Savarkara z zabójcami, to jego żarliwa retoryka z poprzednich lat doprowadziła do wymuszenia na twórcy Hindutvy deklaracji wycofania się z polityki. Co prawda zdarzało mu się obchodzić ten zakaz w kolejnych latach, ale pogarszające się zdrowie i marazm nacjonalistów po fali przemocy, jaka towarzyszyła rozpadowi Indii, wpłynęły na to, że stopniowo ograniczał on działalność publiczną. W 1966 r. ogłosił „przedśmiertną głodówkę” – odstawił jedzenie i leki – co rzeczywiście skończyło się zgonem.

Nieco w tle Savarkara jest też postać Śri Aurobinda, czyli Aurobinda Ghosego (w niektórych pracach – Ghosha). Sanyal odnotowuje, że dla wielu Hindusów odkrywanie przeszłości tego znanego filozofa i jogina jest wielkim zaskoczeniem: u progu XX w. jako 30-latek Ghose był oddanym sympatykiem publicystyki wspomnianego wyżej B.G. Tilaka, zjeździł Indie, budując struktury ruchu nacjonalistycznego, a nawet był aresztowany w 1908 r. w związku z próbą zamachu na ówczesnego wicekróla Indii. W więzieniu Śri Aurobindo miał doznać objawienia: nawiedził go duch nieżyjącego już wtedy guru Swamiego Wiwekanandy, nakłaniając do poświęcenia się życiu duchowemu. Co też Aurobindo zrobił po wyjściu na wolność: w 1910 r. zaszył się w Pondicherry, gdzie spędził kolejne cztery dekady, aż do śmierci w 1950 r. Jego wkład w rozwój ruchu narodowego można uznać za nieledwie symboliczny, ale jego późniejsza popularność jako duchowego przewodnika sprawia, że indyjska prawica chętnie przypomina o jego młodzieńczych poglądach.

Przywódca radykał: Subhas Czandra Bose

Żaden z rewolucjonistów nie budzi jednak tak wielkich emocji, jak Subhas Czandra Bose. W miejscach upamiętniających dawnego lidera radykalnej frakcji Kongresu i „pierwszego premiera Indii” regularnie pojawia się obecny premier Narendra Modi, oddając hołd „bojowcowi”. Skądinąd jednym z nich jest portret Bosego, powieszony w indyjskim parlamencie – i jemu też towarzyszą awantury, bowiem obecni politycy Kongresu komentowali, iż dziełu temu bliżej do portretu aktora, który zagrał polityka w kinowej biografii niż historycznej postaci.

Młodszy o pokolenie od Gandhiego Bose urodził się w 1897 r., w symbolicznej chwili narodzin indyjskiego narodowego terroryzmu. Przyszedł na świat w stosunkowo majętnej rodzinie z bengalskiej klasy średniej i, według nieco posłodzonych biografii, od najmłodszych lat zapowiadał się na „wielkiego człowieka”: jako nastolatek – pod wpływem filozofii Wiwekanandy – rozważał zostanie mnichem, w szkole dowodził buntem przeciw autokratycznemu belfrowi, a kończąc studia w brytyjskim Cambridge, odstąpił od egzaminu na urzędnika państwowego, uznając, że nie przystoi pracować w administracji niewolącej jego naród. Po powrocie z Wysp Bose wylądował w szeregach Kongresu, organizując strajki w Kalkucie. Choć lądował w więzieniu i bliżej mu było do frakcji nieustannie kontestujących ustępstwa Gandhiego, jego pozycja w Kongresie stopniowo rosła. A w Kalkucie stał się wręcz niekwestionowanym liderem, angażując się lub inicjując spektakularne akcje na rzecz narodowej sprawy. W styczniu 1938 r. „Gandhi wybrał go na kolejnego przewodniczącego Kongresu” – opisuje Sanyal. „Były dobre powody dla takiej nominacji nawet pomimo dzielących ich różnic: Gandhi wcześniej wyhamował ambicje Jawaharlala Nehru, mianując go przewodniczącym i w ten sposób czyniąc z niego lojalistę. Miał zapewne nadzieję, że uczyni to samo z Bose”.

Wystarczył jednak rok, by Mahatma przekonał się, że tym razem zagrywka nie przyniesie oczekiwanego skutku. Bose odrzucił jego sugestię, by powstrzymać się od startu o reelekcję i postanowił wykorzystać swoją popularność wśród co bardziej bojowo nastawionych członków Kongresu. „Gandhi sprzeciwił się kandydaturze Bose i wystawił swojego kandydata – Pattabhiego Sitaramayyę, wieloletniego członka Kongresu. Bose pokonał kontrkandydata, a dla Gandhiego zwycięstwo młodego przywódcy z Bengalu była osobistą porażką” – konkluduje historyk Derga Das w pracy „Indie od Curzona do Nehru i później”. Naprędce skonstruowano w Kongresie coś na kształt partyjnego przewrotu: członkowie ważnych gremiów ugrupowania zaczęli składać rezygnacje, a partyjne zgromadzenie przegłosowało rezolucję wzywającą Bosego, by skład swojego „gabinetu” skonsultował z Gandhim. „Bose potraktował to jako wotum nieufności i podał się do dymisji” – pisze Das.

To był błąd, ponieważ dynamika II wojny światowej sprawiła, że polityk uchodzący za lidera kongresowych radykałów (niekryjący swojego zainteresowania III Rzeszą i Hitlerem) wylądował w areszcie domowym. Uciekł z niego w styczniu 1941 r., przez Kabul i Moskwę, z której wyjechał do Berlina niemalże w przeddzień ataku nazistów na ZSRR. Jednak eskapada do III Rzeszy była ślepą uliczką: Bose snuł się po Berlinie, romansując i odbijając się od drzwi nazistowskich dygnitarzy. Joachim von Ribbentrop spotkał się z nim pobieżnie w hotelu, wydreptana w końcu audiencja u Hitlera skończyła się tyradą Führera na temat nazizmu oraz bezskuteczną próbą skłonienia go przez Bosego do usunięcia z „Mein Kampf” pogardliwych wobec Hindusów wtrętów. Historycy, którzy z perspektywy lat opowiadają o odysei indyjskiego „rewolucjonisty”, skłaniają się do interpretowania tej obojętności przywódcy III Rzeszy jako skrywanej wciąż nadziei na przeciągnięcie Brytyjczyków na niemiecką stronę. Lepiej poszło z Mussolinim, ale ten w gruncie rzeczy nie miał w nazistowskim obozie wiele do powiedzenia.

Tak czy inaczej, Niemcy w 1942 r. postanowili podrzucić Indusa swoim sprzymierzeńcom w Azji. Niemiecki U-Boot „podwiózł” Bosego na okalające Madagaskar wody, gdzie przesiadł się on na pokład japońskiej łodzi podwodnej. „Latem 1943 roku Bose wychynął z wód na wybrzeżu Singapuru, niczym faszystowska Afrodyta wyłaniająca się z piany, ponownie z japońską łodzią podwodną w roli muszli” – pisze z niejaką ironią Alex von Tunzelmann, badaczka z Oksfordu w swojej monografii „Indian Summer. The Secret History of The End of An Empire”. We wcześniejszych miesiącach – przy wsparciu wspomnianego już wyżej Rasbehariego Bose, który od lat mieszkał w Japonii – Subhas Czandra Bose uzgodnił z rządem w Tokio, że będzie mógł ogłosić rekrutację wśród pojmanych w Singapurze do niewoli indyjskich żołnierzy, walczących wcześniej – z niewielkim zapałem skądinąd – dla Brytyjczyków.

Indyjska Armia Narodowa (INA) okazała się formalnie niemałym sukcesem. Wstąpiło do niej 20 tys. z 60 tys. jeńców, być może uznając, że lepsza taka opcja niż japońskie obozy. W październiku 1943 r. Bose ogłosił powstanie tymczasowego rządu indyjskiego na uchodźstwie, który formalnie wypowiedział wojnę Londynowi i Waszyngtonowi, a jego armia ruszyła w stronę Bengalu. Żołnierze dotarli nawet do granic terytorium kontrolowanego przez Brytyjczyków, ale fatalna pogoda i twardy opór, jaki stawili nacierającym Brytyjczycy i walczący u ich boku Indusi, sprawił, że oddziały Bosego ugrzęzły gdzieś na indyjsko-birmańskim pograniczu i tam też pozostały aż do końca wojny.

Dla dzisiejszych rządzących i przychylnie nastawionych do bardziej rewolucyjnej wersji historii badaczy Indyjska Armia Narodowa była nie tylko przeciwieństwem uników Gandhiego, ale też dowodem na to, że nie trzeba było dzielić Indii: w szeregach INA nie brakowało bowiem muzułmanów. Zresztą politycy Kongresu nie potraktowali żołnierzy Bosego źle – w ich obronę przed brytyjskimi sądami zaangażował się osobiście Jawaharlal Nehru. W niepodległych Indiach trzymano ich jednak z dala od munduru w przeciwieństwie do Pakistanu, gdzie byli oficerowie INA kontynuowali wojskowe kariery.

Sam Bose nie doczekał się ostatecznej konfrontacji z niepodległymi Indiami. 18 sierpnia 1945 r. opuścił birmański Rangun, gdzie wcześniej przeniósł się z Singapuru jego „gabinet”. Wylądował w Tokio, skąd wyleciał pięć dni później na Formozę, dzisiejszy Tajwan. Samolot, na którego pokładzie podróżował, rozbił się jednak przy lądowaniu – jak poinformowało wówczas Tokyo Radio. Co dokładnie się wydarzyło, nie wiadomo. Część autorów podaje, że Bose zginął w katastrofie, inni donoszą, że zmarł dopiero w szpitalu. A wielu Indusów wierzy, że bohater z Kalkuty przeżył katastrofę i żył potem w ukryciu – przez pewien czas taką wersję podtrzymywał nawet sam Gandhi.

A potem zapadło milczenie. Część biografii Gandhiego czy Nehru nie obejmuje żadnej wzmianki o wyżej wymienionych terrorystach czy politykach. Napisana przez Katherine Frank biografia Indiry Gandhi zawiera tylko luźne wzmianki o Bosem jako gospodarzu wizyt rodziny Nehru w Kalkucie czy w Europie. Opublikowany w latach 50. wywiad rzeka Tibora Mendego z Nehru zawierał kwintesencję tego, jak prezentowali politykę Kongresu politycy niepodległych Indii. „Uznaję, że w pewnych okolicznościach trzeba się bić” – mówi rozmówcy indyjski lider. „Sam Gandhi, który był wielkim pacyfistą, mawiał zawsze, że lepiej się bić niż bać. Lepiej uciec się do gwałtu niż uciekać” – dodawał. Aczkolwiek walka to ostateczność, a koniec końców to non violence okazała się efektywniejsza niż otwarta walka zbrojna.

Współczesne Indie chętniej prężą muskuły zarówno wobec potencjalnych wrogów zewnętrznych, jak i – a może przede wszystkim – wewnętrznych, których coraz chętniej „demaskują” politycy BJP. Dawny panteon bohaterów narodowych jest jednak rozmontowywany stopniowo, bardziej przez stawianie nowych pomników obok tych starych niż demontaż tych drugich. I tak jak skończył się przed laty kult Mao w Chinach, dobiega kresu kult Atatürka w Turcji, tak i nad Gangesem kończą się czasy wyłącznego panowania Gandhiego nad historią.

„Proszę mi powiedzieć jedno: kiedy uzyskaliśmy niepodległość, gdzie pojechał pierwszy premier Indii, Subhas Chandra Bose?” – rzuciła kilkanaście tygodni temu w wywiadzie telewizyjnym kandydatka rządzącej Indyjskiej Partii Ludowej (BJP) do parlamentu, była już gwiazda Bollywood Kangana Ranaut, ripostując na jakieś banalne pytanie. Równie dobrze mogła rzucić granatem, bo nazwanie jednego z politycznych adwersarzy Gandhiego i Nehru „pierwszym premierem Indii” w uszach tych, którzy przez minione siedem dekad kształtowali wiedzę Indusów o historii, brzmi równie przeraźliwie.

Pozostało 98% artykułu
2 / 3
artykułów
Czytaj dalej. Subskrybuj
Historia
Przez Warszawę przejdzie marsz pamięci
Historia
Prezydentura – zawód najwyższego ryzyka
Historia
Czesław Lasik: zapomniany agent wywiadu
Historia
IPN poszukuje na Litwie szczątków poległych żołnierzy AK
Materiał Promocyjny
Mała Księgowość: sprawdzone rozwiązanie dla małych i średnich przedsiębiorców
Historia
Pałac Saski na razie na etapie odkrywanych piwnic. Co z planowaną datą oddania do użytku?