Nie znoszę podręczników. Nigdy ich nie lubiłem – w szkole, na studiach, w pracy naukowej. Z zasady są nudne oraz nabite fakt za faktem i „fakcikiem” niczym świąteczne ciasto bakaliami; z małymi wyjątkami mdłe to i niestrawne, trzeba to natychmiastowo przepić monografią, opracowaniem, przejrzeć źródła, wspomnienia, zajrzeć do cudzej korespondencji. Powinienem się zatem cieszyć, że szeroko dyskutowany ostatnimi czasy podręcznik prof. Wojciecha Roszkowskiego do nowego szkolnego przedmiotu historia i teraźniejszość jest inny. Sam autor zadziwia już od pierwszej strony, pisze bowiem, że jego podręcznik „z powodzeniem można przeczytać jak powieść historyczną” (sic!). I faktycznie, wykład w nim zdaje się nie być „suchy”, podręcznikowy właśnie, całość czyta się dość wartko, choć z drugiej strony przeskoki i lekki chaos chronologiczny w narracji lektury nie ułatwiają. Niemniej ci, którzy książkę chwalą, wśród jej zalet wymieniają właśnie m.in. jej styl. Uczniowie – powiadają wyżej wspomniani – dostają wreszcie do swych rąk nie encyklopedyczny zbiór wydarzeń i dat, lecz esej. A jednak, po lekturze książki prof. Roszkowskiego zatęskniłem – ja, podręcznikowy obrazoburca – za starym, klasycznym, a niechby nudnym, podręcznikiem. Bo co by wszak o tej książce nie powiedzieć, to podręcznikiem po prostu ona nie jest. Ot, i cały ambaras.
Wychowawca Roszkowski
Nie dostałem bowiem żadnego eseju, ale historyczną odautorską publicystykę, z elementami dość taniego moralizatorstwa, kaznodziejstwa chwilami. I tak np. młodzież dowie się od prof. Roszkowskiego, że współcześni „racjonaliści” „uwierzą we wszystko, ale nie w dobrego Boga, który czasem się do nas odzywa, choć robi to najczęściej bardzo dyskretnie. Bywa również – dodaje autor – iż my jesteśmy głusi na Jego znaki” (s. 331). Prof. Roszkowski w tej książce nie jest nauczycielem historii. On jest wychowawcą. Wychowawcą stawiającym niemal dorosłej młodzieży za wzór własny konserwatywny, katolicki światopogląd, własną wizję dziejów najnowszych i własne przekonania polityczne. W tym ostatnim wypadku, z notki biograficznej w książce, uczeń dowie się, że prof. Roszkowski był europosłem, ale wydawca zapomniał wspomnieć, z list której partii – Prawa i Sprawiedliwości. Toteż mniej dziwią w podręczniku razy zadawane pod adresem Donalda Tuska (s. 177) czy Angeli Merkel (s. 269), zdjęcie Lecha Kaczyńskiego jako wybranego przykładu opozycjonisty lat 70. w Polsce (s. 491), zwycięstwo PiS w wyborach parlamentarnych w 2019 r. jako ilustracja pierwszych wolnych wyborów z roku 1991 (s. 249, podręcznik winien się zamykać na roku 1979), przeskoki od dyskryminacji rasowej w USA do strajków kobiet i towarzyszących im wulgarnych haseł (s. 341). Nie dziwi też krytyka ze strony Roszkowskiego „obcych” mediów w Polsce. Mają one bowiem „olbrzymią przewagę nad mediami niezależnymi czy publicznymi. Podsuwają nam przeróżne przekazy, wiadomości, opinie, choć o to wcale nie prosimy (s. 306). Prof. Roszkowski przestrzega dalej młodzież: „Otwieramy smartfona i od razu wita nas jakaś informacja. Na przykład o pogodzie, ale nie tylko. Możemy poznać czyjąś opinię choćby na temat Marszu Niepodległości – oczywiście krytyczną…”. (s. 306-307).
Czytaj więcej
Młodzież nie jest ślepo zapatrzona w szkołę jako źródło jedynie słusznej prawdy o świecie. Każdy,...
Wspomnieć trzeba, że bardziej wyrobiony czytelnik wizję tę zna z innych książek prof. Roszkowskiego wydanych ostatnimi latami. Prace te były dyskutowane, nawet nagradzane, ale nikomu wtedy raczej przez myśl nie przeszło, że zawarte tam przez prof. Roszkowskiego tezy – często ostre, prowokujące do myślenia, do wymiany poglądów, do intelektualnych sporów – trafią, niekiedy dosłownie jeden do jednego (stąd zarzuty o autoplagiat w przypadku fragmentów książki do HiT), do szkolnego podręcznika jako obowiązujące dla młodzieży szkolnej. Pół żartem, pół serio: jak taką wizję (wiedzę?) egzekwować od ucznia – sprawdzianem czy kartkówką? Pozostawiam to bez odpowiedzi.
„Wiedza” pod ręką
W języku polskim, nie tylko tym potocznym, nieraz sięgamy po słowo „podręcznik”. Mówi się np. o wiedzy, że jest podręcznikowa, podręcznikowy jest jakiś fakt albo data, podręcznikowy może być również przykład, a czasem wręcz jakiś slogan. Wreszcie podręcznikowy bywa wykład. Te zbitki słowne, zza których podręcznik wyłania się jako przegląd podstawowych, najważniejszych treści, wypadków i informacji, nie wzięły się znikąd. Odkąd bowiem w dziejach pojawiły się książki, które z zasady miały być narzędziami pomocy w nauce i edukacji dla żaków i uczniów, to istotnie ich rola – jako będących właśnie „pod ręką”, by móc sięgnąć do elementarnej wiedzy – była i cały czas, o ile mi wiadomo, pozostaje niezmienna.