W Ameryce, kolebce nowożytnej demokracji, która jako pierwsze państwo na świecie przyjęła konstytucję, prezydent jest obiektem nieustannej nienawiści licznych środowisk ekstremistycznych i niezliczonej liczby szaleńców. Potwierdza to amerykańska historia, która aż roi się od zamachów i zabójstw gospodarzy Białego Domu. Oficjalnie wiemy o 24 nieudanych próbach zabójstwa urzędującego prezydenta. Niestety, aż w czterech przypadkach zamachy były skuteczne. Wszyscy zabici prezydenci zginęli od kuli z broni palnej. Pierwszy z nich, Abraham Lincoln, został zastrzelony 14 kwietnia 1865 r. przez 26-letniego aktora Johna W. Bootha. Ameryka przeżyła niebywałą traumę. Wszyscy byli przekonani, że taka potworność może się wydarzyć w historii tylko raz. Jednak koszmar powtórzył się 2 lipca 1881 r., kiedy na stacji kolejowej Baltimore-Potomac niejaki Charles J. Guiteau oddał dwa strzały z rewolweru .442 Webley w plecy prezydenta Jamesa A. Garfielda. Kula, która prawdopodobnie utkwiła między 10. a 11. żebrem, spowodowała rozległą infekcję. Ranny prezydent zmarł 19 września 1881 r. w Elberon. Ten zamach wymusił narodową dyskusję o wzmocnieniu ochrony głowy państwa. Ale dopiero po kolejnym zamachu w 1901 r. na prezydenta Williama McKinleya, dokonanym przez anarchistę polskiego pochodzenia Leona Czołgosza, do ochrony prezydenta i jego rodziny skierowano agentów Tajnej Służby Stanów Zjednoczonych (The United States Secret Service), którym niemal od razu udało się udaremnić zamach na kolejnego prezydenta – Theodore'a Roosevelta.