Tymczasem ziemniaki znane są w Polsce zaledwie nieco ponad 200 lat, a ich udzielne panowanie w jadłospisie pod strzechą zaczęło się dopiero pod koniec XIX wieku.
A było tak:
Rósł sobie ziemniak spokojnie przez stulecia pod słońcem Peru, dopóki nie przypłynęli zachęceni przez Kolumba konkwistadorzy i nie zabrali do Hiszpanii oprócz rozmaitych innych dóbr i ciekawostek sadzonek owej nieznanej rośliny. Przyjęły się one w europejskiej ziemi bez trudu, jako że rosły w podobnej szerokości geograficznej, tyle że na odwrotnej półkuli. Zanim jednak się okazało, że te niepozorne roślinki to skarb cenniejszy niż całe złoto Inków (bo złota zjeść się nie da, a ziemniaki uratują od głodu znaczną część Starego Kontynentu), minęło jeszcze mnóstwo czasu.
Najpierw pielęgnowano je wyłącznie w ogrodach królewskich i magnackich, bardziej w charakterze egzotycznych kuriozów niż dla uciechy podniebienia – w Hiszpanii, wkrótce potem w Anglii, Niderlandach, Włoszech, Francji i Austrii. Król Jan III Sobieski przesłał sadzonki z Wiednia i zalecił Marysieńce posadzenie ich w wilanowskim warzywniaku. Ale to akurat, jeśli nawet wpłynęło na rozpowszechnienie ich u nas, to w niewielkim stopniu.
Inwazja ziemniaka nastąpiła z Zachodu, z Niemiec (które nauczyły się jeść kartofle od Włochów). Gdy za króla Augusta III (1733 – 1763) sadzili je osadnicy sascy w Wielkopolsce, Polacy przekonywali się do nich powoli. Jędrzej Kitowicz w „Opisie obyczajów...” prawi tak: „Nareszcie gdy kartofle były znajome po Żuławach gdańskich, po Holendrach wielkopolskich i litewskich, gdy do Wielkiej Polski przyszło kilkaset familii Szwabów, którym panowie niektórzy, a mianowicie miasto Poznań, wsie swoje całe, wypędziwszy dawnych chłopów polskich, poosadzali, ci przychodniowie, przyuczeni w swoich krajach żyć niemal samymi kartoflami, najbardziej polskim chłopom, a od tych szlachcie apetyt naprawili, tak że na końcu panowania Augusta III kartofle znajome wszędzie w Polszcze, w Litwie i na Rusi”.
Decydującą kampanię przeprowadził król pruski Fryderyk II Wielki, który, widząc w kartoflach szansę na zabezpieczenie kraju przed ewentualnym głodem, załatwił sprawę iście po prusku: wydał w 1765 roku zarządzenie odgórnie nakazujące uprawę ziemniaków – sadzonki rozwożono do najdalszych prowincji, gdzie rozdawano je wraz z instrukcją użycia. No i wkrótce potem, wraz z rozbiorami, nastąpiła decydująca inwazja kartofla,który przyjął polskie imię ziemniaka
(nawiasem mówiąc, niemieckie kartoffeln pochodzi od włoskiego tartuffi, dawnej nazwy, która porównywała nowy smakołyk do najwykwintniejszego ze wszystkich grzybów – trufli; Francuzi nazwali je nieco skromniej pommes de terre, czyli „jabłka ziemi”, jak zresztą nazywają je do dzisiaj).
Ciekawie jest porównać drogi rozprzestrzeniania się po świecie ziemniaka i kukurydzy, którą ten sam Kolumb przywiózł ze swej drugiej wyprawy. Szybko spopularyzowała się na Półwyspie Iberyjskim i w Italii. Już na początku XVI wieku Portugalczycy przenieśli jej uprawę do zachodniej Afryki i Indii (w 1525 roku kukurydza dotarła do Chin). Z Azji za pośrednictwem Turków trafiła do Europy od drugiej strony, z południowego wschodu, i dopiero tą drogą, przez Rumunię i Węgry, do Polski, gdzieś na przełomie XVII i XVIII wieku. Jej nadwiślańska nazwa pochodzi od węgierskiego kukuruc. No bo też różne bywają polskie drogi.
Piotr Bikont, dziennikarz, publicysta i krytyk kulinarny, reżyser filmowy, przewodniczący Kapituły Dobrego Smaku