Długo wołały zbrodnie Hiszpanii o pomstę do Nieba,
Aż w końcu czara goryczy się przelała.
Hrabia Julian wezwał najeźdźców.
Nie dlatego, że nieludzcy kapłani zbroczyli kraj niewinną krwią.
Nie dlatego, że jarzmo ciężkiej niewoli ugniatało i ciemiężyło.
To osobiste zło rozjuszyło okrutnego barona.
Wpadł w szał pomsty na głowie Roderyka za swe zhańbione dziecko.
W złą godzinę dla Hiszpanii ta nieszczęśliwa córa i on sam,
Zdruzgotany odszczepieniec posłał po Maurów.
I jak chmura szarańczy, którą południe przynosi z równin pustynnej Afryki,
Muzułmanie zstąpili na iberyjskie wybrzeże.
Niezliczone mnóstwo przyszło Syryjczyków, Maurów, Saracenów,
greckich renegatów, Persów, Koptów i Tatarów.
Jedną więzią błędnej wiary złączeni,
Silni w swej młodości i gorączce zapalczywości – straszliwe bractwo,
Które dało upust swym najgorszym instynktom.
Tak widział podbój Hiszpanii Robert Southey (1774 – 1843), jeden z angielskich „poetów jezior”, w romantycznym poemacie z 1814 roku „Roderyk, ostatni z Gotów”. Ach, to urocze, naiwniutkie pojmowanie historii jako gry ludzkich namiętności, cyklu zemst, hańb, obrony honoru i Bóg wie czego jeszcze. No i ta armia czarnych charakterów, afrykańska szarańcza, islamska nawała, muzułmańska międzynarodówka, owo „straszliwe bractwo”. Zupełnie jakby ktoś pisał o terrorystach al Kaidy w Madrycie.Nic z tych rzeczy. Wizygocką Hiszpanię podgryzała, aż w końcu podgryzła garstka awanturników, żadnych tam rycerzy wiary. Zresztą nie wiadomo, w co w ogóle wierzyli. Może byli chrześcijanami, może żydami, a może poganami i mieli tylko islamskich „politruków”. Ale w jednym się Southey nie myli. Bez wątpienia byli oni „silni w swojej młodości”.