Adiutant i przyjaciel Józefa Piłsudskiego, towarzysz zabaw poetów Skamandra, birbant, pojedynkowicz, ulubieniec Warszawy. Z wykształcenia lekarz, erudyta, tłumacz Baudelaire’a (ciekawe, że autora „Kwiatów zła” tłumaczył także Kazimierz Sosnkowski), dyplomata, polityk, generał. Pierwszy ułan II Rzeczypospolitej.
Ale też twórca wielu wierszy i piosenek legionowych (m.in. „Wstąp bracie między strzelce!”, „O pierwszym patrolu”, „W medycynę naszej doby”). Największą popularność wśród żołnierzy zdobyła jego „Piosenka urlopnika z 6. Pułku legionów” powstała w marcu 1915 roku podczas walk pozycyjnych nad Nidą. W śpiewnikach drukowano jej mocno złagodzoną wersję zaczynającą się od słów:
Szedł ułan raz na odpoczynek
I ryczał niby ranny lew –
Psia krew! Psia krew! Psia krew!
Psia krew! Psia krew! Psia krew!”
Legenda głosi, że koledzy poprosili Wieniawę, by ułożył piosenkę z maksymalną ilością przekleństw. I taką napisał, a że drukowana była niesłychanie rzadko, warto ją przytoczyć, co bardziej wrażliwych czytelników, upraszając o wyrozumiałość:
Szedł szóstak raz na odpoczynek,
a w ręku miał jak broń na tuj potężny...
Biedaczek tęsknił, ach, do...,
bo całą wojnę czuł jej brak,
niech trafi szlag!
I dopadł dziewkę w stogu siana,
i stal swej p... na niej zmiął:
do dupy z nią!
I powstał we wsi wielki lament,
rodzice w skargach wiodą prym:
to sk...
I nie dziękując za traktament,
opuścił on rodzinną wieś:
ja mam ją gdzieś!
Miast ch... w rękę wziął karabin,
poszedł i gdzieś na wojnie szczezł.
J... go pies.
(„tuj” – okrzyk dowodzącego równoznaczny z „już” czy „teraz”)
Był wcieleniem Kozietulskiego. Opublikował kiedyś w „Kurierze Porannym” aforyzm: „Ludzie szanują się wzajemnie dla swych cnót – kochają zaś dla swych wad”, i skomentował to zdanie następująco: „Dlatego przystałem na kawalerzystę, bo ułan czy szwoleżer jest syntezą wszystkich cnót i wad polskich. Trzeba go szanować, a nie można nie kochać”.
Kochano go zatem powszechnie, przymykając oko na skandale, jakie wywoływał, ryzykowne żarty, z czasem burdy nad ranem, gdy po wizytach we wszystkich liczących się lokalach stolicy wracał do domu – bywało – trzema dorożkami. W pierwszej jechał on sam, w drugiej szabla, w trzeciej rękawiczki.
Marian Hemar pisał: „Byle Piłsudski nie zmarszczył nań brwi. Poza tym nie bał się samego diabła”.
Ostatnie lata przed wojną spędził w Rzymie jako ambasador (znakomity!). Po klęsce wrześniowej wyznaczony został przez Ignacego Mościckiego na prezydenta Rzeczypospolitej. Nacisk niechętnych mu Francuzów, a i chłodna postawa Władysława Sikorskiego spowodowały, że zrezygnował z objęcia zaszczytnego stanowiska. Wyjechał do Stanów Zjednoczonych, gdzie na utrzymanie rodziny zarabiał m.in. introligatorstwem artystycznym (!). W końcu w 1942 r. mianowany został posłem RP na Kubie. W przeddzień odlotu z Nowego Jorku do Hawany, 1 lipca, wyskoczył z piątego piętra budynku, w którym mieszkał. Miał 61 lat.
W wierszu „Ułańska jesień” napisał m. in.:
I wiem, że mi tam w niebie z karku
łba nie zedrą,
Trochę się na mój widok skrzywi
Święty Duch,
Lecz się tam za mną wstawią
Olbromski i Cedro,
Bom był jak prawy ułan, lampart,
ale zuch.
We wrześniu 1990 r. jego prochy zostały przewiezione do ojczyzny, gdzie spoczęły na Cmentarzu Rakowickim w Krakowie.