Najważniejszym politycznym skutkiem czarnobylskiej tragedii było obnażenie niekompetencji przedstawicieli radzieckich władz i chaosu panującego w całym ogromnym państwie.
– Kiedy ogłoszono alarm w kijowskich szpitalach, zaczęliśmy łapać podręczne lekarstwa – nikt nie wiedział, które będą potrzebne, jak leczyć ofiary wybuchu. Zawieźli nas ciężarówkami w lasy w pobliże elektrowni. Tam polecono nam zostawić torby lekarskie w samochodach, dali nam łopaty i kazali kopać rowy – wspominał ćwierć wieku temu jeden z kijowskich lekarzy swój udział w likwidacji awarii.
W ten sposób radzieckie władze pozbawiły stolicę Ukrainy większości lekarzy, nie zapewniając jednak lekarskiej opieki ratownikom w Czarnobylu.
Tajemniczość tak charakterystyczna dla Związku Radzieckiego doprowadziła do zwiększenia strat po katastrofie zarówno wśród ratowników, jak i mieszkańców rejonów leżących w pobliżu elektrowni. Jako jeden z pierwszych zmarł już w maju 1986 roku Wołodymyr Prawyk. Był w pierwszej grupie strażaków, którą wezwano do gaszenia płonącego reaktora – ale nie powiedziano im o skażeniu radioaktywnym, którego padł ofiarą. Jego dowódca przeżył tylko dlatego, że Kreml zgodził się wysłać go do Francji na operację przeszczepu szpiku kostnego.
Pierwszy raz publicznie poinformowano o katastrofie dopiero dwa dni po niej. Ale tylko przez sieć głośników ustawionych na ulicach miasteczka Pripjat, w którym mieszkali pracownicy elektrowni. I tylko dlatego, że najwyższa instancja rządząca ZSRR, czyli Biuro Polityczne partii komunistycznej, zdecydowała o natychmiastowej ewakuacji 50 tysięcy mieszkańców.
Dziennikarka Kim Willsher z „Guardiana" twierdzi, że jeszcze dwa lata po katastrofie zautomatyzowana stacja nadawcza ulicznych głośników w Pripjacie cały czas nadawała muzykę. W pustym mieście.
Trzy dni po katastrofie – gdy radioaktywne chmury zaczęły docierać do Skandynawii – TASS w końcu poinformował o „nieszczęśliwym wypadku" w Czarnobylu. Jednocześnie jednak Biuro Polityczne (i dodatkowo osobiście Michaił Gorbaczow) rozkazało komunistycznemu wielkorządcy Ukrainy Wołodymyrowi Szczerbyćkiemu nie informować o eksplozji i zorganizować normalny pochód pierwszomajowy w Kijowie – mieście odległym ledwie o 134 kilometry od Czarnobyla. Do miasta zwieziono z całego ZSRR uliczne polewaczki i zaczęto myć ulice.
Ofiarą tej akcji padł szef Ukraińskiej Akademii Nauk prof. Konstanty Sytnyk, który w rozmowie radiowej zauważył, że „nuklidów nie da się tak łatwo zmyć". Na rozkaz Szczerbyćkiego tego samego dnia wyrzucono go ze stanowiska. Sam Szczerbyćki zmarł w lutym 1990 roku, prawdopodobnie popełniwszy samobójstwo dzień przed posiedzeniem radzieckiego parlamentu, na którym miał zeznawać w sprawie akcji ratunkowej po awarii w Czarnobylu.
Ale nieufność i pogarda w stosunku do wszelkich przedstawicieli władzy (zarówno partyjnej, jak i państwowej), jaka narodziła się w dni po katastrofie, stała się impulsem do tworzenia niezależnych organizacji społecznych. Na Ukrainie i Białorusi – republikach najbardziej dotkniętych skutkami katastrofy – jako pierwsze powstały ruchy ekologiczne, kategorycznie nie zgadzające się na dominację nad sobą partii komunistycznej. Wielu ukraińskich polityków, dziennikarzy i historyków uważa, że wybuch w Czarnobylu „był katalizatorem narodzin niezależnego społeczeństwa na Ukrainie".
W 1996, pierwszym roku rządów świeżo upieczonego prezydenta Białorusi Aleksandra Łukaszenki, na jego rozkaz oddziały milicji rozbiły tzw. czarnobylski szlak – wielotysięczny doroczny marsz pamięci katastrofy w elektrowni i jej ofiar. Łukaszenko doskonale rozumiał, że bez spacyfikowania niezależnych organizacji społecznych, które powstały po katastrofie, długo nie porządzi.