200 tysięcy ofiar wśród ludności cywilnej, do 20 tysięcy zabitych powstańców, 85 proc. zniszczonej zabudowy lewobrzeżnej Warszawy, wygnane półmilionowe miasto przed tym jak systematycznie palono i burzono jego substancję; to suche liczby, które, gdyby posłużyć się tylko nimi, o Powstaniu Warszawskim mówią niewiele albo prawie nic. I kierują naszą perspektywę rozumienia jego fenomenu wyłącznie w stronę logiki straty. Tak, takie myślenie też jest uzasadnione. Doskonale pasują do niego stereotypy o nieodpowiedzialnych dowódcach, heroicznej, ale pochopnej młodzieży, gorących głowach i absurdalnych decyzjach, by z garścią stenów rwać się do walki z uzbrojonymi w broń pancerną i lotnictwo Niemcami. Wtedy – w takim myśleniu – zryw trzeba uznać za niewybaczalną stratę, a może nawet zawinioną – bądź nie – zbrodnię na narodzie polskim. Czy w istocie taki punkt widzenia musi wygrać?