Nasz najwybitniejszy choreograf Krzysztof Pastor, który swoimi spektaklami przekonał polską publiczność do tego, że balet może dotykać najtrudniejszych problemów, mówić o trudnej egzystencji człowieka, o jego miejscu w świecie i historii, po filozoficzno-metafizycznym „Prometeuszu” postanowił oddać się czystej rozrywce. I dla zabawy– swojej oraz widzów – w bydgoskiej Operze Nova zrealizował „Amerykanina w Paryżu”.
George Gershwin ciągle jest atrakcyjny
To absolutny klasyk gatunku, jeden z najwybitniejszych musicali filmowych w światowej kulturze, który liczy sobie już 75 lat. Jego muzyka jest jeszcze starsza, bo podstawą jest poemat symfoniczny George’a Gershwina, zapis jego wrażeń podczas pobytu we Francji– amerykańskiego Nowojorczyka wędrującego po gwarnych ulicach paryskich.
Muzyka „Amerykanina w Paryżu” wzbogacona o nie mniej słynną „Błękitną rapsodię” oraz nieśmiertelne standardy Gershwina z „The Man I Love” na czele (tym razem w zwiewnej orkiestracji Przemysława Zycha) współtworzy narrację spektaklu Krzysztofa Pastora. Sama akcja nawiązuje zaś do legendarnego filmu Vincentego Minnellego. Bohaterem jest więc oszołomiony Paryżem Amerykanin Jerry, który po rozmaitych perypetiach życiowych i uczuciowych tu znalazł wielką miłość.
Paryż przeniesiony do Bydgoszczy
Choć orkiestrze Opery Nova pod dyrekcją Piotra Wajraka brakuje czasem lekkości, a zwłaszcza swingowego nerwu, uchował się jednak w spektaklu klimat Gershwina. Ożył też na bydgoskiej scenie Paryż w ładnych, rysowanych dekoracjach Natalii Kitamikado delikatnie inspirowanych legendarną scenografią Davida Hockneya („Żywot rozpustnika”). Na paryskich ulicach bywa zaś ruchliwie dzięki licznym scenom zbiorowym, choć przydałoby się więcej tańca charakterystycznego i bogatszego zróżnicowania postaci drugoplanowych.
„Amerykanin w Paryżu’”, scena zbiorowa, chor. Krzysztof Pastor
Rekompensuje to czwórka głównych bohaterów, wyraziście przedstawiona przez Krzysztofa Pastora. To między nimi rozwijają się fascynacje i konflikty uczuciowe, a soliści w rozmaitych duetach i solówkach szansę otrzymaną od choreografa wykorzystali, zwłaszcza Artem Rybalczenko (Jerry) i Ryoka Chiba (jego wybranka Lise).
Szalone lata i koszmary wojny
Swoją energetyczną, radosną muzyką George Gershwin oddał atmosferę szalonych lat 20., kiedy to Paryż chciał zapomnieć o koszmarach I wojny światowej. Bohaterowie filmowego musicalu 1951 r. też nie uwolnili się w pełni od tragicznych przeżyć wojennych, do czego nawiązał Krzysztof Pastor wprowadzając intrygujące dwa Cienie Emocji (bardzo dobrzy Kazuki Mitsuhashi i Jun Shinozaki).
Artem Rybalczenko (Jerry) i Ryoka Chiba (jego wybranka Lise) w ‚Amerykaninie w Paryżu”
Sama bydgoska premiera w sposób oczywiście niezamierzony odbyła się w dniu ataku na Iran, uświadamiając, w jak niespokojnej rzeczywistości żyjemy. Nam, pytającym dziś, dokąd zmierza świat, „Amerykanin w Paryżu” nie przynosi oczywiście na to odpowiedzi. W zamian oferuje chwilę zapomnienia, zabawy i radości, jaką daje obcowanie z muzyką, z tańcem, ze sztuką. Taka chwila wytchnienia też jest potrzebna.
Politycy bohaterami musicali
Od dramatycznej historii nie ucieka natomiast „Starzyński” w Teatrze Syrena, wręcz przeciwnie – cały jest w niej zanurzony. Współczesny musical nie stroni bowiem od mariażu z polityką, wprowadza na scenę autentyczne postaci, ale rzadko robi to jednak z powodzeniem. Takie utwory z reguły żyją na scenie znacznie krócej niż kariery przedstawianych w nich polityków, czego przykładem choćby musicalowe opowieści o brytyjskim premierze Tonym Blairze czy Billu Clintonie.
Twórcy zachęceni natomiast gigantycznymi sukcesami klasycznej już „Evity” czy w ostatniej dekadzie brawurowego „Hamiltona” chętnie sięgają po postaci historyczne, ale takich bohaterów często umieszczają na pomniku. Przykładem u nas może być wystawiony kilka lat temu w Teatrze Muzycznym w Poznaniu, a rażący nadmiarem patosu „Virtuoso” o Ignacym Janie Paderewskim.
Ostatnia noc prezydenta Stefana Starzyńskiego
Patetyczne songi pojawiają się i w „Starzyńskim” Konrada Imieli (także reżysera spektaklu) oraz kompozytora Grzegorza Rdzaka, na szczęście jednak nie one tu dominują. Są też odniesienia do muzyki tanecznej lat 30., ale najciekawiej wypadają numery rapowane będące swoistą polemiką polityczną między prezydentem Warszawy Stefanem Starzyńskim (w tej roli Przemysław Glapiński) a jego głównym oponentem w latach 30., Władysławem Studnickim (Jacek Pluta).
Ten musical nie jest typową chronologiczną opowieścią biograficzną, co pozwoliło na stworzenie bardziej dynamicznej akcji. Ta rozgrywa się w październikową noc 1939 r., po której następnego dnia gestapo aresztuje prezydenta Starzyńskiego. Jego dalsze losy dotąd nie zostały w pełni wyjaśnione.
Pomniki dla prezydenta Warszawy
Starzyński zdawał sobie sprawę, że Niemcy nie zostawią go w stołecznym ratuszu. Tej nocy dokonuje więc swoistego rachunku życia. W spektaklu pojawiają się jego bliscy, a do wspomnień i urojeń Konrad Imiela dodał też romantycznego Konrada oraz – aż w nadmiarze – strofy Mickiewicza. Symboliki jest zresztą w spektaklu więcej, także tej pomnikowej. Na scenie ożywa warszawska Syrena oraz autorka jej wizerunku Ludwika Nitschowa, która ćwierć wieku później stworzyła też pierwszy pomnik Stefana Starzyńskiego.
Przemysław Glapiński jako Stefan Starzyński
Spektakl stawia więcej dylematów niż daje odpowiedzi i wyrazistych tez, co zresztą jest jego atutem. A co najważniejsze – ma ta opowieść jeszcze jednego twórcę: Przemysława Glapińskiego w roli Stefana Starzyńskiego, który potrafi wyrazić całą gamę nierzadko skrajnych emocji swojego bohatera, a jego przemyśleniom i rozterkom nadać walor autentyczności.
A kiedy w ostatniej scenie dwaj gestapowcy wyprowadzają przez widownię Stefana Starzyńskiego, widz czuje dotyk brutalnej historii, a musical przestaje być sztuką miłej rozrywki.